Dzień Dziecka 20 lat później: Santa Cruz Beach Boardwalk

Pozostałe posty ze Stanów znajdziecie TUTAJ.

Wyobraźcie sobie idealny Dzień Dziecka. Gdybyście mogli absolutnie wszystko, co byście robili? Zjedli pancakes na śniadanie, pojechali do wesołego miasteczka, pojeździli na wrotkach w kościele w San Francisco? Tak się składa, że pewnego marcowego dnia udało nam się zrobić to wszystko. Prawdę mówili, w Ameryce dreams come true.

To zdanie mogłoby się znaleźć na profilu beka z blogów podróżniczych: warto być otwartym w podróży na wszystko, co przynosi los.
W naszym przypadku: wesołe miasteczko.
Ktoś inny minąłby Santa Cruz Beach Boardwalk obojętnie, ale kogoś innego może rodzice zabierali na karuzelę, jak był mały – mnie nie.

Pewne rzeczy w życiu po prostu trzeba zrobić, bo to nie jest tak, że ich czas przeminie. Dlatego teraz jeżdżę rollercoasterami i farbuję włosy na różowo. Ja po prostu nie nabawiłam się wystarczająco w dzieciństwie: raz że wiecznie z nosem w książkach (Pan Tadeusz w piątej klasie to nie jest dobry pomysł). Jak wychodził nowy numer Już czytam, to sorry koleżanki, ale na trzepaku powiszę z Wami później.

A dwa, że wiele rozrywek wieku dziecięcego mnie ominęło, bo zwyczajnie moi rodzice mnie nigdzie nie zabierali.
Mimo zniżek rozdawanych na lekcjach, nie byłam nigdy w cyrku. Tak długo nie byłam w cyrku, że aż przestałam w ogóle chcieć iść do cyrku.
Z wesołymi miasteczkami też miałam średnie relacje. Inna sprawa, że te zardzewiałe kolejki górskie rozstawiane na miejskich nieużytkach też dzisiaj oceniam jako średnie.

Raz poszłyśmy z koleżanką, która ukradła mamie 50 zł z portfela, ale kac moralny nie pozwalał mi się dobrze bawić.

Drugi raz dostałam od mamy 7 zł na bilety. 4 poszły na przejazd kolejką (“kolejką”), a za 3 pozostałe koleżanka (inna) powiedziała, że wygra mi plastikową różę na strzelnicy.

– nie wygrała.

Ach tak, przypomniałam sobie, jak byliśmy z Tomkiem na samochodzikach.

– on prowadził. Ja nigdy.

Był jeszcze Rabkoland w 2002 roku. Obracające filiżanki były tak super, że poszłam na nie drugi raz.

– porzygałam się.

Plus miałam znajomą, która uległa wypadkowi na takiej właśnie kolejce. Wykoleiła się.

Teraz nie wiem, czy mam być zła na swoich rodziców za to, że mi tego wszystkiego odmawiali, czy mam im podziękować, że mi tego wszystkiego oszczędzili. Wiem tylko, że dzień dziecka, który zrobiliśmy sobie 20 lat później, nie byłby taki udany, gdybym miała normalne dzieciństwo.

Zapraszam na najbardziej kolorowe zdjęcia w historii bloga.

Czy wielkie amerykańskie śniadanie w dinerze na godzinę przed swobodnym spadaniem z 38-metrowej wieży to był dobry pomysł?
Zdecydowanie nie, jeśli przed każdą przejażdżką nie chcecie się bać, że kogoś obrzygacie. Na szczęście żołądek mam mocniejszy, niż się spodziewałam.
Tak szczerze, to zupełnie sobie nie wyobrażam, jak można zwymiotować na kolejce górskiej. Emocje są tak silne, a skupienie na tym, żeby już się skończyło tak duże, że nawet gdybym chciała, to bym nie umiała.
PS: dwa słowa więcej o śniadaniach znajdziecie w tym poście.



One of the last of the classic seaside amusement parks in the United States

Zaczęło się, tak jak wszystko ostatnio – od wyników wyszukiwania w google. Szukałam, co jeszcze ciekawego można by zrobić, jadąc wzdłuż oceanu od Los Angeles do San Francisco, innego niż: #plaże, #klify, #zachody słońca.
I znalazłam: można zatrzymać się w Santa Cruz Beach Boardwalk. Klasycznym oldskulowym wesołym miasteczku. I kiedy piszę oldskulowym, to mam na myśli, że zostało otwarte w 1907 roku.

Informacje praktyczne:
Poza sezonem rides czyli rollercoaster, karuzele itp. są otwarte tylko w weekendy, a i w sezonie najlepiej po prostu sprawdzić kalendarz na stronie – godziny otwarcia mogą się różnić w zależności od dnia.
Nam w zupełności wystarczył jednodniowy bilet: All-Day Rides Wristband – $36.95 plus tax, i to mimo że w kolejkach się nastaliśmy. Do kupienia w kasie przy wejściu.
Parkingi w okolicy wesołego miasteczka są płatne, ale wystarczyło odjechać 500 m wgłąb miasta, tam skąd żadnemu Amerykaninowi nie chciałoby się iść pieszo, i można parkować do woli.

Nie wiedzieliśmy jeszcze co i jak, więc poszliśmy do pierwszej lepszej atrakcji: najbliżej kas, najmniejsza kolejka. Przyzwyczajona do tych lamerskich wesołych miasteczek z dzieciństwa, z których żadne nie było thrilling, w minutę (tyle trwało rzucanie nami w górę i w dół na podnośniku) nabrałam respektu do Santa Cruz. Pierwszego prawdziwego wesołego miasteczka w moim życiu.
Nie wiedziałam, że umiem tak głośno krzyczeć. Takiego katharsis i doświadczeń granicznych, jakie zafunduje Wam wesołe miasteczko, to w żadnym teatrze nie przeżyjecie.

santa cruz beach boardwalk










Jeśli czujecie, że nawet najwolniej obracająca się karuzela nie jest dla Was, zawsze możecie przyjechać do Santa Cruz poleżeć na plaży. Książki nie poczytacie, bo krzyki z kolejek górskich przeszkadzają, ale zawsze możecie po prostu popatrzeć na ten cały fun, który Was omija.
Możecie też wejść na promenadę porobić street photo i dopiero jak coś Was skusi, zdecydować. Nie trzeba kupować dziennego wstępu, można kupować bilety na poszczególne atrakcje. Czy się opłaca? Wiadomo, że nie.

Na tych bardziej “niebezpiecznych” atrakcjach kazali mi odkładać aparat do szafek, chociaż ja tam jestem pewna, że dałabym radę robić zdjęcia. Tyle mojego, co porobiłam na karuzeli i diabelskim młynie.







Jak to jest, że mniej bałam się jechać kolejką zbudowaną z drewna w 1924 roku niż bałabym się stalowej konstrukcji, jakie spotyka się w wesołych miasteczkach w Polsce?
To pewnie dlatego, że ta pierwsza jest amerykańska.

Ja wiem, że w internecie wszyscy mogą napisać wszystko, ale ja tam wolę wierzyć, że faktycznie jeden z czterech zatrudnionych do tego pracowników co dwie godziny sprawdza, czy nic się nie psuje. I że zewnętrzna firma raz na jakiś czas skanuje ultradźwiękami całą konstrukcję.

Poznajcie Giant Dipper, Natural Historic Landmark i przy okazji mój pierwszy poważny rollercoaster w życiu.

W ogóle po tym dniu zaczęłam rozumieć rodziców, którzy nie zabierają swoich dzieci do wesołego miasteczka. Przez większość dnia całkiem serio czułam, jakbym miała za chwilę umrzeć. Chyba najbardziej, jak pędziliśmy w dół i mignął nam nad głowami taki wielki napis DANGER. Skazać na coś takiego dziecko? Trzeba być potworem.

Wieczorem przeglądaliśmy youtuba.
Najpierw video o najgorszych wypadkach, jakie zdarzyły się w wesołych miasteczkach. Paradoksalnie mnie to uspokoiło, bo wszędzie zawinił czynnik ludzki: niedopięte pasy albo ktoś wbiegł pod pociąg.
Wiedzieliście, że klasyczna kolejka górska nie wymaga napędu? Jak już się ją puści z najwyższego wzniesienia, to dalej toczy się sama, grawitacja i Ek = mv2/2?

Druga seria filmów to wszelkiego rodzaju naj kolejki górskie na świecie. Najlepsze, najwyższe, najszybsze. Dla mnie kolejno: najgorsze, najstraszniejsze, najbardziej przerażające. Możecie się śmiać, ale oglądałam te zestawienia cała spocona z nerwów. To wtedy zorientowałam się, że Giant Dipper to kinderrollercoaster. Czym jest 88km/h i 21 metrów wysokości wobec Dubaju (240 kmh, Ferrari World Abu Dhabi) i Jackson, New Jersey (140 m, Six flags Amusement Park)?

PS: o co chodzi z tym trzymaniem rąk do góry podczas zjazdu? Po co ludzie to robią? Bo tak robią ludzie na filmach?

giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz
giant dipper santa cruz

Nie widzę sensu opisywania każdej atrakcji z osobna, ale o Fireball (Thrilling disorientation at its finest!) wspomnę.
Jedna z tych rzeczy, na które patrzysz i mówisz, że w życiu nie wsiądziesz. A potem dochodzisz do wniosku, że jeśli Twoja druga połowa zginie to nie chcesz zostać sam na świecie, więc bez przekonania, ale wsiadasz. Zamykasz oczy i czekasz, aż się skończy.
To wtedy odkryłam, że zamykanie oczu pomaga – połowa bodźców to wzrok: jak nie widzisz z jakiej wysokości lecisz, to jest odrobinę mniej strasznie.
Uwaga, anegdota:
Buja i obraca nami na wszystkie strony, ludzie krzyczą, ja udaję że mnie tam nie ma i nagle słyszę jak Tomek mówi (bardzo spokojnym głosem): o, telefon mi wypadł.

O, tam leży. Widzę go.

Telefon leżał na samym brzegu tej płachty, która służy, nota bene, do łapania rzeczy które wypadają ludziom kręcącym się na Fireballu, z kieszeni.

BADUM-TSS!

Na szczęście nie wszystkie atrakcje oznaczono tam jako thrilling (polski odpowiednik?).
Wybieraliśmy też takie dla rodzin z dziećmi: młyńskie koło, lotnia (leży się na brzuchu i leci jednocześnie!), to takie coś gdzie samemu się sterowało, czy się chce wisieć głową w dół, czy nie. Nigdy więcej na takie urządzenie z Tomkiem – po to jest grawitacja, żeby _nie_ wisieć do góry nogami. Miłośnicy wrażeń też niech nie wsiadają razem ze mną, bo przynudzam i nie pozwalam szaleć za mocno.

Wnioski po całym dniu:
– nigdy nie jest się za dorosłym na wesołe miasteczko. Rok później byliśmy w Disneylandzie, średnia wieku: 28 lat.
– rollercoastery są straszne; boję się.
– głupi ma zawsze szczęście (serio Tomasz, trzymać telefon w kieszeni, wiedząc, że będziesz wisiał głową w dół…).
– jedzenie w parkach rozrywki jest okropne, weźcie swoje.
– boże, jak to męczy. Moje wewnętrzne dziecko było zachwycone, ale po całym dniu miałam nogi z waty, a mózg z galarety.

I to nie był koniec przygód tego dnia. Bo to był Dzień Dziecka na sterydach.














New rolligion

Pomyślcie, jaka jest najbardziej szalona rzecz, jaką zrobiliście w kościele. Pogryźliście opłatek?
A w San Francisco, dosłownie, pojechali po bandzie.
Na logikę: po co nieużywany kościół ma się kurzyć, skoro można w nim zamontować disco kulę i zrobić halę wrotkarską?
Mnie połączenie laserów, wrotek i fresków ze świętymi nie oburza. Nikogo też to nie krzywdzi. Nawet gdybym była wierząca, to nie wierzyłabym że Duch Święty jest zaszyty w cegłach i głośna muzyka mu przeszkadza.
A takiej atmosfery to przepraszam, ale na żadnej mszy w Polsce nie widziałam.

Mowa o Church of 8 wheels, 554 Fillmore St. Przynajmniej w nazwie został kościół.

Czynne w piątki i w soboty. Za wstęp płaci się $10, kolejne 5 za wypożyczenie wrotek.

Ręka do góry, komu jeszcze się wydawało, że jazda na wrotkach po prostu musi być łatwiejsza niż jazda na rolkach? Że jeśli się nie umie na rolkach, to przynajmniej na wrotkach będzie szło dobrze?
Więc, nie. Na wrotkach jest trudniej się odpychać i w ogóle miałam wrażenie, że przez to że są dwa rzędy kółek, wrotki jeżdżą dwa razy bardziej.

W Church of 8 wheels nie chodzi tylko o to, żeby sobie pojeździć dookoła parkietu i poćwiczyć skilla. W sobotę wieczorem odbywa się tam Black Rock Roller Disco. Tak jest, gorączka sobotniej nocy – na rolkach. Instynktownie wyczuwaliśmy, że środek parkietu to nie jest nasze miejsce.

Do dyspozycji miałam wbudowaną lampę, więc czarów nie ma, ale atmosferę miejsca chyba uchwyciłam.
Polecam z całego swojego, przeładowanego wrażeniami tamtego dnia, serca. Chyba najlepsza z tzw. alternatywnych atrakcji na świecie. Prawdziwa beczka śmiechu.

Północ wybiła, dzień dziecka się skończył. Pst, przyznam, że do pełni szczęścia zabrakło mi spędzenia nocy w pustym hipermarkecie, gdzie mogłabym jeździć na na hulajnodze po całej hali i jedzenia wszystkich chipsów, jakie znalazłabym na półkach (marzenie datuje się na 2001 r. – wtedy otworzyli w płocku pierwszy Auchan). Do nadrobienia.

church of 8 wheels
church of 8 wheels
church of 8 wheels

church of 8 wheels
church of 8 wheels
church of 8 wheels
church of 8 wheels
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco
church of 8 wheels san francisco