Niezły Meksyk (& other stories)

Pozostałe posty z road tripa po Stanach znajdziecie TUTAJ.

3 życzenia do złotej rybki:

1. Pokój na świecie.
2. Żeby cukier miał zero kalorii.
3. Żeby powtórzyć cały wyjazd (albo chociaż USA) z tym stanem wiedzy, który mam teraz (i z tym aparatem, który mam teraz). Przez ostatni rok przemyślałam, przeczytałam i obejrzałam sobie całkiem sporo rzeczy. I może nadal nie podciągam się na drążku, ale podciągnęłam się w fotografii.
Fajnie widzieć postęp, ale tak niefajnie wrzucać zdjęcia sprzed roku, wiedząc, że dzisiaj byłyby dwa razy lepsze.

Koniec sekcji gorzkie żale. Jeszcze tylko przedstawię dzisiejszy porządek obrad, bo dzisiaj mamy 2-wpisy-w-1, taki prezent na Międzynarodowy Dzień Myśli Braterskiej (true story, to dzisiaj). Czemu tak? Największy wspólny mianownik to: za mało zdjęć na dwa osobne posty; ale mogę dorzucić też #ocean i #nadmiar czasu.
1. Najpierw jedziemy do Meksyku i nie jesteśmy świadkiem ani jednej strzelaniny z udziałem członków narkotykowych karteli.
2. Robimy dużo rzeczy jak z amerykańskich filmów i wyrażamy swoje zdanie na temat słynnej Pacific Coast Highway (spoiler: meh).

tijuana meksyk

Cz. I. Wyszłam do Meksyku, będę wieczorem

Żaden, nawet w najbardziej na bogato wersji, plan nie zakładał, że odwiedzimy jakiś kraj Ameryki Centralnej. Jakby ktoś mi powiedział, że zahaczymy o Meksyk, to bym się tylko smutno uśmiechnęła i rozłożyła ręce – chętnie, ale kiedy?

Mówią, że potrzeba jest matką wynalazku. W naszym przypadku z potrzeby zagospodarowania wolnego czasu – w życiu bym nie przypuszczała, że skończymy wycieczkę krajoznawczą przed terminem – wyniknął wyjazd do Meksyku.
Byliśmy w Las Vegas, gdzie wielu zaczyna i kończy tour de parki narodowe. Do San Francisco został nam tydzień. Co robić? Rozebrać się i pilnować ubrań? Pluć, łapać i o ścianę chlapać?
Można, ale mam lepszy pomysł: do Tijuany tylko 4 godziny jazdy, tyle co z Poznania do Płocka (wliczając korek na wylotówce). Nigdy nie byliśmy bliżej prawdziwych meksykańskich tacos, a poza tym Polacos nie potrzebują wizy. Głupio nie skorzystać.
W Meksyku było wszystko, czego było nam potrzeba. Tak jak w Ameryce Południowej tęskniliśmy chwilami za ordnungiem (i rozumieniem tego, co się do nas mówi), tak w Stanach po dwóch tygodniach zackniło nam się za odrobiną bałaganu i streetfoodem. Ok google, navigate to: Mexico. A dokładniej: przejście graniczne San Ysidro.

Nigdy nie sądziłam, że o serialu kręconym w latach 2005-2012 powiem stary, ale pamiętacie taki stary serial Weeds? Był czas, w którym główna bohaterka przemycała narkotyki z Tijuany do San Diego – białej Amerykanki po 30-tce przecież nikt nie będzie trzepał. Problemem były nie kilogramy marihuany w aucie, a gigantyczny korek przed granicą. Tak gigantyczny, że do dziś pamiętam scenę, jak Nancy sika do plastikowego kubka po kawie.
Tego chcieliśmy uniknąć i dlatego auto zostawiliśmy na parkingu pod centrum handlowym przy granicy, co oczywiście jest zabronione. Udając, że wychodzimy na całodzienne zakupy (nic nas nie nauczyła historia z The Wave) – a tak naprawdę to wzięliśmy się za ręce i poszliśmy do Meksyku. Oczywiście im bliżej powrotu, tym bardziej się denerwowaliśmy, że samochód nam odholują.

Na przejściu czekaliśmy dosyć długo w obie strony (minimum półtorej godziny, o 11 rano i 20 wieczorem), ale nie tak długo jak ci w autach.
Na miejscu spędziliśmy 10 godzin i zaraz ktoś mi powie, żebym się nie wymądrzała, bo nic nie wiem o Meksyku (PS: zgadzam się) – ale pieczątka w paszporcie jest? Jest. Pokazać? Gdybym spisywała listę państw, które odwiedziliśmy, Meksyk byłby kolejny. I co mi zrobicie?

tijuana meksyk
tijuana meksyk

Bienvenidos a Tijuana.

Tijuana. Półtoramilionowe miasto, którego symbolem jest wielki stalowy łuk z napisem Witajcie w Meksyku (symbol of the bond between Mexico and the U.S.).
Jednocześnie miasto, przez którego główną plażę przechodzi wielki stalowy płot (granica amerykańsko-meksykańska), a brzeg patrolują okręty i helikoptery. Wszystko po to, żeby za dużo Meksykanów nie zalazło się po amerykańskiej stronie.
Za to w odwrotnym kierunku, proszę bardzo: w Meksyku jest taniej, prostytucja jest legalna, a pić alkohol można od 18 roku życia (vs 21 w USA). I choćbyśmy bardzo się starali wyglądać inaczej, to i tak byliśmy kolejną parą białasów, którzy przyjechali do biedniejszego kraju żeby trochę z niego pokorzystać. Mało tego, ja sobie wchodzę do nich jak do siebie, a oni do nas muszą się prosić.

Na pewno Wasze mamy teraz się zastanawiają: czy w Tijuanie jest aby bezpiecznie?
To prawda, że jeszcze niedawno na ulicach T.J. w porachunkach między kartelami narkotykowymi ginęło kilkaset osób rocznie i pewnie gdybyśmy się bardzo mocno postarali, moglibyśmy się znaleźć na potencjalnej linii ognia.
Ale nie chcę żebyście myśleli, że Tijuana = narkotyki i nieletnie prostytutki na ulicach (chociaż też). Myślcie raczej: Tijuana = piwo kraftowe, street art i centrum sztuki współczesnej. I malowane osły na ulicach. Bo Tijuana sporo dochodów ma z turystyki, a turyści nie lubią przyjeżdżać do miejsc, gdzie można zarobić kulkę, kupując magnes na lodówkę. No nie lubią i co im zrobisz.

Miasto zwiedziliśmy po łebkach. Nie byliśmy w żadnym muzeum, nie zajrzeliśmy do katedry, a łuk na głównym deptaku zobaczyliśmy mimochodem, wracając do Stanów. Biorąc pod uwagę, że w najbliższych latach przyjaźń ze Stanami raczej nie wypali, łuk można przemianować na pomnik koła rowerowego. Przynajmniej się nie zmarnuje.

To znaczy, byliśmy na najlepszej drodze do porządnego zwiedzania, zaczynając od hali targowej (Mercado Hidalgo). Tamales z kurczakiem (zaskoczyły mnie, bo w Peru znałam tamales bez mięsa i na słodko) i najlepszych tacos na mieście (El Gordo), ale potem spotkaliśmy Carlosa i tradycyjne zwiedzanie się skończyło.

Nie wiem, czy ceny w miejscu, gdzie przetacza się wielu Amerykanów i ich dolarów są reprezentatywne dla Meksyku, ale nie było tak tanio, jak by się można spodziewać. Tacos od 2 USD (8 zł), a na osobę warto zamówić po kilka (a może to tylko my, może normalnym ludziom po jednym wystarczy).
Ale co by nie mówić, Meksyk jednak JEST tańszy niż USA, więc kupiliśmy kilka dóbr luksusowych na których normalnie nie było nas stać. Do koszyka w supermercado wpadły: czekolada w proszku do picia (z piankami; dla Tomka) i rozjaśniająca farba do włosów (dla mnie).

Moje pierwsze wrażenie – wszędzie piniaty! Zupełnie jak w filmach! Miałam ochotę kupić jedną dla samego faktu posiadania, ale tak jakoś, na chęciach się skończyło, co ja bym zrobiła z minionkiem wielkości 7-letniego dziecka? Teraz oczywiście żałuję, jakieś zastosowanie zawsze by się znalazło.

tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
null

Jak sobie pomyślę, że do tej pory myliłam owoc chlebowca (jackfruit) z durianem i dlatego nie chciałam go jeść, ilekroć mieliśmy okazję w Azji, to płaczę. Chlebowiec jest pyszny.
Po internecie krąży plotka, że niedojrzały jackfruit smakuje jak długo gotowana wieprzowina. Zgłaszam się do wielomiesięcznych testów.

tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk

Tu nastąpił koniec tradycyjnego zwiedzania – bo poznaliśmy Carlosa, a właściwie Carlos poznał nas. Nie w tym sensie, że rozpoznał (¡Hola Niesmigielska!), ale zagadał doskonałym angielskim.
Zdarzyło nam się coś, co pewnie wszystkim innym w podróży zdarza się ciągle – znaleźliśmy swojego człowieka na drugiej półkuli, z którym nie mogliśmy się nagadać: o Meksyku, o Europie, o jedzeniu, o Stanach. O Trumpie – nie; był marzec, więc Trump jako prezydent USA nie był wtedy nawet jeszcze tematem do żartów.

Carlos przeprowadził nas przez Zona Norte (dzielnica Czerwonych Latarni, tylko niebezpieczna) i zaprowadził na prawdziwe mole poblano do bistro, które nazywa się Antojitos (pol. zachciewajki). Nazwa 10/10: mięso z sosem czekoladowym to była moja zachcianka, odkąd jako dzieciak obejrzałam program o kuchni meksykańskiej.
Spędziliśmy z Carlosem chyba najbardziej wartościowy dzień z tych 3 miesięcy.
Dla mnie tu gdzieś przebiega różnica między podróżowaniem, a wyjeżdżaniem.

(Jasne, że mamy wspólne zdjęcie. Już nawet nie próbuję tłumaczyć, o co chodzi z tym całym autofocusem.)

PS: wiecie, że wszyscy na świecie śmieją się naszych banknotów, że są takie małe?

tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk

W kategorii: najdziwniejsza granica na świecie, playa de Tijuana jest ex aequo z pofalowanym płotem postawionym na wydmach. Zgadliście: też między USA, a Meksykiem – niedaleko zresztą stamtąd.
Oczywiście to nie jest tak, że wystarczy przepłynąć dookoła płotu i jest się w raju. Ale jeśli nie zauważą Cię z okrętów, helikopterów i przejdziesz przez pas ziemi niczyjej – to gratulacje, jesteś w Stanach. To też nie znaczy, że jesteś w raju.

Jeśli jesteście rozdzieloną rodziną, to możecie podejść no do płota raz w tygodniu, w weekend, od 10:00 do 14:00. Wtedy też Border Church odprawia dwie msze równolegle, po jednej dla każdej strony.

A jeśli się dobrze przypatrzycie, zobaczycie, że jedno przęsło pomalowane jest na niebiesko – pod odpowiednim kątem i przy sprzyjającym wietrze wydaje się, jakby zostało wymontowane – to Ana Teresa Fernandez i jej praca Erasing the border.

Słodko-gorzka ciekawostka: od strony amerykańskiej miejsce przylegające bezpośrednio do granicy nazywa się… nie zgadniecie jak.
Friendship Park!

To tyle z Meksyku. Pewnie miałabym więcej zdjęć, dłuższe story i magnes na lodówkę, gdybyśmy pochodzili po mieście we dwójkę, zamiast pić kawę we trójkę. Czy bym się zamieniła? W życiu. Nunca.

tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk

tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk
tijuana meksyk

Część II. Pacific Coast Highway.

Dorzucona gratis do planu wyjazdu, w ostatniej chwili. I tak jesteśmy nad oceanem, więc równie dobrze możemy zahaczyć o Los Angeles (będzie następnym razem) i przejechać się jedną z najsłynniejszych dróg na świecie. Ostatecznie, co nam szkodzi. A pochwalić potem się można.

Ja wiem, że każdemu według jego potrzeb, ale naszym zdaniem, gdy ma się ograniczony czas, to nie opłaca się zamieniać jakiegokolwiek parku narodowego na jazdę wzdłuż kalifornijskiej jedynki. Ładne wybrzeże, to nie jest aż taka rzadkość na świecie – a: kaniony, pustynie, góry w bliskiej odległości od siebie – już tak.
Mijaliśmy kolejno wszystkie te znane miasteczka: Monterey, Big Sur, Santa Monica – ale dla nas to było tylko: kolejne molo, następna plaża, znowu klify?
Mieliśmy podobnie, jak na Maderze. My wiemy, że tam jest ładnie. Ale tego nie czujemy.
To były najsłabsze dwa dni pobytu w Stanach, i to mimo że:
– widzieliśmy z bliska kolonię słoni morskich niedaleko San Simeon
wydziargaliśmy wyznania miłości na kolorowej plaży (Pfeiffer Beach State Park)
– staliśmy nad wodospadem, którego woda spada prosto do morza (McWay Falls)
jedliśmy tacos na plaży w Santa Barbara (ok, więc faktycznie puszka chili i tacos z marketu to nie to samo, co w Meksyku)
– patrzyliśmy jak zachodzi słońce nad Santa Ana.

Dla 9 osób na 10 to pewnie chore, że nam się mało podobało, ale bierzcie poprawkę, że my jesteśmy specyficzni i plaże nas nie biorą.
Teraz trochę żałuję, że nie zostaliśmy dłużej w San Diego (tzn. dłużej niż trwa wzięcie prysznica w ramach wstępu na basen) zamiast rozdrabniać się na mniejsze miejscowości po drodze – ale kto to wiedział. Na pewno nie ten, kto musiał planować od zera, na kolanie, z dnia na dzień, jak my.















Statystycznie, w tym odcinku robimy najwięcej rzeczy jak z filmów na akapit:
citybreak w Tijuanie, jazda przez Big Sur, a teraz jeszcze pranie w pralni (nie wypadało nie zagrać na automatach) i mecz baseballa (juniorów, ale dziecko też człowiek).

Niesamowite, że mamy 27 lat, od 13-stu jesteśmy w Unii Europejskiej, a od kilku regularnie wyjeżdżamy za granicę – a nadal siedzą w nas obrazki, których się naoglądaliśmy w filmach. Na widok pralni samoobsługowej na zadupiu (ale w Ameryce!) czujemy się jak w wielkim świecie. Wow, ile pralek. Wow, pół godziny i rzeczy suche.
Ciekawa jestem, do jakich światów wzdychały amerykańskie dzieci na początku lat ‘90.

PS: Pranie ubrań to jedyna rzecz, która w Stanach Zjednoczonych jest tańsza niż w Boliwii. Wystarczy mieć przy sobie kilka ćwierćdolarówek.
50 rzeczy, których nie wiecie o Tomku: w dzieciństwie bardzo lubił patrzeć na obracające się w pralce pranie. Więc dla niego wizyta w amerykańskiej pralni, gdzie stoi kilkadziesiąt pralek i suszarek na raz musiała być co najmniej tym samym, czym dla mnie Wielki Kanion.

Kolejny obrazek jak z Desperate Housewives: mecz baseballa w San Diego. Wiecie – sobota rano, mamuśki odwiozły SUVami dzieci na boisko i teraz siorbią dużą latte na trybunach. Jedną z takich american moms zagadnęłam o robienie zdjęć – wiecie: dzieci poniżej 10 roku życia, aparat fotograficzny, te sprawy. To Ameryka, lepiej zapytać niż się potem tłumaczyć z twarzą przyciśniętą do gleby, że to tylko na bloga.
Więc zagadnęłam jedną z takich mam i nasza rozmowa była zupełnie nie jak z filmu: typowa amerykańska mama siedmiolatka okazała się podcastowym nerdem, ze specjalizacją: polityką krajowa i zagraniczna. Zawstydziła nas swoją wiedzą i przekonaniem, że skoro jesteśmy z Europy, to doskonale się w geopolityce orientujemy, w przeciwieństwie do Amerykanów. Owszem, orientujemy, ale w zakresie od trochę do o tyle, o ile.
Doskonały moment, żeby napisać, że nie warto wierzyć stereotypom – ale nasza rozmówczyni sama przyznała, że jest jedną na milion. I że reszta Amerykanów faktycznie ma w pompie sprawy, które nie dotyczą ich bezpośrednio. Więc trochę wracamy do punktu wyjścia: na lotnisku w Fort Lauderdale, mili skądinąd państwo, mieli zagadkę: w jakim stanie leży miasto Poland.
Odpowiedź: w jakim stanie? W ruinie, hehe.

Dzisiaj były rzeczy jak z filmów, za tydzień będą miejsca jak z filmów (i seriali, a Beverly Hills 90210?). Za tydzień jeździmy po Los Angeles.
PS: będzie zestawienie amerykańskich śniadań, oraz ujawnię ile pancakes zjadł Tomek, w ramach unlimited pancakes stack na śniadanie. Możecie obstawiać, ale i tak nie zgadniecie.









  • Ania

    ale american dream, super! roześmiałam się w głos przy żarcie o stanie, Nieśmigielska zawsze w formie <3

    • uf, zdążyłam chociaż na koniec kogoś rozbawić! ;) a wiesz, dopisałam to zdanie zupełnie jako ostatnie ;)

  • Ale to chyba zawsze jest tak, ze nieplanowane akcje wychodza dobrze i chcialoby sie wiecej. Tak jak uwielbiam gory i widoczki, tak podoba mi sie, ze przelamalas serie wpisow tym Meksykiem wlasnie, bo wybacz, ale ni chu chu rozrozniam parki, o ktorych piszesz (poza Kanionem, wiadomo).

    Czytam o tej mamie i tak podswiadomie mysle ‚i naprawde nie spotkali nikogo TYPOWEGO??’ (nie chce oceniac i nazywac glupim)- Ameryka jednak nigdy nie zawodzi :D

    • własnie tak bym chciała napisac chociaz raz, że spotkaliśmy w stanach cos co zupełnie nie przystawalo do stereotypu (i nie byłoby wyjątkiem), ale nie wiem czy mi sie uda, jeszcze pogrzebię w pamięci. ale na przyklad w LA trafilismy przypadkiem na mszę gospel – i było DOKŁADNIE tak, jak się można było spodziewać.

      jasne, zdaje sobie sprawę, że te parki narodowe są męczące, dlatego cieszę się że relacje ze stanów mogłam przelamywac innymi rzeczami. teraz już do końca będą miasta: LA, SF i Chicago :)

      • Msza gospel to mysle akurat dobry steroptyp w porownaniu do zagadki z lotniska :D Takie sa spoko :p

  • ZACHCIEWAJKI <3
    Skradła ta nazwa moje serce.
    Już się nie mogę doczekać tych śniadaniowych postów z LA, mam nadzieję na jakieś smaczki jak jedzenie czekoladek z ziemi (ja wciąż szukam tego domniemanego filmiku z serii "busted" )
    A tak btw – to cho w tym roku na USA raz jeszcze :D – może jak mi sie uda zebrać fundusze to pojade z moja ekipa – mysle ze nikt by sie nie sprzeciwial a wrecz byliby wzniebowzieci ze slynna Niesmigielska smigała by z nami ;) EHE!
    Ten mur straszliwy, ale teraz będzie straszliwszy :O

    • haha, a propo czekoladek z ziemi… na islandii też podniosłam (też w papierku). nie mowie o tym, że zapomnieliśmy kupic wody przed wylotem i cały czas pilam wodę z butelki po coli zero, którą ktoś zostawił na lotnisku ;)

      nie nie, w tym roku to już nie-e. jeźdźcie, będzie pieknie, ale ja sobie zostawiam miesiąc na inne rewiry, wiesz jakie :d pytanie gdzie ostatecznie skonczymy, jest otwarte!

  • AniaK

    mam na studiach we Francji zajęcia o Australii, jej historii etc. i ostatnio na wykładzie wspomniano, że lifestyle Australijczyków jest bardzo podobny do Kalifornii. NIby oczywiste, a nigdy wcześniej nie przyszło mi do głowy. Teraz ciągle o tym myślę i mam w planach (jak już wyjdę ze studenckiej biedy :D ) spędzić miesiąc w Australii i miesiąc w Cali i mieć prawdziwe, empiryczne porównanie. Wszystko dla nauki!

    • no jasne, i koniecznie wyniki badan musisz opublikować! w australii nie byłam, ale zapamiętalam wielki kontrast między ludźmi spotkanymi w kalifornii – opaleni, zdrowo wyglądający, wysocy, usmiechnięci, sympatyczni, zagadujący – a tymi w chicago: wszystko bylo dokładnie odwrotnie. ale czuję, że muszę powtórzyć badanie, za mała proba ;)

  • https://uploads.disquscdn.com/images/bd56cd8a0a6ef8f09ddc45ded704593b373df2cd4d192f9f9b21c3a7f8ec64a0.jpg

    Jeju, jeju – Meksyk! Kolorowa plaża! Pralnia! Mecz baseballa! <3

    1) Meksyk – to jedno z tych miejsc, które straszliwie chciałabym odwiedzić, ale nie mam pojęcia dlaczego tak jest. W przypadku reszty moich "must see" mam powody: Kambodża – bo Tomb Raider (i gry i film), Islandia – bo Bon Iver i teledysk Holocene, Peru – bo LAMY! Boliwia – bo Salar de Uyuni, Wyspy Owcze – bo domki porośnięte trawą i wieloryby (wolałabym te żywe, a nie pozabijane), Szkocja – bo Gerard Butler, Burkina Faso – bo Tiebele i Bobo Dioulass, USA – bo Route 66 i Hawaje, a Meksyk? Chyba tylko przez Dia delos muertos.

    PS. w ramach tych moich brelokowych wymian, o których kiedyś Ci pisałam, dostaję też czasem 'w pakiecie' banknoty czy monety. I wierz mi – na Madagaskarze i w Bangladeszu na pewno nie śmieją się z naszych banknotów… ;)

    2) Kolorowa plaża – jak tam pięknie!

    3) Pralnie – też zawsze się jarałam tymi pralniami i będąc w Stanach wybrałabym się do takiej, żeby spełnić to dziwne marzenie i pewnie skończyłoby się to dla mnie tak samo źle jak w filmie A Fantastic Fear of Everything [tak wiem, że to brytyjski film…] :D

    4) Mecz baseballa! O tak, rugby (czy też football amerykański…) czy tam lacrosse nigdy mnie nie ruszały, ale baseball! Pewnie gdybym mieszkała w USA byłabym teraz trenerką jakiejś małej ligi! Sama zresztą chciałam grać, ale w Polsce to najbliżej baseballu byłam grając w palanta…

    • wiesz, że uwielbiam Twoje komentarze? serio, zawsze się bardzo cieszę jak widze, że cos napisalaś – bo na bank będzie coś ciekawego, plus Twoje kolekcje mnie zawsze rozkładają na lopatki.
      ten banknot po prawo od naszego, najmniejszy, to skąd to? bangladesz własnie? i dużo ich masz? (zaraz wkleisz zdjęcie kilku segregatorow, ja to wiem! ;)

      a wiesz, że nam baseball w zasadzie wydał się straszliwie nudny jako sport do oglądania? przede wszystkim: bardzo statyczny – ale tez grały dzieciaki, którym częsciej nie udawalo się odbić pilki niz udawało ;) ale odniosłam wrażenie, że więcej tam stania niż grania. moze taki prawdziwy mecz na wielkim stadionie by mi się bardziej podobał.

      • Oh, oh – jak mi miło :D Szkoda tylko, że najczęściej szczytem mojej twórczości komentatorskiej jest jedno słowo „wow”…. :D

        No tak, moje kolekcje to i mnie już rozbrajają ;) ja serio zaczynam się o siebie martwić, bo wykazuje konkretne symptomy syndromu chomika (chociaż lubię mieć wszystko poukładane i poukrywane – czyli na pierwszy rzut oka nie zobaczysz nigdzie tych 2tys pocztówek, 90 lakierów do paznokci i innych pierdół, na które pewnie w trakcie swojego 27 letniego życia wydałam już ten swój pierwszy milion…). A co do banknotów to zaskoczę Cię, ale to wszystko co mam – bo banknotów akurat nie zbieram – chyba, że te z podobizną Władka he he.

        No i ten najmniejszy jest właśnie z Bangladeszu, pod nim jest z Madagaskaru, a pod Madagaskarem Bhutan, obok Bangladeszu Chiny. Pod Władkiem jest piniądz z Tajlandii, a pod nim Uzbekistan. I to tyle mojej kasiory. Mam jeszcze trochę monet, ale tu już nie mam pojęcia z jakich krajów, bo nigdy nie przywiązywałam do tego większej uwagi, po prostu wrzucałam je do skarbonki i niech sobie tam leżą ;)

        Baseball raczej jest nudny do oglądania, chyba, że faktycznie widzi się grę najlepszych drużyn. Wtedy i rzuty bardziej ‚fikuśne’ i odbicia piłki bardziej spektakularne, no i sprint do baz z lepszymi ślizgami :D Wiadomo, dzieciaki dopiero zaczynają i pewnie część z nich będzie chciała przejść kiedyś na zawodowstwo. Więc kto wie? Może masz foty z meczu jakiejś wschodzącej gwiazdy i później sprzedasz je za miliony i zorganizujesz swoją wystawę, gdzie będziesz opowiadać, że od pierwszego spojrzenia widziałaś w nim potencjał i wiedziałaś, że kiedyś zostanie gwiazdą! ;)

  • „I może nadal nie podciągam się na drążku, ale podciągnęłam się w fotografii.” – oho :D czy mam się czuć wywołana do tablicy? ;P

    ps. kliknęłam w to zdjęcie z autofokusem. :D #socute :D

  • Serce mi zabiło, jak zobaczyłam ‚Tijuana’! 3 lata temu na Erasmusie w Niemczech miałam w grupie gościa, właśnie z Tijuany. Wszyscy inni z Ameryki Łacińskiej mówili, że to najbardziej niebezpieczne miasto, że po weekendzie ścięte głowy wystają z ulicznych kontenerów i takie tam. Przeczytałam później chyba wszystkie artykuły o porachunkach mafijnych w Tijuanie, jakie były w internecie. Ale piszesz Ela, że tak było ‚niedawno’, w przeszłości, a teraz już można zwiedzać. Serio nie trzeba już się co chwilę odwracać przez ramię? Lokalsi nie mówili, jak władze rozwiązały ten problem?
    Co do jackfruita- poltwierdzam! Serwowali mi na obiadek w Indonezji, byłam pewna, że żuję paskudne rozgotowane mięso. Nie mogłam uwierzyć, kiedy powiedzieli mi, że to owoc. Btw, nie wiedziałam, że ma tak wdzięcznie się zwie po polsku. ;)

    • akurat doczytalam, że z tym jackfruitem i chlebowcem to nie jest tak prosto, że to nie sa do konca synonimy, albo że chlebowiec to szersze pojęcie, ale myslę, że na potrzeby bloga wystarczy. ale czemu paskudne? chodzi o sam smak, o to że rozgotowane, o to że nie lubisz mięsa czy sposób przygotowania nie taki?

      wiesz co, nie wiem w końcu co zostało zrobione, czy (wiesz, że nawet nie przyszło mi do głowy pytanie o kartele? serio!) kartele po prostu nie wyniosly się z centrum, albo wojna między nimi nie przycichła. ale faktem jest, że podczas drążenia tematu przed przyjazdem, tijuana wszedzie była opisywana jako względnie bezpieczna. no i naprawdę, tam gdzie my byliśmy, czulismy sie w jak w kazdym innym miescie.
      wiadomo, w nocy sie nigdzie nie szwedaliśmy, tylko poszlismy nad granicę od razu (chociaz pasaz z narkomanami nie zrobil na mnie dobrego wrażenia). i w dzien tez tylko po grzecznych okolicach się chodzilo. zdrowy rozsądek wystarczył w każdym razie.

      • Mięsa nie jadam, ale robię wyjątki, kiedy mnie częstują. W Indonezji jadłam, bo inaczej umarłabym zgłodu. Chodzi o sam smak jackfruita- nie dość, że jak mięso, to jeszcze rozgotowane i o dziwnym posmaku, którego nie potrafię zdefiniować.

        To prawda, jest mit wokół Tijuany, ale jak mówisz, że zdrowy rozsądek wystarcza, to już mogłabym się wybrać. W końcu nie trzeba daleko szukać- w centrum Florencji też dochodzi do egzekucji mafijnych, a turyści sobie beztrosko spacerują… Też spacerowałam… :)

  • kamila

    Ale whats not to like?:) Nie no.. w du.. w glowach wam sie poprzeracalo od tych podrozy Pacific Coast Road mnie sie bardzo podoba ze zdjec, bo na zywo nie widzialam:( Bylam tak wykonczona dwutygodniowym tripem z NY do LA samochodem ze ostatni tydzien siedzialam w LA i najwieksza atrakcja bylo pojscie tam do zoo… a teraz siedze patrze i placze.. :////

    • ale na serio, nas takie wybrzeżowe widoki nie ruszają za bardzo. doceniamy, ale wolimy inne ;)
      właśnie to jest to, że nam też się nie chcialo przesadnie starać juz na tym etapie, bo nie da sie intensywnie zwiedzac codziennie, zachowaliśmy sily na san francisco ;)
      więc np. w takim LA też mogliśmy o wiele więcej zobaczyć i oczywiście teraz żaluję, ale wiem że wtedy nie mogłam z siebie wykrzesać więcej niz wykrzesalam.

  • czytam tytuł „niezłe meknes” i już mi się zrobiło gorąco i źle, na szczęście to tylko meksyk ;)
    ja też układam już sobie w głowie listę rzeczy „z amerykańskich filmów”, które chciałabym zrobić i jednocześnie chce mi się śmiać, jak duży wpływ miała (ma) na nas amierykańska kultura.
    jackfurit jest przepyszny, w smaku przypomina mi gumę balonową, ciekawe czy tylko mi :D
    będzie w tym roku kolejny dłuższy trip? :o

    • właśnie samego smak u nie pamiętam, wiem na pewno, ze był słodziutki, sycący i miał taką konsystencję jak mięsisty żelek. no i ogólne wrażenie, że pyszny! ale czy jak guma, to nie wiem ;)

      az taki długi to nie… ale taki dłuższy niż zwykly urlop, to jeszcze będzie :)

  • Oj, Nieśmigielska :D PCH mi się bardzo podobało, no ale to był mój pierwszy tydzień w podróży po zachodzie USA, a nie fefdziesiący w podróżach po Amerykach ;) No i ja to kocham takie trasy (inne widoczki też, ale jazdą nad oceanem nie pogardzę nigdy). Ale rozumiem, że nie każdy musi lubić, to jasne :) Swoją drogą teraz są tam takie deszcze, że jest w ogóle nieprzejezdna i naprawa będzie trwała przynajmniej 3 miesiące, a nie wiadomo, czy nie dłużej. Więc wykorzystaliście swoją szansę, w tym roku by się już nie dało ;)
    Mecz baseballa w Stanach to jest coś! Byłam kiedyś na takim regularnym meczu, bardzo mi się podobało, pełne trybuny i świetna atmosfera :) Ale mecze można oglądać też w Polsce – w moim rodzinnym Kutnie (od Płocka rzut beretem ;) ) jest Europejskie Centrum Małej Ligi Baseballowej i co roku w lipcu odbywają się tam Mistrzostwa Europy Małej Ligi :) Niestety grają tylko dzieciaki, ale i tak fajnie popatrzeć!

    • ale zaskoczenie – i z tym baseballem w kutnie, i z tym, że jesteś z kutna! to jest dobry temat na foto, może tam wpadne w lipcu przy okazji wizyty w płocku. dzieki magda!

      no widzisz, oddałabym jeżdżenie wdłuż wybrzeża za np. yellowstone ;)

      • No na foto to jest wdzięczny temat faktycznie, gdzieś na fb mamy nawet album stamtąd, podeślę Ci na priv. Ubolewam tylko nad tym, że to jest tak słabo rozreklamowane, bo miasto nie przykłada do tego ręki :( Dajcie znać, jak byście się wybierali, może się zgramy jakoś ;)

        Co do Yellowstone – pełna zgoda :D gdybym miała wybierać to 100 razy wybrałabym Yellowstone :) a najlepiej mieć i jedno i drugie ;)

  • Och, a już miałam pytać czy taco w San Diego są choć trochę podobne do tych po meksykańskiej stronie! Z nadbrzeżnych miasteczek to właśnie tam ciągnie mnie najbardziej. Latyńsko-amerykańskie połączenia ulubiłam sobie najbardziej :3
    Takie duże minionki (ok, nie piniaty, ale jednak!) są do wygrania w Energylandzie! Od zeszłego roku mam cel, żeby wrócić tam ponownie :D
    Zebra na ulicy? <3 !!!

    • ahaaa, bo ja o zonkeyu w końcu nie napisałam – to nie jest zebra, to jest osioł_pomalowany_w_zebrę. plotka jest taka, że jak zwykly osiol pozował na zdjęciach z turystami (czarno-bialych), to nie było go widać, bo byl caly jasny. a pomalowanego w zebrę – tak ;)

  • Ag

    Ela, a co byś poleciła w ramach doszkalania się z fotografii? Jakieś portale/książki?
    I z edycji zdjęć – od czego zacząć?

    • hm, hm, hm. chyba z żadnej książki żeby ogarnąć ogarnianie fotografii to nigdy nie korzystałam, najwięcej nauki daje:
      oglądanie wielu dobrych zdjęć i analizowanie czemu są dobre. myślę, że to powinno iść w dziesiątki, setki tysięcy. jeslimaz mozliwość – idź do czytelni biblioteki i poogladaj albumy, zanotuj nazwiska które Cie zainteresowaly (bo własnie, ja nie wiem co Cię interesuje w fotografii – natura? street? portrety? reportaż?)
      robienie własnych zdjęć. i robienie ich przynajmniej tyle samo, ile sie naoglądalaś.

      a z takich praktycznych podstaw to polecam http://www.jestrudo.pl/ – natalia baaardzo przystepnie wszystko wykłada, znajdziesz tam i o ustawieniach i o kompozycji i o kreatywności.
      czasem zagladam też na fotoblogie.pl
      i lubię przegladać flickra.

      • Ag

        Baaardzo dziękuję za odpowiedź:)

  • Zu

    To był taki długi post, że notatki do komentarza zajęły mi całą stronę :P
    Co do jackfruita i tego mięsnego smaku, to ostatnio chyba nawet gdzieś widziałam w tv, że kogoś wkręcali, że to wieprzowina w sosie barbecue. Ale w sumie wkręcanie ludzi, że coś, co nie jest mięsem, jest nim, nie jest wcale takie trudne. Szczególnie jak w normalnych odpowiednikach jest więcej wody i różnych rzeczy, których tam być nie powinno. Chyba, że ktoś jest ekspertem.
    Ten pomalowany fragment płotu na granicy wygląda niesamowicie.
    Foczki też.
    I zdjęcia z meczu bejsbolowego też, szczególnie to pierwsze. I drugie. Sama chciałabym pewnie bardziej pójść na futbol, ale po oglądaniu SuperBowl w telewizji zastanawiam się czy normalnie też tyle trwa. Nie wiem, czy kiedyś oglądałaś, ale to dosyć zabawna rzecz, bo przy każdej, nawet najkrótszej przerwie leciała reklama, gdzie u nas ograniczyli by się do powtórki tego, co się właśnie stało. I mecz trwał strasznie długo.

    • ‚notatki do komentarza’ <3 też czasem, robie, inaczej zapomnę.

      a z tym pomalowanym płotem to my tego na żywo nie zauwazyliśmy… dopiero jak przeczytałam o tym malowaniu to pomyslalam 'ale szkoda że tego nie widzielismy, pewnie zamalowali'. patrzę na zdjęcia przy wybieraniu do posta – bach! jest! ;)

      nie oglądałam superbowl, kiedyś muszę. ale najpierw – mecz lecha na żywo!

  • Świat według Rostków

    Jestem niepocieszona.
    Miesiąc spędziliśmyw Meksyku i nie widzieliśmy ani gromady Minionków, ani zonkey’a :(

  • Marta Klara Wojciechowska

    nie wierzę, że jak pisałaś o niedoszłym zakupie piniaty to nie przeszło przez myśl ‚żałuję’
    blog odpicowany! miesiąc będę się przyzwyczajać, ale podejrzewam się o lekki autyzm od dawna (na pewno layoutowy)

  • Bogna

    Z tymi owocami to ja miałam to samo jak mi dawali nerkowce – jeśli pojedziesz na południe Meksyku lub niżej lub w inne tak ciepłe rejony, to obczaj, my mijaliśmy całe drzewa nerkowcowe :(
    A tacosy kosztują nawet np. w podobnym wielkością Monterrey jakieś 8 zł/3 sztuki, które najedzą Cię na maksa.

    • drzewo nerkowcowe? oh noes :( nawet nie wiedziałam że istnieje. już wyguglalam, ale śmiesznie wygląda! przy okazji obczaiłam drzewo pistacjowe, człowiek całe życie się uczy.

  • ej! za dwa dni czyli 18 marca? MY TEŻ! teraz już nie wiem czy rok temu mi nie pisałaś tego samego i nie zareagowałam tak samo ;)

    no jak my wysiedliśmy pierwszy raz w tenderloin w sf, to zdecydowanie czułam się gorzej niż w dzielnicy czerwonych latarni w tijuanie. właściwie to gorzej chyba niż gdziekolwiek w ameryce południowej, nigdzie nie widzieliśmy takich nierówności i tylu bezdomnych.

    wszystko jest do nadrobienia, jak kiedyś będziemy na dłużej w meksyku, to zrobimy countrybreaka w san diego ;)