– 26 °C w cieniu

Jestem ostatnią osobą, która uwierzyłaby w przeznaczenie, a jednak – gdy teraz odtwarzam sekwencję wydarzeń, czuję ciarki. Tatry zimą były nam pisane. I dobrze!

Sierpień 2016.
Schodzimy ze schroniska Lagazuoi w Dolomitach do samochodu. Normalny człowiek myśli wtedy, żeby się nie potknąć o kamienie i nie spaść w dół. W mojej głowie w tym czasie powstaje masterplan: jak by tu wrócić w góry – ale zimą? Podobno 6-ty stycznia to będzie piątek. Czyli mamy długi weekend. W sam raz, dobiorę jeden dzień urlopu, pojadę do Krakowa, a potem 3 dni w Tatrach. Bingo, mamy to. Mogę się skupić na schodzeniu.

Dwa tygodnie później.
Paulina jedzie do Hallstatt i przywozi takie widoki.

Listopad.
Ewa jedzie na Dachstein i przywozi takie widoki.

Hallstatt i Dachstein dzieli półtorej godziny jazdy samochodem. Operacja Tatry schodzi na dalszy plan. Operacja Alpy w toku.
Nawet Tomasz, niechętny scenariuszowi 1000 km za kółkiem (bo jak ja prowadzę to on i tak nie odpocznie) klasnął w ręce i krzyknął: Ela, jedziemy tam!
No dobrze, może popłynęłam za daleko, wszyscy wiemy że tak nie było. Ale wyjątkowo zamiast wybij to sobie z głowy, usłyszałam: no, ładnie. Przynęta została złapana.
Sorry, Tatry. Następnym razem.

Styczeń 2017.
Za 4 godziny zaczynamy urlop. Rakiety śnieżne wypożyczone, samochód zapakowany jedzeniem, bo w Austrii drogo. A, sprawdzę jeszcze prognozę. A tam: – 20°C i mgła.
A, sprawdzę jeszcze webcamy, prognozy kłamią.

Jest mgła i mgła.
Są obłoczki snujące się, półprzezroczyste, dające nadzieję na prześwity, a kiedy już się prześwit zdarzy, jest naprawdę epicki. Tak, taka mgła to Marzenie Fotografa.
Jest też mgła jak mleko: ciężka, widoczność do kilkudziesięciu metrów, depresyjna, jak rozpylony beton.
O ile mgła jak mleko nie przeszkadza mi w Karkonoszach, gdzie mamy 300 km i 4 godziny jazdy, o tyle w Górnej Austrii, dokąd jechalibyśmy 11 godzin, żeby nic nie zobaczyć – już tak.

Największa wada wyjazdów samochodem? Zawsze można zmienić plany.
Największa zaleta wyjazdów samochodem? Zawsze można zmienić plany.
Super, że mogliśmy zareagować błyskawicznie i zamienić Hallstatt na Murzasichle, tylko trzeba uważać, bo z wyjazdu odłożonego o tydzień robią się dwa lata.

Więc jak już przepłakałam kwadrans w kiblu w pracy (szkoda łez i zajęłaś komuś kibel!, pocieszyła Luiza), posłuchałam intuicji i tak powstał plan B: Kraków na dzień i Tatry na trzy.
Sorry, Alpy. Następnym razem.
Przy okazji zamknę usta mojemu bratankowi, który powiedział, że ja jestem taka blogerka, co jeździ wszędzie po świecie, tylko nie po Polsce. Ja nie jeżdżę po Polsce? Ja? No faktycznie, ostatnio mało tego było.
Dlatego w samym tylko styczniu 2017 po Polsce mam zamiar jeździć 3 razy.

Jeszcze nie wiem, jak poradzę sobie z chronologią wydarzeń, skoro Kraków zostawiam na inną okazję, a zdjęcia zaczynają się dokładnie w połowie pierwszego szlaku, ale trzeba kuć żelazo, póki gorące – że tak zażartuję. Bo w górach było naprawdę zimno, od -20°C w dolinach, po -26°C i wiatr na szczytach. Według moich obliczeń odczuwalne temperatura to: – 150°C.
Ale jeśli sprawię, że chociaż jedna osoba spakuje plecak i pojedzie w góry, to uznam, że było warto zadzierać z Czasem.

tatry zimą
rusinowa polana
rusinowa polana zimą

Rusinowa Polana

Jest takie miejsce w Polsce, które jako pierwsze dogoniło Europę. To Zakopane – ceny już mają w pełni europejskie. Jestem dumna z mojego kraju.
Psychicznie byliśmy przygotowani, chociaż nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wszystko podrożało odkąd byliśmy tam ostatni raz (czyli… w sierpniu 2015).
Chętnie za bilety wstępu do Tatrzańskiego Parku Narodowego zapłaciłabym 2x tyle, co za parking w Palenicy Białczańskiej (5 vs 20 zł za dobę). Jestem absolutnie pewna, że właściciel tego kawałka ziemi jest w pierwszej piątce najbogatszych Polaków.

W drodze do Zakopanego przekopałam cały internet w poszukiwaniu odpowiedzi na pytanie: Ok google, jakie szlaki w Tatrach są bezpieczne zimą przy 3 stopniu zagrożenia lawinowego jeśli nie mamy raków, tylko rakiety?
Odpowiedź: tak ogólnie to żadne, chyba że asfalt do Morskiego Oka. Chodzi o to, że w górach nikt nie zapewni Ci 100% bezpieczeństwa, żeby w razie katastrofy nie było na niego.
Możecie się śmiać, że wybraliśmy szlaczki zamiast szlaków, ale ja tam z lawinami wolę nie zaczynać. Zwłaszcza, że na górach zimą znamy się średnio: raptem dwa wejścia na Śnieżkę i jedno na sześciotysięcznik.
Więc jest takie miejsce jak Rusinowa Polana: szlak króciutki, trochę pod górkę, polecany dla rodziców z małymi dziećmi i nie potrzeba czekana, żeby przejść go zimą.
Zaczyna się na tym samym parkingu, co szlak do Morskiego Oka, więc możecie upiec dwie pieczenie.
Szlak może banalny, ale widoki z Rusinowej w ten zimowy dzień mnie rozłożyły na łopatki.
Nie to, że zatkało kakao. Zatykało kakao. Można powiedzieć, że chodziłam z zatkanym kakao cały czas.

W mojej osobistej hierarchii krajobrazów: góry zimą są górą.
W górach zimą kondensuje się chyba wszystko, co najpiękniejsze na tym świecie.

Z Rusinowej Polany możecie iść dalej: na Wierch Poroniec albo Gęsią Szyję. Poszliśmy na Gęsią Szyję, bo szlak miał być 5 minut krótszy. Nie żałujemy (bo nie sprawdziliśmy, czy mamy czego).


tatry zimą
tatry zimą
tatry zimą
tatry zimą
tatry zimą
tatry zimą
rusinowa polana
rusinowa polana
rusinowa polana
rusinowa polana
tatry zimą

Chamski Adamski w akcji. Krzyżuje szyki, krzyżuje szlaki.

tatry zimą

zimowe tatry

W Przekroju jest krótki wywiad z autorem słownika nieprzetłumaczalnych słów.
Wiecie: duńskie hygge, to tureckie słowo na odbicie księżyca migoczącego w wodzie, angielski mindfuck. Bo co to jest mindfuck?
Mindfuck jest wtedy, jak zdejmiesz rakiety śnieżne i wydaje Ci się że masz takie małe i lekkie stopy. Za małe i za lekkie, żeby utrzymać resztę ciała.

Rakiety śnieżne wypożyczyliśmy na okoliczność chodzenia po śniegach na lodowcu Dachstein.
Zaskoczenie #1. Wcale nie wyglądają jak w kreskówkach.
Zaskoczenie #2. Wcale nie tak lekko się w nich chodzi, jako że same w sobie są dosyć ciężkie. Mnie na przykład bolały plecy.

Tak szczerze, przydały nam się tylko na śniegach Rusinowej Polany. Na reszcie szlaków wygodniej i lżej byłoby mieć po prostu raki – ale nie mogę powiedzieć, że się nie sprawdziły. Bo rakiety trochę zawierają w sobie raki, mają kolce: od spodu, z przodu i z tyłu.

Może byłoby nam lżej, gdybyśmy pamiętali, żeby zabrać kijki, które dostaliśmy na gwiazdkę. Ale jeśli dotąd nie mieliśmy kijków, to jak niby mogliśmy pamiętać o ich zabraniu?








Dolina Strążyska i Sarnia Skała

Doliny są jak flaki z olejem: nudne i się ciągną.
Dolina Strążyska ma tę zaletę, że ciągnie się przez 30 minut, a potem już wychodzi się na polanę. Albo wyżej, na Sarnią Skałę. Albo jeszcze wyżej, na Giewont.
Żartuję, zimą na Giewont nie wolno.

Zaraz mi napiszecie, że jest jeszcze wodospad!, ale ja nigdy nie byłam za wodospadami, więc nie liczę go jako atrakcji.
Swoją drogą, Sarnia Skała to mój pierwszy tatrzański szczycik. Miałam wtedy 9 lat i kondycję za trzech, bo po serii artykułów o ludziach, których przecięła na pół ruszająca winda, albo którzy spadli w pusty szyb, do domu, na siódme piętro wchodziłam tylko schodami.







sarnia skała
sarnia skała
sarnia skała
sarnia skała zima
dolina strążyska zima

Kasprowy Wicher

Muszę to wpisać na moją bucket listę, inaczej nigdy tego nie zrobię: wejść na Kasprowy Wierch. Na nogach. Własnych.
Ale jakoś nie mogę sobie odmówić, żeby nie wjechać. Zawsze sobie tłumaczę, że to taka oszczędność czasu. A cóż mamy cenniejszego niż czas, prawda?

Ok, są jeszcze pieniądze, bywają dosyć cenne. Podaję 2 patenty jak nie wydać 70-ciu złotych więcej, jeśli już zdecydowaliście się wjechać kolejką (zamiast przyjść pieszo i wejść pieszo, co kosztowałoby równe 0 zł).

Hack #1.To pięknie, że bilet na kolejkę linową na Kasprowy można kupić on line. Nie wiem tylko czy wiecie, że za ten cud techniki dopłaca się 30 zł od osoby (99 zł zamiast 69 zł). Rozwiązanie: przyjechać na tyle wcześnie (lub na tyle późno), żeby jeszcze (lub już) było pusto. Zimą godzina 8:30 wystarczy, zdążycie jeszcze na jajecznicę w Tatrzańskim barze mlecznym.
Hack #2. Z niewiadomych przyczyn parkingowy pod Kuźnicami wziął od nas ryczałtem 20 zł za cały dzień, bez pytania. A nas nie było 3 godziny. Nie robiłabym z tego problemu, przywykłam do bycia dojoną na wakacjach, ale staliśmy pod tablicą, na której wypisane były opłaty za godzinę (złotówka za pierwszą, każda kolejna 2 zł). Pan wyciągał coraz głupsze argumenty z kapelusza, aż wreszcie oddał na 15 zł (potem przybiegł, że zaczęła się czwarta godzina, więc jednak 13 zł!). Czyli da się wygrać, wystarczy się uprzeć.




Potwierdzamy każde słowo, które pojawiło się w mediach na temat arktycznych mrozów w Tatrach. W dolinach i na szlakach, mimo mrozu, jak się szło – to szło jeszcze rozpiąć kurteczkę. Ale na Kasprowym śmiało mogę powiedzieć, że tak nie przemarzłam jeszcze nigdy w życiu. Jeśli miałam problem z temperaturą -26 stopni i wiatrem to chyba znak, że himalaisty ze mnie nie będzie.
Ale serio, było tak zimno, że zamarzł mi filtr na obiektywie. Jak go zdjęłam, to zamarzła przednia soczewka obiektywu.
Tak zimno, że na czubku nosa zrobił mi się I stopień odmrożenia (charakteryzuje się przejściowymi zaburzeniami w krążeniu krwi w skórze, bólem, często silnym, bladością lub sinoczerwonym zabarwieniem skóry, obrzękiem, pieczeniem i świądem skóry). Zawsze to jakieś nowe doświadczenie, chociaż wyglądam teraz jak pijaczek.
Było tak zimno, że chociaż chciałoby się siedzieć i patrzeć, to się nie dało za długo. Próbowaliśmy w bufecie, ale tam z kolei szyby: gdzie zdążyły odmarznąć, tam zaparowały.
Tak zimno, że zajęło nam godzinę w aucie, zanim się jako tako rozgrzaliśmy i mogłam np. zdjąć rękawiczki.
I wreszcie: było tak zimno, że chociaż serce się krajało, nie podeszliśmy nigdzie wyżej. Nie umiałam sobie nawet wyobrazić spacerowania po grani w tym wietrze.

To było chyba najpiękniejsze, co widziałam w życiu. Piszę tyle samo żartem, co serio: i po co człowiek leciał 16 godzin do Patagonii, jak najlepsze widoki ma 8 godzin autem od domu?









Czy to tylko moje wrażenie, czy Giewont naprawdę wygląda głupio od dupy strony?

Nie umiem zdecydować, które z tych zdjęć miałoby nie być na fullscreenie. Bierzcie i jedzcie oczami z tego wszyscy. A potem jedźcie tam wszyscy.












Największa wada wyjazdów samochodem? Zawsze można zmienić plany.
Największa zaleta wyjazdów samochodem? Zawsze można zmienić plany.

Jeszcze się nie zdarzyło, żebyśmy wrócili samochodem w terminie. Zawsze jesteśmy dzień wcześniej. Ja tylko profilaktycznie wypisuję urlop na dodatkowy dzień.
Gdybyśmy nie mieli biletów na samolot na przykład do Izraela, to też byśmy wracali stamtąd po dwóch dniach. A jacy zadowoleni, że nam starczyło!
Oczywiście taką samą regułą jest, że gdy tylko odjedziemy na taką odległość, że nie będzie sensu wrócić – pojawią się wyrzuty sumienia.

Miała być Hala Gąsienicowa, a może i nocleg w Murowańcu, a była rejterada i kawa na stacji benzynowej. Ale oczywiście już kombinuję, kiedy pojedziemy następny razem.

Po tym, co zobaczyliśmy, mam tylko jedno pytanie: jak żyć, jak wrócić w góry latem po tym, jak się je zobaczyło zimą?

Epilog:

Widocznie jestem tak przywiązana do tradycji, że inaczej niż z wymiotami nie mogę skojarzyć wyjazdu do Zakopanego. Jak nie urok, to sraczka. Jak nie zatrucie pokarmowe, to grypa żołądkowa – Zarzygane i tak mnie dopadnie. 2006, 2015, 2017.
PS: wolę rzygać niż pić elektrolity.

kasprowy wierch zima



  • rany boskie, ale widoki. czuję się trochę jakbyś spełniła moje marzenie. zdjęcia zacne mega więc aż tak nie boli, że sama nie widziałam. nie wybierasz się jeszcze raz? :(

    a myślałam, że tylko ja TAK strasznie odczuwałam to zimno. :D jak szłam ze znajomym po Kazimierzu, to mi prawie poślady zamarzły. :V

    ej pierwszy raz komentuje Ci posta bez przeczytania, bo oglądałam tylko zdjęcia :3 :3 :3

    • zapisuję Cie na listę subskrybentów na wszystkie nasze górskie wyjazdy, będziesz pierwsza informowana ;)

      głupio mi trochę że tak wymiękłam tam na górze, ale jak potem wrócilismy do poznania to było nam tak cieplo. wczoraj szłam z rozpiętą kurtką sobie po mieście.

  • Świat według Rostków

    Dobre foty!
    Dobre widoki!

    Ale chyba góry zimą to nie nasza bajka. Ja tam wole słoneczko, zielone łączki, owieczki i niebieskie niebo – dobrze się fotografuje, a jeszcze lepiej podziwia :D
    Jak sobie pomyślę, jak zimno musi być TAM, skoro TU już jest tak zimno, to ja dziękuję :D

    A Twoje foty Dolomitów przekonały nas do podróży w te rejony na wiosnę :)

    • mi się już teraz letnie gory wydają takie miałkie. słońce wysoko przez 90% czasu, brzydkie oświetlenie. na wschód słońca trzeba wstawać o 4 rano. upał. meh ;)

      tak jak mnie foty makulskich żeby jechać w zeszłym roku!

  • Moja Kaha mówi zawsze, że góry latem są ble i ona jeździ w góry tylko zimą. Też teraz trochę zaczynam to rozumieć. Mimo, że zimowe góry będą mi się kojarzyć z bólem dupy, dosłownie.
    Też tak mam z tymi fullscreenami – nigdy nie mogę się zdecydować które dać na full, a które nie. Ale widoki można. Można zawsze na full, i te aż sie proszą z tymi wielkimi górami i maleńkimi postaciami.
    My z Hanką chcemy wrócić do Hallstatt też na zimę, więc jakbyście szukali dodatkowych pasażerów do zrzutki na paliwo (i ewentualnie jednego kierowcę na zastępstwo) – to sie proponujemy :-D
    A co do Tatr – ja tam nie byłam jeszcze nigdy! Ani latem, ani zimą, ani ani. Od zawsze sobie je planuje i nigdy mi nie wychodzą. Ostatnio to już 3 podejścia zrobiłam!!! TRZY wyjazdy mi nie wypaliły. Zawsze działo się coś co skutecznie marnowało mi plany, tak totalnie. I o ciekawość, za każdym razem miałam kupione bilety.
    Tak czy siak – czuję się jeszcze bardziej zachęcona, więc zdjęcia absolutnie wykonały robotę!
    PS – Murzasichle, przyznaję bez bicia że myślałam iż to jakaś niemiecka nazwa
    PS2 – Tomasz w roli śniegowej rusałki bardzo na plus! Tak trzymaj Tomaszu!

    • tak, z braku laku nawet nieogolony mężczyzna z wąsem może być rusałką, ja naprawdę muszę z Wami jechać, będziemy sobie dmuchać śnieg pod słońce nawzajem :)

      co do reszty to wszystko wiesz. a w tatry próbuj do skutku, warto! (na koloniach nawet nie byłaś? ;)

  • Prze-cu-dne zdjęcia! I historię świetnie się czyta. Ostatnio nie tak często znajduję czas na czytanie blogów, a tu proszę, w Twój wpis weszłam i mnie pochłonął :) „Zwykłe” Tatry zimą, nie żadne tam Alpy czy Huayna Potosi. Polska zaskakuje, więc wygląda na to, że warto ją odkrywać i pokazywać innym. To dokąd te dwie pozostałe styczniowe podróże po Polsce? :)

    • w góry ;) w weekend jedziemy łamac nogi na nartach. a potem jeszcze sie zobaczy!

  • Przypomniałaś mi jak tam pięknie zimą! Mega widoki, mega foty :)

  • Pięknie! Tak, tez uważam, że góry zimą są górą ;-) No i jak zawsze śmieję się serdecznie do przygód :) Też mi się Alpy śnią po nocach, bo nie bylam tam 10 lat, a wczesniej góry pamiętam głównie z zimy i nart. Ale Rusinowa i z dziećmi dała radę, choć własnie przez brak kijów skręciłam nogę przy schodzeniu. Pozdrowienia!

  • Diana

    Niech mnie ges kopnie jesli w tym roku nie znajde sie na Giewoncie! Raz na 16 lat wypadaloby….

    • u mnie to jest raz na 27 lat, jak dotąd. to znaczy zakładając, że znajdę się tam w ciągu pół roku ;) giewont i hala gąsienicowa to dwa miejsca na które idę i dojść nie mogę.

      • Diana

        dojsc nie mozesz, bo to jednak wysoko jest. ;)

  • Bosz, jaki wstyd, ja też nigdy nie byłam w Tatrach. Mój ojciec ma bacówkę w okolicach Limanowej i chcąc nie chcąc zawsze ląduję tam. Ale tam to są niby-góry.
    Ale szacun, że chciało wam się łazić w tych temperaturach i że nie odmarzły Ci ręce od robienia fot (czy masz jakieś zajebiste rękawiczki?), bo nos to wiadomo, sama mam ten problem co roku ze swoją klamką od zakrystii :p

    • myślałam że mam zajebiste rękawiczki: najbrzydsze na świecie, ale całe z kożucha, mama tomka mi znalazła w lumpie. niestety ciepłe to one są, ale na warunki poznańskie. każde wyjęcie ręki z rękawiczki prawie kończyło się moim płaczem.

      bez przesady że niby góry, byłam 100 lat temu niedaleko na koloniach i wspominam miło. i w ogóle chętnie bym zobaczyła jeszcze podhale, beskidy, gorce.

  • Zu

    zachwyt. w październiku mieliśmy cały czas opady i zachmurzenie całkowite, cały tydzień, dopiero ostatniego dnia bezchmurne niebo. i też był trochę mindfuck, bo nie zgadzał się widok z okna. ale chociaż widoczność była raczej średnia (że najgorsza to nie powiem, bo cokolwiek było widać, ale bynajmniej nie była to malownicza mgła spływająca po grani), to dawno mi się tak w Polsce nie podobało. nawet jak miałam po wycieczce wszystko przemoczone do suchej niteczki (i nie tylko ja, bo w sumie mało kto z naszej wycieczki był przygotowany na taką pogodę. w sumie chyba tylko przewodniczka). chociaż miło też było zobaczyć góry ostatniego dnia dla odmiany. w każdym razie, też wolę zdecydowanie góry zimą niż latem. i uśmiechnęłam się od razu, jak wspomniałaś o tym artykule w przekroju.

  • Tatry zimą są epickie, a jednak wybieram letnią bądź jesienną wersję. Jestem okropnym zmarzluchem i pięć minut na mrozie to dla mnie najgorsza kara. Już od listopada czekam na wiosnę. Co na to poradzić? :)
    Kasprowy jest za to na moim koncie! bardzo polecam wejście, trochę schodzi, ale nic nie smakuje tak dobrze jak samodzielnie zdobyty szczyt :)
    Muszę kiedyś wrócić w góry, może tym razem z aparatem i dużo lepszym nastawieniem? :)

  • Ja nie wierzę w przypadki, więc według mnie te Tatry były wam pisane. Zdjęcia są? Są. Wspomnienia fajne są? Są. No to czego chcieć więcej? :D
    PS. Jak Ty robiłaś te zdjęcia, że śnieg Ci taki ładny wyszedł? Ja walczę i (chociaż fotografuję w RAWach) albo jest niebieski albo żółty. Tym bardziej, że niebo masz idealnie niebieskie. Robisz coś z balansem bieli już na etapie robienia zdjęcia czy poprawiasz w postprodukcji? Proszę, pomóż…

    • po to mam rawy żeby korygować w postprodukcji :) a probowałaś ustawiać balans bieli punktowo, tą pipetą (white balance selector; mówię o lightroomie) klikając na śnieg? + podciągnąć trochę do góry ekspozycję i biele, ale zachować szczegóły w światłach? + ja zawsze trochę schładzam balans bieli.

  • Jak pięknie! Widoki absolutnie cudowne! I pomyśleć, że jak mieszkałam w ojczyźnie i miałam blisko w góry, to w ogóle tego nie doceniałam. A teraz, jak jestem daleko, strasznie mnie tam ciągnie.
    A propos elektrolitów – też nie biorę, bo po nich chce mi się rzygać jeszcze bardziej :)

    • mnie też już tam ciągnie bo znowu mam daleko ;)

      masakra, najgorzej że nie pomaga zatkanie nosa, bo ten słony posmak czuć w całej gębie.

  • O, a ja właśnie wczoraj wróciłam z Tatr – z 10dniowego urlopu w Polsce udało nam się wcisnąć 2 dni w górach. Ale teraz będę się bała wrzucić zdjęcia żeby nie było ze słaba podróbka Twoich :D
    Uwielbiam Tatry zima, jak jeszcze mieszkałam w Polsce to zawsze ta pora roku była moja ulubiona jeśli chodzi o Tatry – tym razem zima trochę z mrozem przesadziła ale tez było pięknie. W Strazyskiej tez byliśmy, widoki bajkowe

  • O rany, ale cudeńka te zdjęcia! Mam nadzieję, że jeszcze się tej zimy spotkamy z Tatrami!

  • Co do wejscia na Kasprowy, weszłam, z moją nadwagą i bolącym kolanem, polecam bardzo, widoki piękne. Super różnice na poszczególnych wysokościach. Zgadzam się, Giewont z drugiej strony jest brzydki. I schodziłam z Kasprowego tą samą drogą tylko we wrześniu jak nie było śniegu ;)

  • Nieśmigielska, Tobie to honorowe obywatelstwa wszystkich sfotografowanych miejsc! <3 Zatkało kakao, a "tylko" foty przecież oglądam i nos mam nieodmrożony…

  • L.

    jako że miałam zaspojlerowaną tę wycieczkę, tym razem tylko obejrzałam zdjęcia, bez czytania (rozumiesz). przecudowne są, zima jest najpiękniejsza, jak można nie doceniać zimy. jak będę bogata i będę mieszkać w LA to na jedną ścianę machnę wielką fototapetę z jednym z tych zdjęć. (bo też patriotyzm).

  • oreo

    Borze jak pięknie w tej zimowej Polsce! aż się troszkę wzruszyłam:)

  • Lena Wanderlust

    no właśnie… ja byłam w tym roku pierwszy raz zimą w górach i zadaję sobie to samo pytanie- jak tu wrócić w innej porze roku kiedy się je widziło zimą i są najpiękniejsze????

    Elu, proszę, pojedź w Bieszczady… kocham Bieszczady, kocham Twoje zdjęcia – to by się nie mogło nie udać! a jakby to wisiało pięknie na ścianie…. i cieszyło oczy kiedy jest się na Nizinie Szczecińskiej a serce ma się na południu Polski….

  • Byłam w tym czasie w Krakowie i dawno tak nie zmarzłam. Podjechaliśmy taksówką na rynek bo miałam ochotę na gorącą czekoladę, po nerwowym truchciku pod wygrzebane w googlu miejsce okazało się, że wedel już nie istnieje. Co to była za rozpacz!

    Ośnieżone drzewka przy wjeździe na Kasprowy pierwyj sort, zakochałam się.