MAROKO CZ. V – OUARZAZATE

Poprzednie części z Maroka – TUTAJ.

Żeby życie miało smaczek, było 1001 widoków znad oceanu, to teraz będzie 1001 widoków z gór. Że chcemy zobaczyć Atlas z bliska – jasna sprawa od początku. Pytanie brzmiało: jak najlepiej to zrobić? Pojechać do Imlil, wioski odległej o godzinę od Marrakeszu i tam zrobić całodzienny trekking, ale bez próby wejścia na Dżebel Toubkal? (takie nooby jak my mogłyby się nie pozbierać z choroby wysokościowej)
Vzy przejechać przez przełęcz Tizi’n’tiszka do Ouarzazatu zahaczając po drodze o Ait Benhaddou – must see dla fanów: Gry o tron, Gladiatora i wszystkich filmów, których akcja toczyła się w glinianym miasteczku. Rozsądek podpowiedział nam bramkę numer 2. Trochę potrenuję, wejdę na Giewont w klapkach jak przystało na taternika i następnym razem najwyższy szczyt Atlasu będzie nasz.

O przełęczy Tizi’n’tiszka w Atlasie uczyłam się na przyrodzie w piątej klasie. Na swoim koncie podróżniczym miałam wtedy tydzień w Zakopanem i kolonie nad morzem. W 25 roku życia było dane mi ją przejechać dwukrotnie, dzień po dniu. Jest postęp!

Z formalności: po raz kolejny jechaliśmy busem Supratours. Wyjazd 8:30 rano, przyjazd na miejsce o 13:00, bilet kosztował 80 MAD (~ 32 zł). To samo następnego dnia w drugą stronę. Droga była całkowicie przejezdna (stan na 27 lutego 2014 r.), śnieg tylko na szczytach.

Podwójnie ważne jest miejsce w autobusie. Po pierwsze, ze względu na walory widokowe poleca się lewą stronę do Ouarzazatu, prawą z powrotem – chyba że lubicie wychylać się na środek przejścia i cykać zdjęcia nie dość że przez szybę, co już samo w sobie jest babarzyństwem, to jeszcze z profilem sąsiada w każdym kadrze.
Po drugie: naczytałam się wcześniej, jak to ludzie nie wyrabiali na serpentynach, więc od kilku dni zbieraliśmy torebki foliowe na zapas. Tymczasem w stronę ‘do’ nie podeszło mi do gardła ani razu, wcinałam sobie słodkie ciastka jak gdybym nie jechała pod górę krętymi drogami nad przepaścią (miejsca mieliśmy na samym przodzie). Powrót już nie był tak różowy i musiałam udawać że śpię, żeby szybciej zleciały te 4 h, a na słodkie ciastka patrzyłam z obrzydzeniem. Wtedy siedzieliśmy z tyłu, na kole. Bujało.

tizi n tichka pass

Jedna wada: autobus zatrzyma się tylko raz i to tam gdzie kierowca ma deal z właścicielem bistro przy drodze. Samochodem moglibyśmy zatrzymywać się gdzie bądź i móc wyskakiwać na całodniowe spacerki po okolicy.





Im wyżej, tym bardziej czuliśmy się jak na Islandii.



Żeby dotrzeć do Ait Benhaddou najlepiej ustawić się z kierowcą (nie trzeba dawać w łapę), żeby wysadził nas na skrzyżowaniu dróg na 10 km przed Ouarzazatem. Tam już czekają taksówki gotowe za 10 mad (4 zł) was podwieźć na miejsce. W jedną stronę taksę dzieliliśmy z duńskimi emerytami. W aucie gadka-szmatka: skąd jesteście, gdzie byliście, jakie macie plany. Przyjechali niedawno do Marrakeszu, zostaną w Ait ben Haddou kilka dni – a mnie zmroziło. Bez jaj, co tam można robić przez kilka dni? Wioskę obejść można w dwie godziny, a dalej co?

W skrócie, Ait Benhaddou to ulepiona z gliny wioska otoczona ulepionymi z gliny murami, znana z tego że kręcą tam każdy film, w którym akcja dzieje się w starożytnym mieście na południu. Obecnie wpisana na listę UNESCO, lecz cóż z tego, skoro z każdym deszczem niszczeje, a jej zwiedzanie przypomina urbex: morocco edition. Aha, nie dajcie się nabrać dzieciakom, że za wstęp się płaci. Zapłacić można za wejście na teren czyjejś kazby, ale miasteczko jako takie jest otwarte za friko.











W drodze do Ouarzazatu poznaliśmy siłę środka transportu, jakim jest grande taxi. Grande taxi to stary mercedes beczka zbierający pasażerów z drogi. Z naszego doświadczenia wynika, że do środka wejdzie przynajmniej 7 dorosłych osób. Nasz taksówkarz zanim podwiózł nas na skrzyżowanie przy głównej drodze, wywiózł nas najpierw 15 kilometrów dalej. Skład osobowy pojazdu zmienił się kilka razy, a my mieliśmy wycieczkę w głąb Atlasu za 4 złote od osoby, tyle co u nas za trzaśnięcie drzwiami.

Na noc mieliśmy zostać w Ouarzazacie, żeby od rana wrócić do Marrakeszu. Wklepcie w google: 10 things to do in Ouarzazate, a dowiecie się, że atrakcji jest moc, tylko wszystkie znajdują się poza miastem.


Dla zabicia czasu poszliśmy na zestaw obiadowy: sałatka, tażin, deser i darmowe wifi. Mój tażin był lepszy (suszone morele i migdały!), ale słowo sie rzekło i musiałam oddac pół, a w zamian wziąć połowę Tomka (zachowawczo: ziemniaki, marchewka i fasolka) – zgodnie z zasadą: jemy na spółę, żeby więcej rzeczy spróbować. Tomek, oddaj mi mój tażin!

A potem to już tylko powolne spacerowanie nam zostało. Zajrzeliśmy do supermarketu, wypiliśmy herbatę, obejrzeliśmy mecz (żółte koszulki przeciwko czerwonym koszulkom), znaleźlismy najtańszy nocleg na wyjeździe. I poszliśmy spać z rękami na kołdrze.


Na śniadanie, wiadomo, naleśniki. I ciastko z kurczakiem na dobicie.
Na pewno powiecie: “wielkie mi co – naleśniki. moja mama smaży lepsze”. Otóż nie – marokańska mama smaży najlepsze. Marokańska mama nie wylewa ciasta chochlą na patelnie, tylko je zagniata. Natłuszcza. Zagniata. Natłuszcza. I dopiero smaruje czekoladą albo serkiem i miodem i smaży na blasze. Wychodzi z tego kruche, ale nie kruszące się ciasto podobne do francuskiego, które można odwijać listek po listku i memlać 15 minut.
Po lewej: ciastko z kurczakiem (pastilla). Farsz z mięsa na wyściółce z migdałów z cynamonem. Moim zdaniem pyszne, ale ja dla rozrywki jem bekon z syropem klonowym i banany w szynce. Dla koneserów słodko-słonego.

Po śniadaniu to samo co wczoraj, ale po właściwej stronie autobusu. Właściwie to mieliśmy siedzieć znowu nie tam gdzie trzeba, ale jakiś pan nas podsiadł i powiedział, że to przecież wszystko jedno, kto gdzie siedzi. Tym sposobem cykałabym fotki przez brudną szybkę całą drogę, gdyby nie fakt, że autobusem bardzo bujało. Bardzo bujało, ale dałam radę – powinnam dostać medal za nieporzyganie się.
Zaraz pokażę o co chodziło z tymi serpentynami.




I czerwone góry z pierwszego zdjęcia: znak, że już można przestać udawać że się śpi, bo dalej droga jest po płaskim.
Jeszcze tylko Marrakesz i zamykam temat Maroka. Dobre tempo!

  • Zainspirowałaś nas;) ciekawa jestem jaka pogoda jest w styczniu/lutym w Maroko? gdzie było najcieplej?;)

  • kochana, zrobilam ta sama trase lokalnym busikiem… marrakech- quarzazate-tinghir… przeprawa przez atlas byla niesamowita. spadl snieg i droga byla jak tafla lodu. kierowca szalony, a ja odmawialam zdrowaski, zeby nie wpasc w poslizg i poleciec w przepasc… widoki niezapomniane…

    • Kierowcy w Maroku są obłędni (w połączeniu ze stanem dróg i aut daje to mieszankę wybuchową). W czasie naszego pobytu, autokar zleciał w „przepaść”. A jadąc taxi do wioski wypadowej na Toubkal, na serpentynowej, jednokierunkowej trasie, modliliśmy się o uniknięcie zderzenia czołowego.

  • znalazlam wlasnie przepis i chyba zrobie na dniach…. z miodem i serkiem kozim..mniam…
    http://moroccanfood.about.com/od/pancakes/r/Msemen_recipe.htm
    a wiesz po wizycie w maroku zaczelam dosypywac do jajecznicy i omletów kuminu. spróbuj jesli nie probowałas. smakuje jak tam…