This. Is. Tokio.

Pozostałe posty z Japonii znajdziecie TUTAJ.

Jeszcze nie wiedziałam, że kręcę sobie pętlę na szyję, zakładając, że w następnym poście napiszę coś więcej o Tokio.
Serio myślałam, że zamknę wrażenia z dwóch tygodni w 14-sto milionowym mieście w trzech akapitach? Ale dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą – tak miałam napisane na pamiątkowym dyplomie na olimpiadzie z polskiego w drugiej klasie. Więc powalczę jeszcze przez kilka postów.

Jakie jest Tokio? Różne. Kwadratowe i podłużne. Miejscami dla nas niepojęte. Miejscami zupełnie zwyczajne. I takie, i takie, i takie, i takie:





Do tej pory jedyne miasto, jakie znam, a do jakiego Tokio ma start – to Nowy Jork.

Brawo Ela, jedno i drugie jest metropolią – one tak mają. Są wielkie i zróżnicowane, co dzielnica, to świat.

Nic nie poradzę, że najlepiej czuję się w wielkim mieście. Lubię spędzić w jednym miejscu kilka-kilkanaście dni, codziennie robić coś nowego i wyjeżdżać z poczuciem, że jeszcze nie wszystko zobaczyłam. Lubię przez kilka-kilkanaście dni wracać do tego samego mieszkania. Biorę na klatę fakt, że wieczorami wyję z bólu, bo znowu przeszłam ponad 20 kilometrów w balerinach, bo w adidasach wyglądałabym brzydko.

Jechaliśmy do Japonii na prawie dwa tygodnie – wiadomo, że pojawiły się dylematy: siedzieć na dupie w Tokio, czy robić wypady za miasto? Może Kioto, może Osaka, a pod górę Fuji to już musowo!
Jeden rzut oka na ceny pociągów – i możemy marzyć dalej.
Tygodniowy Japan Rail Pass jest więcej niż drogi (235 euro na 7 dni, 374 – 14 dni).
Ale pojedyncze przejazdy są jeszcze droższe. Wypad do Osaki i z powrotem to 500 zł od osoby. Nie, nie prywatnym odrzutowcem – pociągiem. Trochę jakby się nie opłaca.
Problem w tym, że ani nie chcieliśmy spędzić tygodnia za miastem, bo wtedy nie starczyłoby nam czasu na Tokio; nie chcieliśmy też kupować JR Passa, żeby przez, powiedzmy 3-4 dni, pojeździć pociągiem. Nawet jeśli to najszybszy pociąg na świecie. Poczekam na hyperloopa, mam czas.

Nie wiem czy można nas nazwać skąpcami za to, że nie chcieliśmy wydać lekką ręką dwóch kafli, ale zostaliśmy w Tokio. I biorąc pod uwagę, że trafiliśmy w sam środek najdłuższego wolnego weekendu, gdzie festiwal pogania festiwal – ja tam się nie nudziłam. Tomek trochę, ale on tak ma zawsze.

Zapytana, ile czasu poświęcić na Tokio, odpowiem: jeśli lubisz duże miasta, nie mniej niż 7 dni. Optymalnie: 10. I pamiętaj, że pod Tokio jest Disneyland. A nawet dwa!

To jakie jest Tokio, poza tym, że: pulsujące, pełne kontrastów, nigdy nie śpi?
Niby betonowe – ale pełne małej zieleni.
Niby zatłoczone – ale da się znaleźć otwarte przestrzenie.
Niby nowoczesne – a można wypatrzeć tradycyjną zabudowę.
Bardzo rowerowe – na pewno Katie Melua nie pomyliła stolic?
Ja mówię, że zróżnicowane – Tomek, że jednolite.

Na pewno się zgadzamy co do jednego: Powiedzieć, że w Tokio jest czysto, to byłaby obraza. Tokio jest wy-li-za-ne. I to mimo, że instytucja publicznego kosza na śmieci wydaje się mało znana: swoje śmierci zabierasz ze sobą do domu i tam możesz je wyrzucać do woli. Na mieście czasami trzeba przejść kilometry, zanim znajdziesz kosz (hint: czasem stoją przy automatach z napojami).
Czystość odnosi się także do ścian: Tokio jest miastem w 98% wolnym od graffiti. Pozostałe 2% to dzielnica Shibuya.

Tokio bywa przeładowane bodźcami. Są takie miejsce, gdzie wszędzie coś miga, śpiewa, gra i gada. Co rozświetla mrok codziennej egzystencji? Gigantyczne LEDowe reklamy. Co możemy zrobić, żeby Japończykom się milej jechało na najbliższe 12 godzin do pracy? Puszczajmy na każdej stacji metra głośną melodyjkę!
Moja teoria (Ela psycholog), jest taka: Japończycy bardzo nie chcą zostać sam na sam ze swoimi myślami.

Tokijskie metro. Słynne tokijskie metro. To tylko my w Europie jesteśmy przyzwyczajeni to słowa metro – w Tokio to bardzo duże uproszczenie, bo tam komunikacja to splątana sieć linii metra, linii kolejek, niezidentyfikowanych linii, przejść podziemnych. I żeby było trudniej, nie ma prostego podziału na jednego czy dwóch przewoźników. I żeby było trudniej: nie da się wykupić kilkudniowego passa i mieć: a) taniej b) z głowy. To znaczy można, na przykład na metro, ale wtedy nie pojeździcie liniami Japan Rail. Chyba że macie JR Pass, ale wtedy nie pojeździcie liniami metra. W tym tunelu jest jedno światełko: przynajmniej nazwy stacji są też po angielsku.
Morał z tej bajki: planując wyjazd do Tokio, zawsze liczcie się z wydatkami na zbiorkom. Najtańszy bilet kosztował 160 jenów (~5 zł). Daleko na nim nie zajedziecie.
Drugi morał z tej bajki: wygodne buty. Hint: nowe buty niekoniecznie = wygodne buty.

Chciałabym zobaczyć minę Tokijczyka, który przylatuje do Warszawy i próbuje rozpatrzyć się w schemacie metra. Żeby Warszawa dorównała Tokio, na mapę musielibyśmy nanieść też linie autobusowe, SKM i PKP – z całego mazowieckiego.

Tak więc codziennie rano zadawaliśmy sobie jedno pytanie. Nie: jak żyć? Nie: co jemy na śniadanie? Ale: jak dojechać do XYZ?

Ponieważ ja na wyjazdach zajmuję się tylko miękkimi rzeczami, takimi jak czytanie ton książek i planowanie atrakcji, o wypowiedź poprosiłam eksperta ds. transportu i internetu mobilnego.
Niesmigielska.com: Dzień dobry. Jaką aplikację pan poleca do planowania przejazdów po stolicy Japonii? Jak połapać się w tym gąszczu?
Tomasz Adamski: Witam Państwa. To proste, wystarczy myśleć. I używać google maps, jeśli mamy dostęp do internetu – są o tyle przydatne, że podają od razu cenę biletu (w Tokio przy zakupie biletu w automacie trzeba wiedzieć, ile ma kosztować).
N.: A jeśli jesteśmy offline?
T.: Ta aplikacja nam pomoże, ale ostrożnie: nie uwzględnia linii Japan Rail, tylko metro.
N.: A skoro już przy internecie jesteśmy, proszę powiedzieć: czy warto w Japonii zaopatrywać się w mobilny internet? Słyszałam, że to dość droga zabawka…
T.A.: nie warto. Bezpłatne otwarte wifi udostępniają sklepy sieci Seven Eleven, które są wszędzie. Jeśli nie ma zaraz obok Seven Eleven, to znaczy że nie jesteś w Tokio. A może nawet nie jesteś w Japonii?
Inny sposób, to rejestracja przez telefon na tej stronie: w zamian otrzymujemy dostęp do hotspotów w całym mieście.
N.: Ostatnie pytanie, panie Tomaszu: a najlepsza aplikacja do poruszania się po mieście, to…?
T.A.: maps.me, od kilku lat.
N.: Dziękuję za rozmowę.
T.A.: Również dziękuję. Czy mogę coś dodać? Moja żona jest najlepsza na świecie.

Kończąc (na razie) temat transportu publicznego, porada dnia: dbajcie o swoje bilety. Kartonik przechodzi przez każdą bramkę i dopiero na wyjściu zostaje w maszynie. Nie chcecie wiedzieć, co się dzieje, jeśli przypadkiem zagniecie róg biletu i zostanie wciągnięty przedwcześnie. Pracownik stacji żeby go wydobyć zrobi wszystko, łącznie z rozkręceniem maszyny. Bardzo uprzejmie i bez słowa skargi. A Tobie będzie coraz bardziej głupio, że zrobiłeś temu miłemu panu taki kłopot.





Nasz chleb powszedni w Japonii: onigiri i coś słodkiego z 7/11. Ciekawostka, że raz trafiliśmy na onigiri o smaku chleba, ze skórką. To znaczy nie wiem, czy taki był zamysł – ale taki był rezultat.


Żeby wytłumaczyć, po co pojechaliśmy do Yanaki, powinnam wprowadzić dwa pojęcia: shitamachi i yamanote. Konkretnie, ale i przystępnie. Poważnie, ale i zabawnie.
Jak zaczęłam czytać, to odeszła mi ochota do jakichkolwiek uogólnień.
Niech przemówią zdjęcia: yamanote wygląda tak jak wyżej, shitamachi – tak jak niżej. Łapiecie różnicę?


Może umówmy się, że tam, gdzie warzywa można kupić w warzywniaku zamiast w Seven Eleven – tam jest shitamachi. Tam, gdzie zabudowa zachowała tradycyjny charakter. Tam, gdzie oldschool, małe sklepiki, piętrowe domy.
Dla mnie i dla wielu innych turystów, brzmi to na tyle interesująco, że o 10 rano główna ulica (Yanaka Ginza) zapełnia się chętnymi na zobaczenie dawnego Tokio – i cały czar pryska. Na szczęście, Yanaka to więcej niż jedna ulica – to bardzo dużo spokojnych uliczek na raz.
Ratowaliśmy się też wyjściem na cmentarz (początek maja to za późno na sakurę, ale podobno w kwietniu wiśnie kwitną tam jak szalone). Było tak cicho i spokojnie, jak nigdzie indziej w Tokio.

PS: Japończycy lubią, jak wszystko jest kawaii. Dlaczego jedzenie miało by być wyjątkiem?
Pamiętajcie: to, że coś jest w kształcie małego kotka (pandy, rybki), to nie znaczy, że jest smaczne. Ale na pewno znaczy, że jest droższe.













Zła wiadomość dla głodomorów: w sztywniackiej Japonii street food występuje w szczątkowej formie. Po co street food, skoro na każdym rogu jest Seven Eleven? Poza tym w Japonii się nie je na ulicy, to niechlujne. Zawsze nasze onigiri skubaliśmy, siedząc na krawężniku z poczuciem winy.
No chyba że trafiliście w sam środek Złotego Tygodnia (patrz: poprzedni post) – wtedy faktycznie, znikąd wyrastają przenośne kuchnie (yatai) i Tokio chociaż przez chwilę przypomina Bangkok. To jest ten moment, kiedy wyciągacie z kieszeni karteczkę z nazwami japońskich potraw i robicie: takoyaki – check!, okonomiyaki – check!, pierożki gyoza – check!
Takoyaki: smażone kulki z ciasta z kawałkami ośmiornicy.
Okonomiyaki: naleśnik na słono z czym bądź.
Gyoza: pierożki z wieprzowiną.
Nic nam nigdy nie smakowało. Ale wiedzialam, ze nie mogę skreślać kuchni japońskiej, bo to tak jakbym pojechała do Ustki, ciepłym piwem z nalewaka popiła zakręconą frytkę, a kawą rozpuszczalną gofra z frużeliną i osądziła: ale słaba ta polska kuchnia.









Koncert AC/DC słuchany spod sceny? Startujący MIG-35? Cichsze niż wizyta w salonie pachinko. Nie wiedziałam, co to znaczy hałas, dopóki tam nie zajrzałam.
Nie żeby to była nowość: ktokolwiek przeczytał cokolwiek o Japonii, musiał słyszeć o pachinko.
Zawsze myślałam, że ludzie, którzy to opisują, trochę przesadzają. W końcu jaki hałas mogą zrobić automaty do gier, nawet jeśli gra się metalowymi kulkami? Nawet jeśli jest ich kilkadziesiąt w jednym miejscu?
Powiem tak: hau, hau, hau. A te dźwiękoszczelne drzwi, to musi być jakaś kosmiczna technologia.

Największe wrażenie zrobili na mnie ci ludzie: mogą godzinami grać w grę, w której nie liczą się umiejętności – rozumiem, że hazard wciąga, ale pachinko to taki pinball, w którym jedyne, co kontrolujesz to wyrzut piłki. Fun fun fun.





Jednak specjalizacja to jest pożyteczny koncept. Wyobraź sobie, że potrzebujesz noża do krojenia ogórków gruntowych. Jeden sklep jest na Łazarzu – ale mają tylko do ogórków konserwowych. Jeden na Ratajach – właśnie sprzedali ostatni. Jedziesz do Pobiedzisk – udało się – masz nóż i tylko 4 godziny i hajs za paliwo w plecy. Zaraz ktoś mnie zgasi że przecież mamy internet i 14 dni na zwrot towaru – ale mi nie o to chodzi. Chodzi o to, że w Tokio jest taka specjalna ulica, na której kupisz wszystkie noże (talerze, miski, wyciskacze do czosnku) świata: Kappabashi dori. Inaczej: Kitchen Town.

Nas naturalnie nie interesowały sklepy z nożami, a sklepy z plastikowymi imitacjami jedzenia. I nikt mi nie powie, że to, co robią Japończycy, to nie jest sztuka – ten ramen jak żywy, nawet plastikowe oka tłuszczu pływają po powierzchni plastikowej zupy. Jadłabym.
Modele jedzenia to jeden z lepszych pomysłów w Japonii – gdyby nie one, wystawione przed wejściem do restauracji, umarlibyśmy z głodu, bo nie bylibyśmy w stanie nic zamówić.










Podczas Golden Week nawet przez park człowiek nie może przejść spokojnie, bo w parku może być świątynia, a w świątyni – święto!
Do Parku Ueno jeszcze wrócimy (znajduje się tam najsmutniejsze ZOO świata), a teraz poczęstowaliśmy się dango: kuleczkami mochi nadzianymi na szaszłyk, opieczonymi nad ogniem i polanymi słono-słodkim sosem mitarashi. Spodziewaliśmy się odkrycia na miarę marshmallows z grilla, ale znów szału nie robiło. To nie był nasz dzień.







Mówisz: Japonia, myślisz: elektronika, manga, cosplay i dziewczyny w mundurkach? Did you mean: Akihabara? Tu wszystko błyska, miga, gra i buczy huczy. Electric town.

Tomasz wpadł w szaleństwo zakupowe, tyle selfie sticków do wyboru!

Jak przystało na dzielnicę, do której jeździ się kupować mangę i elektronikę, w Akihabarze jest nawet świątynia (Kanda Myojin – world’s geekiest temple), w której pomodlisz się o pomyślność dla swojego nowego Iphone’a. Oby się system nigdy nie zawiesił, a szybka nigdy nie zbiła (przydałoby się Tomaszowi w 2012, jak upuścił na beton nowiutkiego Nexusa). Tu cyfrowy nomada pomodli się o cyfrową pracę, a właściciel start upu o dobry start.

Na żywo nie zawsze jestem wyszczekana, bo czasem wolno zbieram myśli, a jeszcze wolniej – odwagę. Ale strasznie mnie denerwowało, jak co drugi mężczyzna, słysząc że jedziemy do Japonii, mówił:

a przywieziesz mi Japoneczkę?

No mogę. Na prawą czy lewą nogę?

No tak, bo Japoneczka jest: słodziutka, uleglutka, posłuszniutka, używa głosiku zamiast głosu i szczebiocze zamiast mówić. Taki półczłowiek. Można ją przywieźć w bagażu, tak jak zestaw pałeczek i zieloną herbatę. Przecież pamiątki głosu nie mają, nikt się ich nie będzie pytał o zdanie.
Tak, wiem, że nie chodzi o faktyczne wywiezienie prawdziwej osoby do Polski. Tak, czepiam się. Tak, czepiałabym się też gdyby jakaś kobiet chciała, żeby jej przywieźć Murzynka z Afryki.
A ulało mi się, bo? Bo jestem bardzo wrażliwa na przedmiotowe traktowanie ludzi.
A akurat teraz, bo? bo w Akihabarze pełno jest tzw. Maid Cafes. Gdzie młodziutkie dziewczyny w strojach służących będą mówiły do klientów per Master. Nie ma w tym seksualnego podtekstu i nikt nikogo nie wykorzystuje, ale tak mi się przypomniało. I o ile na temat Maid Cafes się nie wypowiem, bo nie wiem na czym polega ich fenomen w japońskiej popkulturze, o tyle brak kultury niektórych naszych panów wypunktuję.















Zgodnie z zasadą jedności czasu, post kończę kolacją na Omoide Yokocho, uliczce tak wąskiej, że można nie zauważyć wejścia do niej. Uliczce tak krótkiej, że zmierzyłam ją linijką na google maps i wyszły 83 metry. Jakimś cudem mieści się tam kilkanaście? Kilkadziesiąt? Restauracji podających grillowane dobra (yakitori). Niestety, zamiast smaku potraw zapamiętałam głównie wielką kłótnię o to, którą z restauracji wybrać – żeby nie była za bardzo turystyczna, ale i nie za bardzo like a local, bo nie będziemy umieli niczego zamówić. I żeby nie było na mnie, jeśli źle wybiorę.

Morał z tej bajki? Nie warto się kłócić, jeśli chcecie jeść ostatni posiłek przynajmniej 3 godziny przed snem.
Oraz: o Tokio nie da się opowiedzieć, nawet w kilkunastu tysiącach znaków. Będę próbować dalej; dopóki walczę, jestem zwycięzcą.