Co u ciebie przedwiośniem?

Co u ciebie, edycja przedwiosenna, czyli dzieła wybrane zdjęcia zebrane za okres: od ostatniego wpisu z tej serii do pierwszego wyjścia na dwór w jeansowej kurtce.
Zapomnijcie o Żeromskim, od tej pory przedwiośnie nie będzie kojarzyło Wam się z Cezarym Baryką, tylko z: kotami, owłosionymi torsami, wesołymi pogrzebami, małymi dziećmi i sernikiem. Do kanonu lektur raczej nie trafię, a szkoda, bo trochę lepiej się mnie czyta.

I może tyle tytułem wstępu, bo mamy dużo materiału do przerobienia (przescrollowania). Pozytywizm to przy tym pestka.

Przegląd przedwiośnia zaczynamy w rodzinnym gronie.

Raz na jakiś czas próbujemy delikatnie wypchnąć naszego kota w stronę macierzy – to jest, na łono natury. Wzięliśmy go ze wsi 7 lat temu, a podobno wieś z człowieka nie wychodzi nigdy, może z kotami też działa? Docelowo obrazek prezentuje się tak: my piknikujemy na kocyku, a Kejter gania za motylkami – ale tylko tymi latającymi blisko, bo jest uwiązany na smyczy do palika. Albo: my na działce u teściów, a Kejter rozkopuje grządki. Zawołany, posłusznie wraca.
Zwykłe rzeczy, inne zwierzęta jakoś potrafią.
Do dworu przyzwyczajamy go metodą bardzo małych kroków. Na przykład wychodzimy z nim na smyczy pod blok – na krótko, do momentu, w którym Kejter zaczyna się rzucać całym ciałem o beton.
Albo podczas mycia okien pozwalamy mu wyjść w uprzęży na parapet. W tym roku szło gładko, dopóki Kejter nie postanowił sprawdzić, czy się zmieści w doniczce o wymiarach keksówki. Nie zmieścił się, a blizny na rękach smarujemy nagietkiem do dzisiaj. I tak co roku.
Aha, fundujemy mu taką traumę bo on wiecznie ucieka z domu, a przy uchylonym oknie potrafi siedzieć godzinami. Wygląda przy tym, jakby bardzo chciał na dwór.

Oj, Kejter. Niewychodzący się urodziłeś i niewychodzący umrzesz.

Zmieściłam dwa przekazy podprogowe w powyższym akapicie:
1. Patrz mamo, umyliśmy okna!
2. Fajną Tomek na koszulkę? Prezent urodzinowy ode mnie (są też damskie).


Obudziłam się o kilka dni za późno – przecież te zdjęcia to byłby idealny dowcip prima aprilisowy: patrzcie, mamy dziecko! A nie, żartowaliśmy. Dziecko jak najbardziej prawdziwe, ale nie nasze (siostry Tomka), ma na imię Jan i jest najspokojniejszym, jakie widział świat. Powinszować! Poprosimy przepis na takie.

A poniższe zdjęcia są próbą odpowiedzi na pytanie, jak bym się czuła jako fotograf rodzinny. Ale nie taki fotograf, że noworodek na zdjęciach przypomina figurkę z wosku i leży w płatkach kwiatów (nawiasem mówiąc, dla mnie takie zdjęcia są mocno niepokojące, wyglądają jak zrobione post mortem), tylko takie naturalne, że rzeczy dzieją się same, a ja tylko obserwuję i naciskam spust migawki.
Dobrze bym się czuła.











Jako fotograf kobiet w ciąży również.

Słuchajcie, jakie znacie sposoby, żeby wywołać poród? Dominika wypróbowała już wszystkie, łącznie z myciem okien, więc może wpisywanie miast pomoże? Na pewno nie zaszkodzi.

Nawiasem mówiąc, wszystkie dziewczyny w ciąży jakie widzę, mają bardziej zadbane ciała niż ja.

A Michalina (pod warunkiem że się urodzi) ma u mnie dożywotnio fotousługi gratis.









Człowiek uczy się na błędach (2 lata temu błąd polegał na organizowaniu wszystkiego przez facebooka i pozwolenie żeby jubilat na godzinę przed zobaczył jak mi wyskakuje powiadomienie 26 urodziny chamskiego adamskiego). W tym roku zero amatorki. Jak?
Zorganizujcie dwie imprezy – o ile pierwszej Tomasz troszkę się spodziewał, o tyle drugiej – już nie. Dla wzmocnienia efektu nie posprzątajcie w domu, można też rozstawić suszarkę z praniem (bo przecież nie przyjęłabyś gości jakby się suszyło pranie). Nie przyjęłabym? Challenge accepted.

W ogóle okazji do spotykania się i grania, nigdy za wiele: karnawał, sobota, wolne popołudnie. Trochę to koliduje z moim planem zrzucenia 4 kilogramów, ale jakby tak się zastanowić, co jest więcej warte: odmawianie sobie wszystkiego i rozmiar 34 czy: towarzystwo i jedzenie, ale rozmiar 36 – to jednak życie wydaje mi się ciut za krótkie, żeby nie jeść pizzy.

Zaraz znajdziecie odpowiedź na pytanie dlaczego nigdy nie ma mnie na zdjęciach? Bo jak już jestem, to wyglądam tak (fot. Artur Krawczyk Photography).









Nie załapałam się na dzieciństwo na wsi – odkąd pamiętam moja babcia mieszkała w bloku. Podobno mam wujka-sołtysa, ale nie utrzymujemy z nim kontaktu.
Nie dla mnie takie wspomnienia jak ganianie gęsi, jazda ciągnikiem i wpadnięcie do korytka ze świńską krwią (true story). Dlatego jak mam okazję odwiedzić dziadków Tomka, to wszystko wydaje mi się takie atrakcyjne, najbardziej piec z fajerkami.
Dla mnie tyle samo frajdy, co dla babci Tomka przyjęcie niespodzianka na 90-te urodziny. A przynajmniej, mam nadzieję!


















Luiza przyjechała do Poznania chyba w najbardziej ponury dzień roku. Całe szczęście, że był sernik.
Wiecie, kiedy mnie nie zapytać, to nigdy nie jem słodyczy. Ale jak taki gość przyjeżdża, to chyba nie będę stroić fochów i dziubać sałatki?
Luiza zawsze tylko obiecuje, że zjemy absolutnie wszystko, a potem wymięka na ostatnim serniku i muszę jeść go sama. Ale nie szkodzi, nie widzę powodu, dla którego nie można by się żywić tylko sernikiem – zawiera wszystko, co potrzebne organizmowi: białko (dużo), tłuszcze (dużo) i węglowodany (dużo). Zaspokaja też potrzeby towarzyskie, nastraja do zwierzeń. Testowałam różne i nadal uważam, że najlepszy w La Ruinie.

Zdjęcie z małym paluszkiem 100% niepozowane.





Czy pogrzeb może być wesoły? Może, o ile jest to pogrzeb zimy.

Pogrzeb zimy w Poznaniu zasługuje na wpisanie na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Bez podlizu – to naprawdę moja ulubiona miejska uroczystość. Wasza też by była:
wyobraźcie sobie, że możecie zatańczyć poloneza na głównym placu miasta – z wiankiem na głowie. I z kocimi wąsami namalowanymi na twarzy (to ja). A potem przejść przez całą starówkę nad rzekę i utopić Marzannę.

Rok temu o tej porze byliśmy w Stanach – więc wiemy, jak to boli, nie móc uczestniczyć. W tym roku druga połowa marca była nietykalna. Nic nie planujemy, nie ruszamy się z domu, dopóki nie ogłoszą terminu pochodu!

Pochód w tym roku z twistem, bo najpierw odbyło się zbiorowe wicie wianków. Niestety kwiaty były dostępne do wyczerpania zapasów i za karę za to, że się spóźniliśmy, mój wianek składał się z 99% słomy i 1% kolorowych nici.

50 rzeczy, których o mnie nie wiecie: nie umiem pleść wianków.
50 rzeczy, których nie wiecie o Tomku. Umie pleść wianki. I to jakie porządne.

Przy okazji niechcący wypowiedziałam się do telewizji (niestety, nie tej co bym chciała) – z całej mojej bełkotliwej wypowiedzi zostało jedno zdanie. Tomek mówi wprost, że wyszłam jak wariatka, a Dominika trochę łagodniej – jak bardzo pozytywna osoba. Wychodzi na to samo.





























Zakład?
Tu na razie jest post industrialne ściernisko, ale będzie największy makerspace, jaki widział świat. Maker-co? Takie miejsce, gdzie na jednym piętrze uspawasz sobie ramę do łóżka, na drugim uszyjesz sukienkę, na trzecim wyszlifujesz blat, na parterze zrobisz sesję foto, a w piwnicy naprawisz motor. Kolejność pięter przypadkowa.
Zakład już raz w Poznaniu był, ale musiał się wyprowadzić z Jeżyc, a chyba nie muszę mówić, jak ciężko znaleźć odpowiednio duży, odpowiednio niezrujnowany, odpowiednio nie za drogi obiekt pod tego typu działalność?
W każdym razie, czekamy. Bo z tego, co widzieliśmy na dniach otwartych, na Garbarach szykuje się bardzo fajne centrum wszechświata.


Jak się mieszka w mieście, to siłą rzeczy, jakieś jego części są nam bliższe, inne – dalsze. Dosłownie – są za daleko, żeby chciało nam się tam jechać, nawet jeśli to 3 przystanki tramwajem dalej niż do pracy.
Moja terra incognita w Poznaniu to Rataje. Mogę się założyć, że dla większości Poznaniaków też, Rataje = Ikea i bloki, brak innych skojarzeń. Jeden spacer rowerowy w blasku zachodzącego słońca wystarczył, żeby odnaleźć piękno tej dzielnicy ukryte w:
przemyślanym układ urbanistycznym,
zieleni
fantazyjnych balkonach.
Przewodnika z tego nie będzie – mojego, ale cudzy bym chętnie przeczytała.
Ratajacy, macie jakieś fajne miejscówki na dzielni? Dobre jedzenie, miejsca gdzie można wejść na dach, widok na zachód słońca?





Z serii: nieoczywiste atrakcje Poznania (i okolic): kwitnące na biało śnieżyce w Śnieżycowym Jarze (gm. Murowana Goślina). I kiedy mówię: kwitnące, naprawdę mam na myśli biały dywan.
Warto zobaczyć, ale tylko raz w życiu. Ja widziałam dwa razy i mi starczy.
Nogi na zdjęciu należą do Ani od Biegunów, której jest przykro, że zapomniałam o niej w share weeku. Polubiajcie Biegunów, bo jeśli chodzi o mix: podróże + czytanie, nic lepiej napisanego Was nie spotka.



10. rocznica wspólnego pożycia, trzeba to uczcić!
Pod przykrywką romantycznego weekendu na Dolnym Śląsku udało mi się przemycić spacerowanie po wałbrzyskich podwórkach. Jedyna taka okazja w życiu, więcej Tomek się nie zgodzi. Jest uczulony na kocią sierść, stare kamienice i spacery po mieście.

Bazę założyliśmy w Książu, żeby mieć blisko na zamek (polecam sam zamek i spacer po okolicy – wyszliśmy na wschód słońca, wróciliśmy po dwóch godzinach), do bufetu śniadaniowego i do Wałbrzycha.
Już słyszę te jęki: ale w Wałbrzychu nic nie ma.
Guzik prawda. Krótkie śledztwo wykazało, że w Wałbrzychu jest tyle, że nie zdążyliśmy wszystkiego zobaczyć.
Może by się udało, gdyby nie dwie i pół godziny spędzone na wejściu na Chełmiec (851m.n.p.m.), z którego widać Śnieżkę – pod warunkiem, że wieża widokowa jest otwarta. Nie była.

Czasem mi żal, że mamy za daleko na Podlasie czy Bieszczady, żeby pojechać tam na weekend. Ale częściej mi żal tych, którzy mają za daleko na weekend na Dolny Śląsk. Jednak poniemieckie domy i falujący krajobraz > cerkwie i lasy.

Epilog: to nie była dziesiąta rocznica, tylko jedenasta. Ja to ja, humanista, ale Tomek jest po informatyce, a też nie umie do jedenastu policzyć.

















Jeśli w Wałbrzychu nic nie ma, to w Świdnicy pewnie też, nie?
A XVII-wieczny barokowy kościół ewangelicki (polecam, najlepiej wydane 10 zł) i gotycka katedra to rozumiem, że pies.
To był dobry wyjazd. Problem w tym, że ktoś musiał nas z niego przywieźć i tym kimś miałam być ja.
Nogi mi się trzęsły, jak wsiadałam za kierownicę i wyprzedziłam tylko raz (motocykl) ale kolejna bariera psychiczna (240 km na raz) pękła. Tomasz z mojego prowadzenia był tradycyjnie niezadowolony – a sam nie jest lepszy. Mogę się założyć, że gdyby grał o o milion i ostatnie pytanie brzmiałoby: jakie miasto odwiedziliśmy ostatnio na Dolnym Śląsku?
a) Świebodzin b) Świdnicę c) Świdnik d) Świeradów-Zdrój

to skończylibyśmy z gwarantowanymi 32-oma tysiącami.











Przegląd przedwiośnia zamyka korespondencja zagraniczna i krajowa. Cypr, Islandia i Karkonosze polecają się na nudę.
Do następnego!



  • Beata Stawiarska

    jak zwykle cuda same. A zjecia z urodzin babci-wzrusz milion, bo ja wlasnie takie klimaty pamietam z dziecinstwa. Dziekuje.

  • wahasz się między rozmiarem 34 a 36?!
    !!!!
    !!!!
    !!!!

    ps. repo z pożgania zimy – MIAZGA

    • właściwie powinnam uściślić, że chodzi o rozmiar spodni ;)

      btw – od momentu wyjścia na plac wolności, czyli już po pleceniu wiankow, wykonane zoomem :) wpadaj za rok!

  • Wlasnie sama jestem w trakcie pisania i mialam sobie nie przeszkadzac, ale jedno zerkniecie na fejsika a tam wpis od Eli, zal nie sprawdzic. WOW, u was zawsze taaak duzo sie dzieje, zaczynam podejrzewac, ze w Poznaniu macie jakis inny wymiar i dluzsze doby/wiecej dni w tygodniu.

    Z calego przedwiosnia najbardziej spodobaly mi sie urodziny babci- piekny wiek, gratuluje! To takie rozczulajace, kiedy widzi sie ile jedzenia zawsze jest na stolach u starszych (niz my) ludzi, widac, ze wkladaja w przygotowania cale serce (nie ma w tym zadnej aluzji, ze na urodzinach Tomka zamawialiscie pizze). No i zdjecie obrusu- masz jakis najszybszy autofocus na swiecie! :o

    Nadal uwazam, ze w Walbrzychu nic nie ma, w sensie, nie na tyle, zeby jechac SPECJALNIE tam. Podworka spoko, ale takie same sa w Brzegu, byc moze dlatego nie mam dla tego miejsca litosci. Ale wiadomo, jadac w gory i zaliczyc miasto na dwie godziny to jeszcze przyzwoity pomysl.

    Zdjecia ciazowe to dla mnie zawsze wielkie zdziwko, ale Twoje mi sie podobaja. Jak juz kiedys bede (nigdy), to jest szansa, ze sie zglosze (na pewno nie).

    • mi się wydaje, że dzieje się przeciętnie dużo, całkiem sporo popoludni spędzam w domu nad książką albo przed komputerem, po prostu często noszę przy sobie aparat i stąd te zdjęcia.

      ale to prawda z tym jedzeniem, ja nawet jak mam gości na obiad to nie wyobrażam sobie przygotowania: zupy, kilku dan do wyboru, kompotu i deseru – a np. dla mojej teściowej to zwyczajna rzecz. szacunek.

      właściwie to jechaliśmy specjalnie do książa ;) już nie wypisywałam co robiliśmy w wałbrzychu bo ten post jest i tak dlugi, ale serio cały dzien mieliśmy zapełniony – nie żadne tam dwie godziny:
      rano spacer po szlakach dookoła zamku, potem stara kopalnia w wałbrzychu, potem trochę centrum, hala targowa, rynek, i generalne wałęsanie się po mieście, potem park sobieskiego (jest super!), potem kawa i ciasto i wejście na chełmiec (musielismy byc przed 19 na kolację z powrotem). nie zdązyłam nawet zajrzeć do muzeum porcelany.

      ps: teraz robiłam jeszcze jedne ciążowe i muszę powiedzieć, że zadowolona jestem bardzo. może warto rozważyć ciąże, dla zdjęć :d

  • Bartek

    Szalenie rozkoszne przedwiośnie.

  • Hm, czytałaś może „Ciemno, prawie noc” Joanny Bator?
    Wałbrzych, zamek Książ, mnóstwo kotów… tak mi się skojarzyło ;)

    • czytałam i „ciemno prawie noc” i „piaskową górę” i to co bylo pośrodku. i wlaśnie od przeczytania piaskowej gory bardzo chciałam do wałbrzycha (ale samo osiedle jest trochę rozczarowaniem, pomalowane na tęczowo bloki w słoneczny dzień nie miały tego klimatu ;).

      • o rajciu, to zupełnie tak jak ja. tylko że jak byłam rok temu w Wałbrzychu to koniec końców piaskowej nie zobaczyłam. ale bator kocham.

  • Jhgfd

    Korytko

  • Maciej Przybylak

    Suma gwarantowana w milionerach to 40 tysi. 8 koła więcej. Nie tylko oglądam zdjęcia <3

    • maćko <3 i to jeszcze w ostatnim akapicie znalazłeś! jestem wzruszona.
      jestem do tyłu, jak ostatni raz oglądalam to były 32 kola (inflacja?).

  • Kamila

    Smog bardzo malowniczo się ściele na zdjęciach a druga refleksja równie głęboka to to, ze u nas na wschodzie mówi się na śnieżyce (wtf??!!!:))) przebiśniegi, jednocześnie ani one zaśnieżone ani co przebijać nie miały (jak widać na załączonym obrazku) wiec może ktoś podrzuci jeszcze inna bardziej adekwatna nazwę?
    Pozdro!

    • a to śnieżyce to są przebiśniegi? ja też je znam pod taką nazwą jak Ty, tylko myślałam że to są osobne gatunki, podobne z wyglądu. czy jest na sali botanik?

      • Śnieżyce i przebiśniegi to ta sama rodzina, ale inny gatunek. Przebiśnieg to śnieżyczka, a śnieżyca to śnieżyca.

  • Ciągle mam przed oczami Artura nurkującego w świńskiej krwi:P
    Nadal nie rozumiem Twojej walki o mniejszy rozmiar;p
    Jak Ty organizujesz życie, że masz czas na tyle eventów?:> Ja chyba muszę mniej pracować, albo bardziej interesować się wydarzeniami na mieście. Warszawa zaprasza w lato:)
    Foteczki pierwsza klasa!

    • to by się nadawało na scenę do jakiegoś filmu. jak „carrie”, tylko w roli głównej z mężczyzną („arthur”?).
      kasia, nie rozumiesz, bo mnie nie widziałaś 5 lat temu jak naprawdę ważyłam 5 kilo mniej ;)

      po prostu, pracuję do 15:30 i rzadko kiedy dłużej. no i fakt, że jak coś mnie na mieście interesuje, to wpisuję w kalendarz, żeby pamiętać. a do warszawy na pewno latem wpadniemy, to już tradycja.

  • Oh, jak ja tęsknię za tymi dolnośląskimi miasteczkami i miastami – osiem lat we Wrocławiu i niezliczone wycieczki w okoliczne strony robi swoje! :D Teraz będę odkrywać Poznań i jego zakamarki – polecasz coś? :D (oczywiście, chodzi mi o zakamarki, bo o samym mieście dość często piszesz, a ja czytam i staram się odwiedzać te miejsca! :D)

    Co do dolnoślaskich atrakcji polecam też Kłodzko – miasteczko z twierdzą i położone w małych górach, ma niesamowity klimat <3 I jest tylko 2 h pociągiem od Wrocławia max! :D

    • no chodzi mi po głowie taki kontrprzewodnik po poznaniu jeszcze przed majówką, ale mam mieszane uczucia, czy to pasuje tu na bloga…
      z takich zamakarków na szybko – przejdź się, jeśli jeszcze nie byłaś na tyly roosevelta (krasińskiego/zacisze) albo obejrzeć kamienice na łazarzu (matejki, chełmońskiego, grottgera – te okolice :)

      wiem, kiedyś mieliśmy zajrzeć do kłodzka w drodze powrotnej z gór, ale zmęczenie nas ścięło z nóg. jednak na dolny śląsk, albo w góry albo w miasteczka, nie oba na raz.

  • gosia

    u nas w domu, podczas czytania tego wpisu:
    – ej, ej, a Nieśmigielska też układa książki kolorystycznie!
    – nopooo, nie od dziś wiemy, że jesteście do siebie podobne. dobrze, że jest dziewczyną, bo byłbym ZAZDROSNY.
    :D
    (i u nas w parce z wiankami jest tak samo. wychodzi na to, że to takie typowo inżynierskie zadanie.)

    • wianki jako typowo inżynierskie zadanie – coś w tym jest, teraz wszystko rozumiem.
      gdzieś, na jakimś forum wnętrzarskim dawno temu widziałam jak ludzie mieli bekę z takiego układania książek ;) ale nie mam ich w domu aż tyle, żebym nie wiedziała co gdzie stoi, a przynajmniej wygląda ładnie. pozdro dla faceta, może spać spokojnie ;)

  • Girl_of_t

    Kiedy za czasów poznańskich mieszkałam na Os. Czecha (osiem lat temu, jak ten czas leci…), to ta Biedronka ze zdjęcia była jednym z niewielu miejsc, do których można było pójść ;) No, może poza Pizza Hut w M1. Ale to prawda, że na spacery bardzo fajna przestrzeń.

    • patrząc z dzisiejszej perspektywy, 8 lat temu to i w centrum poznania nie było za wiele fajnych miejsc (sphinx na marcinie :D)

  • Sonia

    Zdjęcia przepiękne, klimat jak z analoga. Scrolluje już trzeci albo czwarty raz !

  • Zu

    nie muszę już chyba pisać, że uwielbiam twoje zdjęcia, możemy założyć, że taki zapis będzie automatycznie domyślnie w każdym komentarzu?
    zgadzam się całkowicie co do zdjęć maluchów, szczególnie, że często są jeszcze do tego wyretuszowane (nie wiem po co) i wyglądają jak lalki. ale twoje zdjęcia wyglądają super.
    uroczy wianek :)
    i zdjęcie z panami w okienkach – uwielbiam!

  • Powiem tak – Dolny Śląsk jest ekstra. Polecam też okolice Doliny Baryczy (jest pięknie, masz tam jedyne takie łażące sobie niemal wolno stado konika polskiego, najbardziej pierwotnego konika jaki pozostał w naszych ziemskich szeregach, a z Poznania tam bliziutko, bo koło Milicz). Polecam też Wleń i tamtejszy park krajobrazowy i jeziorko. Polecam oczywiście Rudawy Janowickie. Zamki to już osobna para kaloszy – znam kilka perełek jak np. Roztoka (mir-s3-cdn-cf.behance.net/project_modules/disp/16e70512166979.5625844432e80.jpg / mir-s3-cdn-cf.behance.net/project_modules/disp/2ce92312166979.562584d92d684.jpg / mir-s3-cdn-cf.behance.net/project_modules/disp/afa80712166979.5625849632af9.jpg – usunełam link https bo dziwne cos sie robiło) – stoi i niszczeje, ale wciąż ma zachowane wiele fresków i rzeźbionych elementów. Polecam też Izery choć daaawno tam nie byłam. Kraina Wygasłych Wulkanów (jedyna taka w PL), Góry Stołowe to chyba nie muszę mówić że są super, a i Kotlina Kłodzka i samo Kłodzko też jest ekstra! A koło sąsiadów w zameczkowym klimacie polecam też zamek w Mosznej (hehe). Jak z Disneya. Ogólnie jeszcze mogłabym zaspamować mocno tutaj całą listę co gdzie i jak :-D A do Wałbrzycha jak będziesz jechać następnym razem to też najlepiej na pokazy/testy dzielności ogierów śląskich (tam jest też stadnina koło Książa, najsłynniejsza polska).
    No i ja też tym miłym akcentem powiem, że chcę i do Poznania! :-D

    • kurde, Ela, coś zepsułam :-(( albo tylko mi się dziwnie wyświetla

  • wiktoria

    I tak odnieśliście sukces z Kejterem – mój Kowalski nie daje sobie nawet szelek założyć, a jak go raz zabrałam na ogródek to wszedł pod wannę i nie chciał wyjść. A zabrałam go pół roku wcześniej z podwórka, co łóżko robi z kotem… Może z nową Halinką pójdzie mi łatwiej.
    Fajnie wam się dzieje w Poznaniu, a u nas nawet nie pozwolili na Żywą Ulicę! Myślałaś może o spotkaniu z czytelnikami? Mam ochotę się do Was wybrać od kiedy czytam Twojego bloga, a gdybym mogła jeszcze Ciebie poznać to pakowałabym się od razu. Byle w weekend i w wakacje, żebym była!

    Post jak zwykle taki długi, że zapomniałam, co jeszcze chciałam komentować, a tym razem nie robiłam notatek, bo kot mi siedział na dłoni. Ale to dobrze, dobrze się czyta.

    • masz kota, który nazywa się kowalski? mega!

      nie no, spotkanie z czytelnikami to brzmi poważnie, jakbym była nie wiadomo jakim autorem. jak chcesz, to po prostu wbij do poznania i wypijemy wino nad wartą – to już brzmi jak coś pasującego na moją miarę ;)

      • wiktoria

        Uważaj z takimi publicznymi propozycjami, bo niedługo każdy będzie chciał iść z Tobą na wino! ;) dzięki!

  • Uwielbiam tą/tę (nie jestem w tym dobra) serię! Uważam, że jestem świetnym fotografem niezależenie od tego co i kogo fotografujesz. Zawsze wychodzi super :)

  • Super są te fotki :) Niedługo wybieram się do Poznania, co powinnam na pewno tam zobaczyć?:)