SRI LANKA CZ. V: SIGIRIYA I POLONNARUWA

POZOSTAŁE CZĘŚCI ORAZ PODSUMOWANIE KOSZTÓW

każdy wyjazd ma jakiś punkt kulminacyjny, miejsce o którym się marzyło i trzyma kciuki, żeby aby nie rozczarowało – to jest, pod warunkiem, że jedziecie z jakimś minimalnym zasobem wiedzy wygrzebanej z przewodników. ja się cieszyłam na sigiriyę. zresztą, obczajcie sami, tu idziemy. będzie zabawa!

żeby była zabawa, trzeba najpierw zjeść śniadanie. u tej pani nad jakością jedzenia czuwali jezus i archanioł gabriel, więc nie mogło nie być smacznie. na ścianie wpisywali się ludzie z całego świata – pozdrowienia dla tych, co pozdrawiali z mosiny.
null

jak prawie wszyscy wiemy z historii (sorry, tomek), różni władcy mieli różne pomysły na wydanie kasy i eksploatowanie darmowej siły roboczej. na cejlonie w v. wieku młody kassapa najpierw zabił ojca, a potem uciekł przed zemstą brata na szczyt 200-metrowej skały, gdzie zbudował sobie pałac, którego ruiny są teraz atrakcją #1 na sri lance. kto bogatemu zabroni?
null
sigiriya
null

kazał sobie też wypucować na wysoki połysk kawałek ściany, żeby móc się w nim oglądać jak w lustrze.
sigiriya mirror wall
sigiriya mirror wall

a klatkę schodową ozdobić gigantycznymi łapami lwa.
sigiriya lion staircase

widzieliśmy kilka zlanych potem pań z zamkniętymi oczami prowadzonych przez przewodników. nie to, że wyśmiewam, jak ktoś ma lęk przestrzeni, albo boi się iść po metalowych kładkach przyczepionych na super glue do skały (a pod spodem przepaść), ale ciary mnie przechodziły dopiero jak pomyślałam, że ludzie tu wchodzili wspinając się po wgłębieniach wykutych w pionowej skale. wątpię żeby żeby ktoś ich prowadził za rękę, nawet za gruby napiwek.
sigiriya

na szczycie wprawdzie nie ma nic poza zarysem murów, rosjanami i jednym basenem, ale to nic nie szkodzi.
sigiriya summit
sigiriya summit
sigiriya
sigiriya
sigiriya
sigiriya/><br />
<img src=

pora przemieścić się w kierunku drugiego gwoździa programu. żeby życie miało smaczek, pojechaliśmy autobusem. ekspresowym! dla zachowania spokoju ducha, lepiej nie wyglądać przez okno i cieszyć się faktem, że naprawdę pędzimy.
null
polonnaruwa new town

na północy sri lanki konkurują ze sobą dwa miasta: anuradhapura i polonnaruwa. jedno starożytne, jedno średniowieczne. nie mogliśmy zwiedzić obu, dlatego po szybkim zorientowaniu w internecie anuradhapurę zniszczyła polonnaruwa (także dosłownie, bo w xi w. jedno najechało drugie).

dobrym pomysłem (doskonałym pomysłem, ale nie moim, więc zostańmy przy ‘dobrym’) jest wypożyczenie roweru (300 rupii/os.; ~7 zł). ruiny rozciągają sie na kilka ładnych kilometrów, a jeszcze jak się okazuje, że bankomat nie chce przyjąć karty i na samo dojście do kasy biletowej, potem do bankomatu, potem na szukanie kolejnego bankomatu i powrót do pierwszego żeby spróbować moją (zadziałała!), to bez roweru byłaby bieda. btw, na sri lance kochają pieczątki. jakikolwiek bilet wstępu musiał mieć 3 stemple i 4 parafki.

trudnością może być bariera psychiczna przed wjechaniem rowerem na lankijską ulicę, gdzie pasy są tylko sugestią, a ruch obowiązuje lewostronny, ale jak człowiek daje sobie radę codziennie o 7 rano na alei niepodległości, to i na sri lance krzywda mu się nie stanie. tylko raz odruchowo zjechałam na prawą!

w polonnaruwie upał, małpy, świątynie, pałace i stupy. będę się upierać, że stupy to taki odpowiednik piramid, bo wysokie, wejść do nich nie wejdziesz, a służyły jako grobowce albo relikwiarze.
polonnaruwa to dobre miejsce – lepiej późno niż wcale – gdzie można się nauczyć odpierać ataki panów sprzedających pamiątki. nie policzę, ile razy wciskano nam zestaw 4 hebanowych słoni (‚look: mama, papa, daughter and son’) i drewniane ‚skatułki’, których za nic nie damy rady otworzyć, tak są zmyślnie skonstruowane (niemniej, nie polecałabym ich do przemytu narkotyków).
gorąc straszny, my – brudni, a obok wycieczki japończyków ani trochę nie spoconych, w dodatku wszyscy w bialutkim skarpetach. przypominam, że na terenie świątyń chodzi się boso, a w polonnaruwie świątyń jest sporo. jak to jest możliwe, że mój tiszert po jednym dniu noszenia nadaje się do śmietnika a ich skarpety są nadal białe? pomysł na biznes: sprowadzać nie niemieckie, ale japońskie proszki do prania.

skrzywiłam się, jak zobaczyłam że każdy element zinwentaryzowano poprzez namazanie korektorem numerka na kamieniu, a tomek mówi, że przesadzam. przesadzam?
null
null

na tym po lewej tomasz wygląda jak członek misji apollo 11. albo jak z armageddonu.
stupa in polonnaruwa
polonnaruwa

najdalej położona od wejścia jest vihara gal, czyli wykuta w skale świątynia. znowu obrazki z googla mnie trochę zwiodły. na bank jest jakieś lokalne lobby, naciskające na usuwanie z wyników wyszukiwania grafiki wszystko, co oddaje realnie perspektywę posągów.
polonnaruwa

ten budda od prawej wygląda jakby kładł się spać, a tu niespodzianka – on umiera. to znaczy zasypiając, przechodzi w stan nirwany. i umiera.
gal vihara
gal vihara sleeping budda

jaki super lifehack wymyślił chamski adamski. po co szukać noclegu i od rana jechać kilka godzin do colombo, skoro można pojechać nocnym? po co jechać zwykłym nocnym, skoro można jechać pierwszą klasą? cały dzień snuliśmy fantazje o tym, jak będzie wyglądał ten nasz wagon 1. klasy. na pewno będzie klima, a czy dadzą wodę? a może i coś do jedzenia? przed snem pooglądamy lankijskie seriale z wielkiej plazmy, a na koniec położymy się w czystej pościeli na kuszetce i obudzimy w colombo. i to wszystko w cenie ulgowego z poznania do warszawy. mieliśmy podstawy żeby tak myśleć, bo raz mijaliśmy taki pociąg z plazmą.

when expectations meet reality. pociąg podjechał i minki nam zrzedły. z wszystkich tych rzeczy zgadzała się klima, tylko na co nam klima w nocy?
wagon wyglądał tak. różnił się od innych tym, że miał welurowe, tapicerowane siedzenia (a nie drewniane ławki), a ściany nie były chlapnięte olejną, tylko oklejone ‘drewnianą’ okleiną. przy okazji dodam, że był to nasz najdroższy nocleg na wyjeździe. 53 złote, a nawet drinków nie dali.
first class train in sri lanka

właściwie nie mam na co narzekać, byliśmy dobre 8 godzin do przodu, przed nami coś smacznego na śniadanie (pamiętacie, że w planach food porny?), a na 10 rano zajechaliśmy (pociągiem, niespodzianka) na południe do galle. a w galle to już ocean, plaża, świeże ryby i fort zbudowany w xvi w. przez portugalczyków.
colombo fort station
street food colombo

nawiasem mówiąc południowa linia kolejowa biegnie wzdłuż oceanu. i kiedy mówię ‘wzdłuż oceanu’ mam na myśli dosłownie, nad linią brzegową wzdłuż oceanu. nie żeby na sri lance nie zdarzało się tsunami, nie? spoko, pociągi są spalinowe, więc przynajmniej nie ma szans, że zerwie trakcję. o wszystkim tu pomyślano.
south line to matara
null

dowód na to, że pociąg na sri lance jest instytucją. ten pan sprzedawał złoto. mój skąpy mąż nie kupił mi nawet łańcuszka. wszystkie lankijki miały przynajmniej złote kolczyki, a ja jak ta dziadówa – nic.
train to galle

  • Trochę pewnie późno jak na takie pytanie, skoro to już piąta część relacji ze Sri Lanki, ale w końcu ciekawość zwyciężyła ze „wstydzę się” i zapytam: jak to się stało, że akurat tam polecieliście? :-) To był Wasz plan od dawna czy okazja i korzystny lot? Bo, że było warto i że to zupełnie inna rzeczywistość to nie mam wątpliwości. Intryguje mnie sam impuls :-).

    • Nieśmigielska

      właściwie to ja się ‚wstydzę się’, bo głownym powodem była promocja saudi airlines ;) było sporo kierunków dostępnych w dobrych cenach i każdy rozpatrywalam pod względem zwiedzania, pogody w grudniu etc. i najbardziej spodobała nam się sri lanka, po prostu. więc nie było to żadne marzenie życia, jeśli o to chodzi. wszystkich, którzy marzą o pojechaniu na sri lankę uroczyście przepraszam!

      • Nie ma czego się wstydzić. Większość naszych wypraw tak się zaczyna :-). Okazja czyni podróżnika ;-).

  • Nie spodziewałam się, że Sri Lanka ma tyle atrakcji do zaoferowania. Czekam na więcej! Pozdrawiam