Co u ciebie zimą? 2017

Nikt nie spodziewał się: hiszpańskiej inkwizycji oraz zimowego posta z serii co u ciebie? jeszcze w styczniu. Skąd ten pośpiech?
Stąd, że mi już dzisiaj pisanie o pierniczkach wydaje się niestosowne – a mamy połowę stycznia. To co dopiero, gdybym zabrała się za podsumowanie zimy gdzieś na wiosnę. Nawet pierniki nie mogą tak długo leżeć.
A na wiosnę się zrobi podsumowanie przedwiośnia, proste.
A jesienią – babiego lata.

Zanim polecimy z tym koksem: UWAGA UWAGA UWAGA.
Pamiętacie, jak na dyskotece w szkole didżej czytał pozdrowienia dla Michała z 3C? Więc ja dzisiaj też mam: bardzo specjalne pozdrowienia dla Natalii z 18. piętra poznańskiej Andersii. Natalia, wiem że to czytasz (chociaż jesteś w pracy)! Miłego dnia!

2016

W temacie podsumowania roku piłeczka jest króciutka, bo uchodzę za hejtera takich przedsięwzięć. Niesłusznie, ja jestem tylko hejterem postów, które zawierają dużo linków do starych treści i nic nowego w zamian.

2016. Inni odbijają się od dna, a ja… nie mam się od czego odbijać.
To był tak przełomowy i dobry rok, że teraz się boję, że może być tylko gorzej.
Największa wartość dodana: ludzie. I życie na 3-miesięcznym wyjeździe. I aparat pełnoklatkowy.
Rozliczenie samej z sobą pokazało, że właściwie wszystko co sobie zaplanowałam – zrobiłam.
Jedyne postanowienie, którego znowu nie dotrzymałam (i tak dziesiąty rok pod rząd, od premiery ostatniego Harry’ego Pottera) – i w związku z tym przestaję je postanawiać, to: przeczytam przynajmniej jedną książkę po angielsku. Nie umiem, nie chcę, nie będę czerpać przyjemności z lektury w obcym języku.

Zaczynamy od najbardziej zimowych klimatów (wg pomiarów grubości pokrywy śnieżnej).

Mogłabym zrobić post z flaneryzmu krakowskiego, ale powstałby on ze szkodą dla bloga – jeden krótki styczniowy dzień to za mało na osobny wpis. Ale w sam raz na pokaźną sekcję zimowego co u ciebie.

50 rzeczy, których o mnie nie wiecie: pierwsza moja wizja dorosłego życia zakładała spełnienie dwóch marzeń naraz:
1. Będę aktorką teatralną. 2. Będę mieszkała w Krakowie. Moim Krakowie, od czasu wycieczki szkolnej w piątej klasie. Z tą aktorką to mi przeszło, ale do dzisiaj Kraków to jedyne miasto w Polsce, dla którego mogłabym ewentualnie rozważyć porzucenie Poznania.

City break: snucie się po obcym mieście, zazwyczaj w dzień, w który inni pracują, połączone z piciem kawy i wydawaniem kasy na jedzenie na mieście. Zaprzeczenie wszystkiego, co rozsądne – i dlatego takie przyjemne.
Z zawodu mogłabym być citybreakerem i bywać na szkoleniach w Krakowie. Polecam właściwie wszystko, co zobaczyliśmy i zjedliśmy:
Podgórze i park za parafią św. Józefa.
Wycieczkę śladem krakowskich kopców (nie polecamy jedynie kopczyka Wandzi). Czasami chciałabym, żeby nie wynaleziono google – po powrocie dowiedziałam się, że kopców w Krakowie jest 5, nie 3. Czyli 2 mamy w plecy.
Croissanty od Nad & Greg. Do Krakowa zdecydowanie bliżej niż do Paryża, polecamy.
Tosty francuskie i szakszuka w Zenicie.
Przestrzenie w Forum Przestrzenie.
Zajrzeliśmy do Bunkra Sztuki do wystawę Zmiana ekspozycji.
Zrobiliśmy honorową rundkę po Rynku, Plantach i Wawelu.
W Nowej Hucie wypiliśmy kawę z Pauliną i Leonem. To znaczy, Leon mógł wypić co najwyżej kaszę. I albo to ja znalazłam sposób jak dotrzeć do dzieci, albo to Leon znalazł sposób na mnie.

Jedynie na Kazimierzu mi zgrzytało, bo z anielsko-galicyjskich klimatów wyrosłam 10 lat temu.

A wszystkich, z którymi się nie spotkaliśmy przepraszamy, ale nasz dzień miał tylko 8 godzin. O 16:00 pruliśmy 40 km/h zakopianką na Murzasichle.
Reszta jest bogato ilustrowaną historią, dostępną zresztą pod tym linkiem.











Najbardziej oklepany żart tej zimy w Krakowie.

Narnia? Skutki globalnego ocieplenia w San Escobar? Nie, to Tatry – zdjęcia, które się nie zmieściły w ostatnim poście, elegancko zwane suplementem.




Zapamiętajcie tę datę: 14 stycznia 2017. A star was born.
Nie żebym od razu była nadzieją polskiego narciarstwa, ale sama siebie zaskoczyłam, bo generalnie jeśli chodzi o sporty, to ja jestem noga. Ja nawet na rowerze bez kółek z boku nauczyłam się jeździć jak miałam 9 lat (żebym mogła dostać rower na komunię).
Rolki? 27 lat na karku i poziom A1. Już się nie wywracam, ale jeszcze nie umiem hamować.
Po nartach nie spodziewałam się więcej – spróbuję, nie ogarnę, nic nowego pod słońcem. Już raz na zimowiskach dali nam narty na zasadzie: macie parę na dwie osoby, jeździjcie. I nie jeździłam.
Dwa filmiki na youtube i 15 lat później: wzięłam narty – i zjechałam. Po kilkunastu zjazdach uznałam, że jazda pługiem jest dla luzerów, a po kilku godzinach zostałam zabrana na czerwoną trasę (– boisz się? – nie. – to dobrze, a powinnaś.), zalodzoną i zamuldzoną (?). Nie bez wywrotek, i ze śmiercią w oczach, ale zjechałam.
Oczywiście nie byłoby tych sukcesów, gdyby nie prywatne lekcje w szkółce narciarskiej Macieja i Dagmary.
Żeby nie było za różowo: za pierwszym razem myślałam, że na orczyku się siada; i nadal nie umiem zjechać z kanapy bez wywrotki, jeśli nie siedzę od brzegu. I powinniście byli mnie zobaczyć, jak zabeczana dzwoniłam do Tomka, że nie chcę już nart, bo nie mogłam się wpiąć jednym butem (po upadku z kanapy oczywiście).

To jest miejsce na Wasze polecanki: dokąd na długie i zróżnicowane technicznie trasy? Żeby nie było ogromu ludzi i żeby osoby niejeżdżące nie były skazane na siedzenie w zimnym barze przy podgrzanym piwie (nie mylić z grzanym piwem) przez cały dzień? Bo niestety z Tomasza narciarza nie będzie, aczkolwiek czuję, że jeszcze nie powiedział ostatniego słowa. Jeszcze zrobimy z Ciebie drugiego Żyłę, hehehe.









Pewnie nie uwierzycie, ale jeszcze miesiąc temu żył George Michael i śpiewał Last Christmas, a wszyscy dopiero czekaliśmy na święta.
A jak święta, to cała masa zdjęć okolicznościowych: w sweterkach w renifery, z czapką Mikołaja, z pieczenia pierników. Nawet nie próbowałam z tym walczyć: kto raz upiekł pierniczki, ten już zawsze będzie piekł pierniczki na święta.

Motyw przewodni zdobienia: plaża.





Pixar feat. niesmigielska.com present: KEJTER. ŚWIĄT NIE BĘDZIE.
Premiera: grudzień 2017.





Klasyczna opowieść: święta w domu. Ryba po grecku, pierogi z kapustą i cała gama absurdów, oczywiście sfotografowanych.
Kto jeszcze lubi jeść opłatek, palec pod budkę!

Jedno mi nie gra. Jeśli Mikołaj wyglądał jak mój teść, a czas jego pobytu w pokoju pokrywa się dokładnie z pobytem mojego teścia w łazience, to czy znaczy że wszystko jest ściemą? Chcecie powiedzieć, że te kijki trekkingowe zamówił dla nas Tomek? I co, że może sama je sobie spakowałam i położyłam pod choinkę?








Niektóre rzeczy są tak brzydkie, że aż mi się podobają. Jak ten krawat:












Gry i zabawy na stałe weszły do programu świątecznego u mnie w domu. I dobrze – z jednym zastrzeżeniem.
Rodzino! Naprawdę granie w gry ma sens tylko wtedy, kiedy zawodnicy nie ściągają od siebie nawzajem, a nie-zawodnicy nie podpowiadają.
W państwa-miasta w tym roku może nie wygrałam, ale przynajmniej jestem w stanie rozliczyć się uczciwie z każdego punkta w tabeli.
Tegoroczne smaczki: choroba na f – fszawica (nie przeszło), zawód na c – cezer (zecer, ale czy to ważne? Nie przeszło). Ja ze swojej strony przyznam, że miałam problem z chorobą na r, chociaż w rubryce zwierzę wpisałam: rak.




Kronika towarzyska:

To nie są zdjęcia, które wysyła się na konkursy fotograficzne. To są zdjęcia, które dają mi frajdę z patrzenia na nie i wspominania miłych chwil.
Na miłe chwile składają się: wyciąganie z łóżka Kingi w sobotę bladym świtem, spacery po lasach i innych chaszczach, jeden mały urbex w opuszczonym kościele, trochę zdjęć i dużo gadania. A gadanie Kingi robi wrażenie – jeśli ktoś umie nie jeść słodyczy od marca, to na pewno osiągnie wszystko co zaplanuje. Trzymam kciuki. Ten link czeka na Twoje portfolio, Kinga!

PS: z nikim nie jeździ się tak dobrze, jak z osobą, która nie ma prawa jazdy. Kinga chwaliła nawet za to, że ogarniam biegi – a ja czułam, że rosnę. Dla odmiany, jeżdżąc z Tomkiem, karleję.





Lubicie blogi dobrze napisane? Search no more: oto Bieguni. Poprawią fotki na większe i mogą podbijać blogosferę.
Gdzieś tam czułam, że to swoi ludzie, ale jak się okazało, że Ania i Artur mieszkają w Poznaniu, było jasne, że prędzej czy później przeznaczenie – lub świąteczny Market w Starej Rzeźni – zetknie nas ze sobą.
Minus jest taki, że Bieguni górują nad nami o głowę (oboje), musieliśmy usiąść żeby nie czuć dyskomfortu. I tak przesiedzieliśmy w sumie 8 godzin.
Plus jest taki, że wreszcie będę miała z kim pójść na mecz Lecha.
I nie tylko. I nie tylko z nimi.
Dowiecie się punkt za dwa tygodnie.






Witamina D. Normalnie jej najważniejszym źródłem jest światło słoneczne. Już byłam o krok od doświetlania lampą kwarcową, ale doczytałam, że D rozpuszcza się w tłuszczach, więc na wszystkich spotkaniach okołowigilijnych nie żałowałam sobie niczego, co mogłoby się potem zamienić w tłuszcz: makowe ciasto-gwiazda z przepisu Kwestii smaku (Dominika zrobiła to! Ona naprawdę to zrobiła.), pizza u Macieja i Agaty, deska serów i kabanosów na Mikołajkach Rowerowego Poznania, pierogi jedzone pokątnie w pracy i stół ciężki od jedzenia na wigilii Poznańskich Blogerów Podróżniczych (we’re hiring!) – i to mimo, że gospodarze mają małe dziecko. O zdrowie trzeba dbać.

Cieszę się, że tradycja przyjęć przedświątecznych została zachowana. Zasady są twarde i nie ma odwołań: albo masz ze sobą własnoręcznie zrobiony prezent od wartości do pięciu złotych, albo ochrona zatrzymuje Cię na bramce. Ochronie przydałby się pomocniczy oddział grammar nazi, żeby sprawdzać prezenty pod kątem poprawności ortograficznej. Mikołaju, pisze się peeling, a nie pilyng. Chyba, że jest tak drobny, aż pyli – wtedy zwracam honor.

PS: tegoroczny hit – słoik z pytaniami (Alexandra Franzen via Styledigger). Na święta, na prywatkę, na 4-godzinną podróż autem.









Czy ten pan i ta pani…? Tak, to oni! Udało im się namówić nas na udział w filmie.
Na blogu Agnieszki ostatnio ucichło, ale nawet rozumiem – trudno jednocześnie pisać bloga i działać aktywnie (bardzo aktywnie!) na rzecz Rowerowego Poznania.




Na załączonym obrazku Tomasz wychodzi ze strefy komfortu najdalej jak się da i wygłasza – w 100% publicznie – prezentację. Gratulujemy.
Chcecie obejrzeć jak Tomasz opowiada o automatycznej detekcji anomalii z Kapacitorem? Gwarantuję, że nie zrozumiecie ani słowa, ale nie zapomnijcie zostawić łapki w górę!

Kronika lokalna:

Hip hop, race i świece dymne to nie moje klimaty – do teraz. Wystarczyło, że tradycyjnego sylwestra na skwerze zorganizował Łazarz – Otwarta Strefa Kultury.
Trochę historii: normalnie na hasło sylwester na skwerze policji i strażakom w Poznaniu przyspiesza tętno, taka tradycja. Skwerek znajduje się w tej części Łazarza, gdzie na usprejowanych ścianach przeczytacie raczej pamiętajcie o braciach za murami niż Łysy kocha Olę.
Wystarczyło trochę popracować i porozmawiać z mieszkańcami, i zamiast prawdziwej kanapy zapłonął grill kształcie kanapy i zatrzymano tylko jedną osobę. Moszna?
Ja się kilka razy naprawdę wzruszyłam. Było pięknie. Peace!






















It’s official: mamy w Poznaniu legalny i jawny punkt widokowy, pierwszy taki. Nadal jestem przeciwnikiem odtwarzania w XXI w. zamku, o którym nie wiadomo jak wyglądał, ale przynajmniej widok z tarasu na stary rynek jest ładny. Pst, we wtorki – za darmo.
Ostatnie zdjęcie to zagadka dla chętnych. Niestety, żeby tam wejść, trzeba znać kogoś, kto ma w kieszeni magiczną kartę magnetyczną. Chcecie, to Was zapoznam.



W Ogrodzie Wilda wernisaż muralu i zakończenie sezonu. Powiem Wam, że jak usłyszałam pomysł, to jedną połową mózgu się zachwyciłam, a drugą wzruszyłam. Na ścianie Dorota namalowała twarze osób, które są związane z Ogrodem. Twist polega na tym, że przez 3/4 roku mural będzie zasłonięty liśćmi. A gdy liście opadną i sezon się skończy – ci, których chwilowo nie ma, będą tam nadal. Aww.
Zdjęcie muralu pożyczyłam od Marty Adamskiej.


Na koniec dwie premiery na rynku prasy:
nowym Przekrojem jarają się wszyscy, łącznie z Tomaszem – a wiecie, że Tomasz jest programistą. Mam nadzieję, że już kupiliście swój numer z dodruku, a jeśli nie, to polecam Żabki w mniejszym miejscowościach. Ja swój dostałam w Płocku na osiedlu. Zapytałam dla żartu, a był na serio.
Ile czytania! Nie od razu zrozumiałam, że Przekrój to nie Kaczor Donald, nikt mi nie każe przeczytać całego numeru za jednym posiedzeniem (pozdro dla czytających na kiblu!). Z jakiegoś powodu wychodzi jako kwartalnik.

Drugie wydarzenie to premiera Poznanianki. Pisma dla kobiet, ale bez jednej strony o modzie i urodzie, a w dodatku lokalne (co nie znaczy, że nie możecie zamówić prenumeraty na całą Polskę).


  • To jest ktoś kto na rolkach potrafi hamować? Serio, jeżdżę na rolkach od ok. 15 lat, a zahamowałam UŻYWAJĄC HAMULCA może ze 3 razy (i to pewnie przez przypadek). Osobiście praktykuję wytracanie prędkości i wskakiwanie na trawę/łapanie się czegoś stabilnego :) Parę razy testowałam też hamowanie ‚łyżwiarskie’ – skończyło się pozytywnie, ale ile mnie to stresu kosztowało to wiem tylko ja.

    • ja nie mówię o tym hamulcu, bo to faktycznie ściema :D ale nawet takim ciągnięciem rolki za sobą nie daję rady za bardzo, albo pługiem właśnie. też mi się zdarzało wyskakiwac na trawę a czasem zatrzymywałam sie na obcych ludziach i prosiłam żeby mnie łapali ;)

      • kamila

        Zarzucilam rolki wlasnie z tego powodu, a juz zatrzymywanie sie z jakiegokolwiek wzniesienia majacego wiecej niz 5% nachylenia to juz smierc w oczach. w tym roku powiedzialam dosc upokorzeniom i podsmiechujkom okolicznych nastolatkow, patrzacych z rozbawieniem na moje upodlenie:)
        Jesli chodzi o nauke jazdy na nartach to polecam Austrie lub Wlochy (bedziesz miala przy okazji swoje ulubione Dolomity). Sama nauczylam sie jezdzic na nartach wlasnie tam i jedno jest najwazniejsze (no wlasciwe dwa sa najwazniejsze) SZEROKOSC i BRAK MULD czyli przygotowanie stoku. Na szerokim stoku po prostu poczatkujacy czuje sie bezpieczniej nawet jesli jego nachylenie jest duze.
        Pozdrawiam i niezmiennie zazdrosze piora, a potem dopiero oka:)

        Kamila

        • wszyscy polecaja austirę lub włochy, lub ostatecznie czechy – i powiem szczerze, że za rok bardzo chętnie!

          ja się podśmiechujkami nie przejmuję, daję rolkom jeszcze jeden sezon a potem – sprzedaję!

          • Jeszcze co do rolek, to moje pierwsze były rewelacyjne pod tym względem, bo były już tak wyeksploatowane, że nawet z górki nie chciały jechać same i musiałam się odpychać (wtedy czułam się bezpiecznie), ale jak szarpnęłam się na moje nowe czarne demony prędkości, już trochę bardziej profesjonalne, to druga jazda skończyła się 1,5metrowym ślizgiem na lewym kolanie :/ Blizna niestety została (i uraz psychiczny też, dlatego nie jeżdżę już tam gdzie się to stało)

  • bosze, ile informacji tutaj. :D i weź to skomentuj z sensem!

    1) tam jest takie zdjęcie Tomasza, jak on się patrzy tak na Ciebie, to widać – chłopak zakochany na 101% !
    2) to juz było – ale napiszę też – ja nie wiem kiedy Ty te wszystkie rzeczy robisz. :D serio. u mnie siłka + ogarnianie posiłków i mam tydzień pozamiatany :P tylko weekendy chodzą dobrze.
    3) leżą Ci te lokalne miejskie rzeczy! ciśnij moja droga!
    4) że też Age Ci się udało spotkać! :D ja jej od…. marca nie widziałam!

  • Tyle dobrego w tym tekście, że nie wiem do czego się odnieść. Napiszę więc o tym co mi najbliższe, o Krakowie.
    Mieszkanie w Krakowie zawsze było moim marzeniem, pierwsze dwa lata w mieście – niekończącą się euforią, a teraz? Chyba po prostu już się zmęczyłam. Kraków jest idealnym miejscem na studiowanie, zażycie pierwszego dorosłego i niezależnego życia. Gdy przychodzi do poważniejszych decyzji, jedyne o czym marzę to uciec jak najdalej stąd. Myślę, że ogromną rolę odgrywa tutaj smog, który niszczy mnie każdego dnia. I w końcu… ja przecież wcale nie lubię dużych miast.
    Swoją drogą, mieszkam tu już 6 rok, a wciąż odwiedziłam tylko 3 kopce (w tym 2 na zeszłorocznych wakacjach). Hm, nawet nie wiem, gdzie znajdują się pozostaje dwa. Kopiec Kraka ma szczególne miejsce w moim sercu, a Wanda? Cóż, zimą wygląda dosyć znośnie;) Wyobraź ją sobie latem – wkoło chaszcze i zarośla. Dla tego widoku warto udać się na Nową Hutę :D
    Ej, czy te placuszki są z bekonem i nutellą?! wtf
    Ps. W swoim życiu do ręki wzięłam tylko jedną angielską książkę – 1 część Harry’ego pottera. Jest świetna. Nawet jak nic nie rozumiesz, i tak wiesz co dzieje się w każdym odcinku (pff, rozdziale) :)

    • te placuszki są i z bekonem i z nutellą, w tym tkwi ich potęga! idź do zenitu koniecznie!

      jest jeszcze niby kopiec piłsudskiego i jana pawła ii? najwiekszy i najmniejszy, wg wikipedii.

      a z tym smogiem to faktycznie Wam współczuję, chociaż na własnej skórze nie odczułam – ale relacje ze smogu mnie zmroziły.

      • Ostatnio poszukuję fajnych śniadaniówek w Krakowie. Zapisuję i odwiedzam Zenit przy kolejnej okazji :D Dzięki :)

        • no żebym ja Ci pokazywała miejsca w krk, to już jest skandal! ;)

          • ej, znam za to inne fajne miejsca ;p tak już mam, jak coś polubię, chodzę tam cały czas, zupełnie zapominając o innych opcjach :)

  • Jak napisałaś, że nie uwierzymy, że miesiąc temu żył jeszcze George Michael i czekaliśmy na święta, to ja nie uwierzyłam i musiałam sprawdzić jaki dziś dzień. Myślałam, że to już ze dwa miesiące… A opłatek jest moim ulubionym daniem wigilijnym zaraz po pierogach z truskawkami :)

    • ale jazda, pierogi z truskawkami na wigilii! przyjade w przyszłym roku!

  • Ania

    Ela, a powiedz proszę, którędy to się wchodzi na ten taras widokowy? Przez muzeum czy co? Wybieram się tam chyba od stu lat, ale w internecie nie ma żadnych informacji i nie wiem jak się tam dostać!

    • tak, normalnie przez muzeum: głównym wejściem musisz i do kasy po darmowy bilet (lub płatny, jeśli to nie wtorek) :)

      • Ania

        super, dziękuję! :D

  • L.

    mam tak samo z niemieckim! zawsze sobie obiecuję, że w tym roku to tak powtórzę niemiecki, że goethego będę czytać w oryginale.
    cóż.
    nie.

    kurwa, elżbieta, ja nie mogę z tymi Twoimi zdjęciami. po prostu patrzę i oczom nie wierzę, że świat taki piękny.

    kejter, cudowne kocię. nigdy nie zapomnę, jak mnie trzepnął łapeczką.

    pytasz rodzinę, czy możesz ich wrzucić w internet, czy się kitrasz? bo w sumie nigdy nie pytałam.

    TOMEK W COŚ WYGRAŁ MOŻE???

    dziwnie było oglądać Tomka w pozycji szefa prezentującego, a nie PRZEGRANEGO. JUST SAYIN.

    te sylwestrowe zdjęcia to już sztos totalny. to jak kadry z filmu.

    załatwiaj kartę. w soboty działa?

    • karta działa. ale tylko z tomaszem w pakiecie ;) więc musimy poczekać aż ja zacznę pracę w korpo z tarasem na dachu.

      tomek wygrał w najlepszą prezentację tego wieczoru! serio.

      też lubię te sylwestrowe foty.

      rodziny nie pytam, pretensję przyjmę na klatę. inna sprawa że i tak wybieram okruchy z tego co mam i staram się wybierać mniej hardkorowe zdjęcia.

      bis morgen!

  • Dotarłam do końca i się już wcale nie dziwię, że już ten post musiałaś zrobić! Niby zimno, a wciąż latasz po tym mieście! :) Jeśli chodzi o stoki na narty, to polecam uderzyć w czeskie Karkonosze – Rokietnice nad Izerą, Szpindlerowy Młyn (najlepiej!), Jańskie Łaźnie i Pec pod Śnieżką. Blisko i spoko. Te dwa środkowe mogą być bardziej oblegane w weekendy, ale i tak ludzi jest zawsze mniej niż w PL i można się najeździć. Gdzie jeździliście? Stoków nie rozpoznaję, a średnio ciekawie wygląda, więc wolę wiedzieć na przyszłość :)

    • jak to jest, że w czechach na nartach z tego słyszę jest zawsze mniej ludzi?
      my byliśmy w czarnej górze koło masywu śnieznika. ogólnie było więcej tras niż ta po której głównie jeździłam, ale po tym zjeździe czerwoną już się nie odważyłam następnego dnia na więcej.

      • Hehe nie wiem jak to jest z Czechami, ale jest to prawda. Tam zawsze jest mniej ludzi. Testowaliśmy to wielokrotnie w okresie sylwestrowo-noworocznym i za każdym razem było to samo – w Czechach pojeździsz, a w PL jedynie co możesz to zmarznąć w kolejce do wyciągu.
        A na Czarnej Górze byłam raz, ale twoje zdjęcia zupełnie mi tego nie przypominają. Mieliśmy wtedy bardzo mało śniegu, stok był non stop dośnieżany i po jednym dniu zrezygnowaliśmy by nie niszczyć nart na klepisku ;) Jeśli chodzi o fajne miejscówki do jazdy w PL to jeszcze Korbielów mogę polecić ;]

  • Ten post jest taki długi i taki fajny, że zanim dojechałam do końca, zapomniałam, co chciałam skomentować.

    Oprócz jednego: choroba na R – rzeżączka. Powodzenia następnym razem :P

    • pod presją czasu to ja mam problem nawet z imieniem na E, żeby wymyślić ;)

  • Zaskoczyl mnie ten post, bo nie wiem jak w Poznaniu, ale w Warszawie zima na calego, ale przeciez nigdzie nie jest napisane, ze nie mozna traktowac polowy stycznia jako przedwiosnia :P
    Nie wpadlam nigdy na to, zeby w panstwach miastach dopisac rubryke choroby. Ale znajac moich braci pewnie wymyslaliby cos w stylu gardla bol, nogi bol, serca bol i nie wygralabym i tak.
    Zdjecie w garach rzeczywiscie urocze, tak jak i wasz kot :)

    • juz teraz ciężko się czyta taki długi post, a selekcja była ostra. jakbym miała poczekac jeszcze dlużej (a jeszcze w styczniu sie trochę wydarzy ;) to nie miałabym sumienia tego publikować, za_dużo.

      u nas ta rubryka ‚choroby’ to taki wewnętrzny żarcik ;)

  • Natalia Sma

    Michal z 3c na pewno nie docenilby tak jak ja! Pozdrawiam cieplo z 18. pietra Andersii :) czekam na nastepny post, bo sie nie naczytalam ;P

  • Zu

    Dobrze, że rozbiłaś zimę na dwa posty, bo jest już i tak długi, a zdjęć dobrych jest dużo, więc jest tak dobrze.

    Co do nart: gratuluję nauczenia się, ale mam takie jedno pytanie co do robienia zdjęć: nie bałaś się trochę? Ostatni raz zabierałam aparat na stok w szóstej klasie podstawówki, ale to i tak na tylko jeden wjazd.

    Świąteczny Kejter jest boski.

    Bardzo podobają mi się Twoje zdjęcia z Wigilii – są takie reportażowe. W ogóle podoba mi się u Ciebie, że potrafisz z takich małych, lokalnych wydarzeń przynieść takie zdjęcia, że równie dobrze mogłyby być prosto do jakiejś dużej gazety. Naprawdę.

    A te z Sylwestra to już jest w ogóle miazga. Na World Press Photo.

    I też się zachwycam Przekrojem. Po powrocie z NY trochę załamywałam się nad poziomem prasy i brakowało mi też między innymi New Yorkera. I jak tylko dostałam Przekrój do rączek, to od razu doszłam do wniosku, że to jest to, czym New Yorker byłby, gdyby był kwartalnikiem w Polsce. Przeczytałam w pierwszy weekend po zakupie, więc teraz muszę czekać, ale i tak jestem pod wrażeniem.

    • bałam się ;) aparat zabralam dopiero drugiego dnia i tylko na ten najprostszy stok, jak już miałam pewność że się nie wywrócę (wywróciłam się dwa razy…), ale trzymałam go w futerale i nie jechałam z dużą prędkością, nic się nie stało. poza tym widać, że kilka zdjęć jest z komórki.

      ja właśnie kocham takie wydarzenia jak wigilia w domu i sylwester na skwerze, mam zamiar więcej takich rzeczy robić, czuję się w tym najlepiej.
      aż tak dobry ten sylwester nie jest ;) ale widzę postepy u siebie. natomiast nadal – to nie jest jeszcze to.

      ale mi nawet nie chodzi o slownictwo w przypadku czytania po angielsku, chodzi o to że nie umiem się dac wciągnąć i skupić tak w 100% :(

      do dziś żałuję, że pożałowalam hajsu na new yorkera! na szczęście, zostalo mi jeszcze trochę przekroju w domu ;)

  • Jak dobrze, że znam Twój blog od jakiegoś czasu, teraz, aktualnie mieszkając w Poznaniu, w końcu mogę iść tropem z Twoich postów i poznać ciekawe miejsca i ogólnie wdrożyć się szybciej w klimat miasta i jego rytm! Dzięki Ci za to kobieto! <3

    • jesteś w poz? kurczę, a mi się dwie rekomendacje nie zmieściły już: polecam pączki w pączusiu i kawusi przy rynku łazarskim (+ koniecznie spacer po okolicy) i gigantyczne porcje w zdolnych na piekarach!

      • Przeprowadziłam się do Poznania całkiem niedawno i właśnie odkrywam to miasto :D Dzięki za rekomendację! :D

  • O rany ileż się działo! A będzie jeszcze więcej! <3
    Weszłam na Bieguni i patrzę tytuł "środa – dzień loda, mydło i woda." i myślę "O, Dolomity dynamity" :D
    Moja przyjaciółka wszystkie gazety trzyma właśnie w toalecie – tam jest cały kącik prasowy, gdzie indziej nie miałyby przełożenia.
    Tej wigilii pozańskich blogerów to Wam zazdraszczam na maksa :( za rok mogę wbić się na jana? Bo ja albo jestem niedoinformowana, albo we Wro takie rzeczy się nie dzieją :(
    Ja ze sportów jestem lewa noga – w zeszłym roku pierwszy raz na kajaku pływałam, nigdy nie byłam na ściance wspinaczkowej, zadnego surfingu, kitesurfingu, snowboardu, ani nic z deską nigdy nie probowalam (choc jak postawili przede mna longboard raz na sesji to balam sie na nim postawic dwie nogi :O ), narty RAZ – i tak zawsze konczylam w zaspach, wiec wielkie gratki :D

    • możesz wbić! aczkolwiek to nie jest jakiś bardzo mocno zorganizowany event, po prostu jestesmy grupą znajomych, która sie skrzykuje kilka razy do roku :) więc ja też nie wiem czy normalnie w poznaniu takie rzeczy się dzieją.

      ja i tak się dziwię, że ze sportów ogarniam rower. ale doświadczenie rowerowe jakoś mi się umiało przełożyć na narty, jeśli chodzi o równowagę i skręty.

      do piątku! :)