Rzeźnia czyli karnawał w La Paz

Pozostałe posty z Boliwii znajdziecie TUTAJ.

A opis naszego pierwszego karnawału, z którego dowiecie się, z czym to się je (a je się głównie z pianą, którą wszyscy próbują Ci napryskać do paszczy i popija wodą z balonów, którymi dostałeś w twarz) – TUTAJ.



Podobno najbardziej lubicie posty, w których narzekam. Piątka – ja też!
Niestety, mamy problem.
Bardzo się starałam, po nocach nie spałam – żeby tylko znaleźć jakąś jedną rzecz z karnawału w La Paz, na którą mogłabym upuścić trochę żółci i ubarwić (zabarwić?) opowieść.
Słabo mi poszło, wynalazłam same suchary: że za krótko trwało. Albo że piana była tylko w 4 kolorach, zamiast w 6-ciu.
Prawda jest brutalna – było zajebiście. Nikt tak nie umie się bawić, jak dzieci.

Inaczej niż poprzednim razem w Potosi, teraz umieliśmy odczytać pewne znaki na niebie. Nagle można kupić na ulicy hurtową ilość balonów? Nie z nami te numery, już wiedzieliśmy, co się święci.
Zawczasu przygotowaliśmy sobie najgorsze ciuchy (o ile można mowić o podziale na “lepsze” i “gorsze” ubrania na 3-miesięcznym wyjeździe (wszystkie są gorsze)), wyprasowaliśmy foliowe pelerynki. Maska na twarz, piana w sprayu w dłoń (Tomek), aparat na szyję (Ela). W La Paz karnawał nas nie zaskoczy, to my zaskoczymy karnawał.

Zasady na Carnaval Paceño te same co na karnawale w Potosi – ale z twistem.
Rzucanie sie balonami wypełnionymi wodą – zostaje. Dawanie sobie po oczach pianą w sprayu – też, to podstawa, to jakby na odpuście w Polsce nie zjeść obwarzanka. Z nowości doszło el Corso Infantil (donde niños y niñas, acompañados de sus padres, desfilan por El Prado vestidos con disfraces multicolores, jugando con agua, espuma y con mucha alegría.). Czyli na ulicę wylegają przebrane całe rodziny (przez całe rodziny mam na myśli dzieci w wieku 0-12 miesięcy, oraz psy) i robią pochód.
Wyjaśniło się, czemu wszyscy sprzedawcy na ulicach La Paz nagle sie przebranżowili. Łatwiej było kupić maskę Songo z Dragon Balla (pelerynę Supermena, kałasznikowa na wodę) niż papier toaletowy.

I my (ja) długo dumaliśmy nad strojem. Koniec końców postawiliśmy na klasyczną prostotę – smerfy chyba nigdy się nie zestarzeją. Co więcej, maska dojechała z nami szczęśliwie do Poznania i jest jedną z głównych ozdób w salonie, chroniona przed lepkimi rączkami znajomych dzieci.
Swoją drogą, niby to tylko smerf, postać raczej pozytywna. Ale w tej masce absolutnie każdy wygląda niepokojąco.
Kupiliśmy jedną na spółkę i nawet byłam przez chwilę obrażona, że trzeba się dzielić, dopóki nie okazało się, że przez maskę mało widać, a już najmniej jak Cię ktoś atakuje. Bycie atakowanym szybko pozostawiłam Tomkowi, co nie znaczy że mnie ominęło. Przypominam, że mieszkańcy Boliwii są wyjątkowo tolerancyjni i zlewają pianą wszystkich po równo.


Zaczęło się niewinnie? Nie, od razu zaczęło się na całego.
To nie jest kraj dla ludzi bez wodoodpornych aparatów.












Czemu, mając w tym samym czasie pod nosem (3 godziny autobusem od La Paz) najsłynniejszy w Boliwii karnawał w Oruro, zdecydowaliśmy się zostać w La Paz?
Nie wiem, ale nie żałuję, że nie pojechaliśmy. Chyba trochę się bałam, że w Oruro jeśli nie zdążymy wrócić tego samego dnia to zjedzą nas ceny (noclegi po 160 dolarów to norma, ale – nie sprawdziliśmy, więc nie potwierdzimy jak jest rzeczywiście), no i że będzie ludzi za dużo, szumu za dużo, a funu za mało.
No i w Oruro nie było Corso Infantil. Pewnie gdyby zacząć wymieniać, czego nie było w La Paz a było w Oruro, zrobiłoby mi się bardzo smutno. Co nie ma większego znaczenia, bo dzień później byliśmy kąpaliśmy się na waleta w gorącym źródle, 5 godzin autobusem stąd (będą zdjęcia!), więc cokolwiek by to było, i tak by nas ominęło.







Dzieci > dorośli. Gdzie są dzieci, tam dorośli piją trochę mniej alkoholu, więc atmosfera jakby lżejsza. To mi się najbardziej podobało – że uszczknęliśmy sobie kawałek z tego beztroskiego tortu, jakim jest święto dzieci.

Teraz będzie prowadził ślepy kulawego, ale to co myśmy widzieli, to był tylko przedsmak, bo następnego dnia wyjechaliśmy z miasta. Ale, wiem, że podczas karnawału w La Paz:
– wybiera się królową
– i króla, Pepino – takiego pierrota, tylko z rogami. Potem król i królowa mają dzieci, a tydzień później urządza mu się pogrzeb (???) na cmentarzu miejskim. Długo taki Pepino nie pożyje, ale co się pobawi, to jego.
PS: najpierw w ogóle odkopuje się zeszłorocznego Pepino.
– ostatni dzień to Festejo de la Challa – czyli składa się ofiary dla Pachamamy na szczęście na cały przyszły rok. W skrócie wygląda to tak, że: petardy strzelają, a każdy dom, każdy samochód i każdy człowiek obwieszony jest serpentynami i skropiony, mocniej lub słabiej, alkoholem.
Dzieją się też inne rzeczy, ale pomyślałam że im mniej napiszę, tym mniej błędów popełnię. Zapraszam do wytknięcia pomyłek – sama chętnie się dowiem więcej! Niestety płynnie czytam po hiszpańsku jedynie przez google translate.













Wiecie, jaki jest największy minus aparatów Pentaxa? Że zdecydowanie za łatwo przestawić ustawienia, bez użycia świadomości. Jedno odbicie od biodra – i już masz ISO 12800.
A wiecie co da się zrobić ze zdjęciami robionymi na ISO 12800 w pełnym słońcu? No właśnie – nic (tak, nawet z rawów).
Przy odrobinie wyobraźni da się coś na tych zdjęciach zobaczyć.






To okrutne, ale najbardziej podobało mi się trollowanie własnych dzieci. Powiedzmy, że weźmiesz sobie czyjeś dziecko za cel. Co zrobi ojciec? Owszem, dla porządku Ci odda, a potem jeszcze dołoży – dziecku. NO MERCY. Nawet Predator nie był tak okrutny.





Tutaj przykład wzorowo przeprowadzonej akcji odwetowej. Na Tomku.









Może nadinterpretuję, ale ten znudzony biały chłopczyk patrzący z góry mówi dla mnie wszystko.
Nie bądźcie takimi turystami. Wychodźcie poza główne ulice. Uśmiechajcie się do innych. Zostawcie trochę pieniędzy w lokalnym bistro. Pogadajcie z mieszkańcami, nawet jeśli nie znacie ich języka, a oni nie znają Waszego. Jakoś tam się dogadacie.







Następny wpis z Boliwii = ostatni wpis z Boliwii. Niektórzy się ucieszą, niektórzy zasmucą (ja). Tym, którzy czekają na Stany przypominam, że jeszcze Peru po drodze (hehe).

  • To chyba jeden z najradośniejszych festiwali na świecie! <3 Jestem zakochana! I w zdjęciach i w całym tym wydarzeniu :D

    • tak! polecam amerykę poludniowym w lutym, na bank trafisz na coś podobnego!

      • Dobra, wpisałam na listę! :D Teraz tylko czas na planowanie, ogarnianie funduszy etc. :D

  • Oj, ja się trochę zasmucę. Ale Twoje Peru już wielbię, choć jeszcze nic nie widziałam! Więc czekam z niecierpliwością i na tę relację – szczególnie, że Peru to obecnie numer 1 na mojej liście wyjazdowej.
    Czytam, oglądam i to na co mam ochotę, to złapać za piankę i rzucić się w wir zabawy :D

    • mysle że warto się zainteresować importem takiej piany do polskii zrobienie piana festivali na modłę festiwali kolorow :d
      wydaje mi się że z peru będzie trochę mniej postów, bo bylsmy tam minimalnie krocej i już było mniej kolorowo niż w boliwii, bardziej zachodnio. i cholity już nie byly takie same :( ale jedzenie w peru lepsze o wiele!

  • Świetne zdjęcia! że taki banał przy piątku powiem

  • o mamuniu, ale fantastiko ❤
    ta piana wygląda tak kozacko, aż sama bym chciała się uciapać w takiej
    nabrałaś rozpędu z tymi wpisami! czekam niecierpliwie już na kolejne (͡• ͜ʖ ͡•)
    swoją drogą – cieszę się, że tyle tych postów po drodze jeszcze

    • ja tez się cieszę, bo teraz nie usze nic robić, tylko je pisać :d
      zartuję, ale lekko taki głód podrozy nam się stępil po tych trzech miesiącach w amerykach, nie mam aż takiego parcia jak normalnie (ale troche mam ;). tylko problem polega na tym, że teraz mam zdjęcia sprzed pół roku, robione innym aparatem (co widzę bardzo mocno…) no i skill tez nie stoi w miejscu, teraz na bieżąco robię troche lepsze niż wiosną. i jak tu potem żyć, jak wrzucać takie gorsze? ;)

      • te trochę pewnie urośnie zaraz do większego trochę :-D

        a z tym progresem i nowym sprzętem – bardzo i to BARDZO rozumiem – mam kilka filmów, zdjęć z „przeszłości” ale jak patrzę na nie i widzę taką kiepską jakość to jedyne co sobie myślę to „DLACZEGOOOO??!!!” smutek mnie ogarnia a potem patrzę na nowe zdjęcia i myślę, że dobrze, że już mam nowy aparat ❤ i że w sumie to fajnie się patrzy na zdjęcia z perspektywą czasu

  • ja jako smerf czułam się jak dinozaur, nie bylam pewna czy dzieci jeszcze kojarzą co to. za to minionki to był hit! i kraina lodu disneya :)

  • Ciekawe, kiedy będziemy mieć taki festiwal w Polsce. Tak samo, jak już mamy festiwal kolorów z Indii.