Ostatnia stacja: Chicago

Pozostałe posty ze Stanów znajdziecie TUTAJ.

Ostatnia stacja: Chicago Centralne. Pociąg kończy bieg. Proszę odsunąć się od torów.

To jest ostatni post. Nie tylko ze Stanów, ale z całej 3-miesięcznej podróży. Czujecie powagę sytuacji?

Wylatując, wiedzieliśmy na pewno dwie rzeczy: że 2 stycznia lądujemy w Buenos Aires i że 31 marca wracamy do Polski z Chicago.
Reszta wtedy była niewiadomą, a dzisiaj jest historią. Przeważnie beztroską, szczęśliwą historią. Opowiadaną na blogu miesiącami.
Post z Chicago mógłby powstać całe tygodnie temu, ale zawsze wolałam zostawić go na później. Bo wiecie, jak już wypuszczę w świat ostatnie dziecko z tej najdłuższej podróży, jaką odbyliśmy – to tak jakby ona naprawdę się skończyła (chociaż skończyła się ponad rok temu).

A musicie wiedzieć, że ma dnia żebym nie wspominała tych trzech miesięcy w drodze.
Gotuję makaron – i przypomina mi się carbonara gotowana na mrozie w Zion National Park.
Zbieram uprane rzeczy z suszarki – i przed oczami stają pralnie samoobsługowe gdzieś w Utah i Arizonie.
Średnio 3 razy w tygodniu przysiadam się do Tomka na kanapę, głaszczę po ręce i pytam: no, nie chciałbyś tak znowu?
Trochę chciałby, ale nie tak mocno, jak ja.
Niestety (?) Tomasza rzeczywistość w Polsce nie uwiera tak, jak (od niedawna) mnie. I niekoniecznie chciałby zmieniać pracę, skoro dopiero co zmienił na taką, w której mu się podoba.
Z drugiej strony, gdy tylko zaczynamy myśleć o wyprowadzce, to raczej ja wymyślam wymówki, nie on. Bo co mnie czeka za granicą? Los żony programisty? Mam piłować tipsy i sprzątać mieszkanie?

Mimo że lato to moja ulubiona pora roku, przyspieszyłabym trochę czas, żeby już był listopad. Bo w listopadzie zamieszkamy na miesiąc w samochodzie i znowu naszym jedynym obowiązkiem będzie jechać przed siebie tak, żeby nachapać się jak najwięcej wspomnień.

Ostatni rozdział: Chicago. Odlepiam ten plaster.

Specjalistą ds. Chicago nie zostanę (więcej do powiedzenia ma Paulina, która spędziła tam miesiąc)- ale specjalistą ds. jednego dnia w Chicago może już tak. Ask me anything.
Świadomość końca wyjazdu kazała nam chodzić, chodzić, chodzić po mieście, mimo że było zimno – tak zimno, że gdyby to był inny dzień gdzieś w środku podróży, to spędzilibyśmy go w hostelu, bez wyrzutów sumienia nadrabiając internety. Ale przyznaję bez bicia: to nie było przemyślane chodzenie. Nie wymienię ani jednego muzeum, ani jednej nazwy dzielnicy w Chicago. Za to wiem, gdzie można kupić pączka z bekonową posypką.

Nie mam ucha do dialogów jak Marcin Kącki, ani talentu do zawierania ogółu w szczególe jak Ziemowit Szczerek, więc opis wrażenia, jakie wywarło na mnie wtedy Chicago będzie suchy jak bułki na parapecie. Ciekawe jaki byłby Wasz, gdybyście też mieli do dyspozycji 24 godziny; z czego osiem na sen, a trzy na transport z i na lotnisko. Za mało, żeby się wymądrzać na temat inny niż wrażenia własne. Ja nawet nie umiem powiedzieć, czy naprawdę tam wieje, czy to tylko plotka. O tym, że na Chicago mówi się Chi-Town albo Chiraq (controversial combination of Chicago and Iraq to compare Chicago’s high crime rates to the war torn country Iraq) doczytałamrok później w internecie.

Chętnie bym tam wróciła, ale już nie goła i wesoła, tylko obkuta na blachę. Polecacie jakieś książki / filmy, których akcja toczy się w Chicago i gdzie miasto jest równorzędnym bohaterem? Tylko poważne oferty.


Chicago: impresja – tekst i zdjęcia Elżbieta Nieśmigielska.

Tego jednego, konkretnego dnia Chicago wyglądało dla mnie jak Nowy Jork – gdyby Nowy Jork był miastem mniej wyluzowanym, a bardziej poważnym. Przemysłowym. Biznesowym. Trochę na kacu, ale nie wzięło NŻetki.
Może to ze mną jest coś nie tak, może to ja jako podmiot liryczny rzutowałam swój stan na otoczenie – pytam więc Tomasza o wrażenia. Chwilę milczy. Wreszcie mówi: smutne miasto.
Wylewny to on nie jest.

Bardzo możliwe, że w inny dzień zobaczylibyśmy inne Chicago. Już wyjaśniam, skąd ten pesymizm: na nasze odczucia złożyły się 4 czynniki, z których tylko jeden jest nieruchomy:
a) skąd przylecieliśmy
b) jaka była pogoda
c) co nam grało w duszy (Chopin, sonata fortepianowa nr 2 b-moll)
d) architektura Chicago

Wylecieliśmy z San Francisco i mimo że nie opuściliśmy przestrzeni powietrznej USA, to po wylądowaniu czuliśmy się jak na drugiej półkuli. W Chicago wszystko było odwrócone o 180 stopni.
Zamiast ciepła i słońca – zimno i słota.
Zamiast oceanu i pastelowych domków – kominy i brązowa cegła. Czułam się jak w amerykańskim Manchesterze (to nic, że nie byłam nigdy w Manchesterze, ale widziałam Billy’ego Elliota).
Zamiast ładnych, wysokich, opalonych ludzi – ludzie przygarbieni do ziemi, poowijani w bure warstwy. Bladzi. Zamknięci. Nikt nie zagaduje.
Fizjonomie raczej kwalifikujące się do operacji plastycznych, niż świeżo po.
Krótko: Chicago tego konkretnego dnia wypadło w naszych oczach jak industrialne miasto, które nigdy nie widuje słońca. Ale możliwe, że gdyby tylko była ładna pogoda, to znaleźlibyśmy je najradośniejszym miejscem na planecie, czemu nie.

I tu następuje zwrot akcji: ten post to nie jest festiwal narzekania. Nie pogardziłabym, gdyby było trochę cieplej, ale ponura aura mi nie przeszkadzała – a wręcz nie wyobrażam sobie zwiedzania Chicago w pełnym słońcu. Byłoby o połowę mniej intrygujące. Wtedy to dopiero by mi coś nie grało, ale możliwe, że nie umiałabym sprecyzować, co.












THE BEST PĄCZKI IN THE CITY

Tak jest, pączki. Nie donuty, tylko ponch-key. Po trzech miesiącach zagranicą tak bardzo łaknęliśmy polskości, że aż podskoczyliśmy na myśl, że uda nam zjeść starego, dobrego pączka. Ze szczyptą Ameryki (posypką bekonową) zamiast powideł z róży. Za dolara.

Tak jest, pączek z bekonem (bacon maple). Taka pozycja w menu mogłaby szokować kilka lat temu, ale nie teraz, kiedy w co drugiej śniadanowni zjecie pancakes z bekonem i syropem klonowym.
Był smaczny, ale pączek to dla mnie takie nie-jedzenie. Pączka nie można poskubać tak jak drożdżówki, pączka się gryzie jak kanapkę. Co oznacza, że się szybciej kończy. trzy gryzy i po balu. Czyli nie zdążę się nim najeść. Czyli trzeba kupić od razu po dwa na głowę.

Bridgeport Bakery – może nie jechałabym tam specjalnie przez pół miasta po coś, co na co dzień mam pod blokiem, ale przy drugim pączku z bekonową posypką poczułam, że 20 minutowy spacer w zimnie się opłacił.
Bridgeport Bakery | 2907 S Archer Ave


Nie ma dwóch takich samych Chinatowns. Pewne elementy, jak delikatesy z żywymi rybami w akwariach, suszące się na sznurkach pranie czy lampiony zawieszone nad ulicą powtarzają się w każdym mieście, ale cała reszta to już chińska klisza nałożona na miejscową architekturę. I tak: Chinatown w SF będzie śliczne, jak całe San Francisco; nowojorskie – zatłoczone, wylegające na ulice. Chinatown w Chicago wydało nam się trochę zimne i trochę puste. A do tego mało okazałe. Ale pamiętajcie, że nie jestem nieomylna i chętnie przyjęłabym bilet do Chicago (w pakiecie z urlopem), żeby zweryfikować swoją opinię.

Nie żeby amerykańskie miasta były jakieś zabytkowe, ale Chicago jest młode podwójnie, bo i tak całe spłonęło w pożarze w 1871 roku.
Tak się składa, że krótko potem zaczęto budować pierwsze wysokościowce o stalowej konstrukcji. Przypadek?

Dla mnie Chicago było właśnie stalowo-ceglane. Brązowo-niebieskie. Poważne, ciągle na wdechu.
Niby eklektyczne (tu wysokościowiec Miesa van der Rohe, tu bogato zdobiony kościół w polish cathedral style) – ale jednak spójne.
Bardzo się zdziwiłam, że Chicago jest takie nad rzeką. Rzeka płynie przez całe centrum (Chicago Loop), osłonięta wysokościowcami. Nie widać jej, dopóki się nie stanie nad brzegiem. Normalnie nie mam ochoty na wycieczki statkiem po mieście, wystarczy mi tramwaj wodny w Poznaniu, ale teraz może trochę żałuję, że się nie zdecydowałam. Przecież to byłoby jak spływ kanionem. Wielki Kanion Chicago. Głęboki miejscami nawet na 400 metrów.

I, jeśli dobrze zrozumiałam, płynie się od jeziora Michigan, nie do. W XIX w. odwrócono bieg rzeki Chicago. Ach, ta Ameryka, nic tu nie jest niemożliwe.









To Bean or not to Bean

Znacie The Bean. Wielką lustrzaną fasolę w centrum Chicago. The Bean jest częścią większej całości: Millennium Parku, ale żadna inna instalacja nie nadaje się tak dobrze do robienia selfie, więc nie są tak popularne.
Odnośnie Fasoli mam dla Was garść, hehe, refleksji.

Po pierwsze, oficjalna nazwa to The Cloud Gate – ale ludzie wiedzą lepiej i mówią, jak jest: The Bean. Fasola.
Po drugie, fasola wcale nie jest fasolą – może tak wyglądać z zewnątrz, ale w środku ta fasola ma pępek (dosłownie, navel). Od dołu system luster się niespodziewanie komplikuje, multiplikuje i robi wodę z mózgu. Widzisz, że jest tam wgłębienie, ale jak głęboko ono sięga? Dokąd zasysa tych wszystkich ludzi?
Serio, można pod The Bean stać godzinami i próbować odgadnąć wszystkie krzywizny.
Po trzecie – tu moje rozczarowanie – ona wcale nie jest stalowa. To drewniany szkielet obudowany stalowymi płytkami. Czuję się, jakby ze mnie zakpiono. Wielbiłam wydmuszkę. Myślisz, że głaszczesz całe tony ciężkiego metalu, czujesz respekt, a potem czytasz w internecie, że to wszystko nieprawda. No chyba, że to jest klucz do interpretacji – barokowa iluzja. Nie wiem, maturę pisałam 9 lat temu.
Podobnie się czułam na Islandii, jak się okazało, że wulkaniczne góry – te, które z daleka wyglądają tak solidnie – to usypany żwirek.

Od razu kojarzę sobie The Bean z metalowymi rzeźbami Jeffa Koonsa, który robił to samo, tylko na odwrót (u niego ciężka stal udawała lekkie balony). Tylko że Koons się z nami bawił w otwarte karty, więc do Koonsa nie mam pretensji, tylko szacunek.
Po czwarte – Anishowi Kapoorowi tylko się wydaje, że stworzył narzędzie do zakrzywiania rzeczywistości i oglądania całego skyline’u Chicago na raz. Tak naprawdę stworzył maszynę doskonałą do selfie .
Po piąte – mieszkańcy wschodniej Polski z pewnością ucieszą się, że nie muszą lecieć aż do Chicago, żeby zrobić taką samojebkę. Rzeźba inspirowana (bardzo inspirowana) The Bean stoi w chińskim mieście Karmay. No ale chińska wersja ma przypominać bańkę ropy naftowej i jest podświetlona LEDami, więc wszystko jest ok.


















Chicago-style pizza

Mam naukowy dowód na to, że istnieje intuicja. Skąd mogłam wiedzieć, że zakocham się w chłopaku, z którym na obiad w 10-tą rocznicę związku będę jadła pizzę w Chicago?

Można by się kłócić, czy chicagowska deep dish pizza, to jeszcze pizza, czy już tarta, ale po co. Make pizza not war.

Podobno z tym jedzeniem deep dish pizza jest tak jak z jedzeniem rogali świętomarcińskich w Poznaniu. Taka specjalność, a nikt jej nie je na co dzień. Co innego turyści, tym to się da wmówić wszystko.
Żeby stwierdzić, że coś jest najlepsze w kilkumilionowym mieście, musielibyśmy spróbować więcej niż jeden placek od Lou Malnatiego, ale trudno żeby nam nie smakowała pizza zapieczona z podwójną ilością sera, nie?

Szukałam jak mogłam, ale poza pizzą i ponch-kaah-me kulinarnie nic nas więcej w Chicago nie urzekło. Nie mam co polecać, bo chyba nie kawiarni, których nazw już nie pamiętam, tak były nijakie? My byliśmy nastawieni na ostateczne dogodzenie sobie przed powrotem do Polski, a miasto jak na złość miasto strzelało do nas ślepakami. To się nazywa puste kalorie.

Moja miłość do tarasów widokowych jest tak wielka, że potrafię pod nie ustawić plan dnia, żeby tylko załapać się na zachód słońca. Wobec sytuacji pogodowej, jaką zastaliśmy nie było sensu czekać na słońce, bo jak ma zajść coś, czego nie ma?
Było wszystko jedno, o której zameldujemy się na 103. piętrze Willis Tower. Najwyższego budynku w Ameryce Północnej do linii dachu.

Jestem wielka fanką tzw. fun facts, więc pierwsze co robię jeszcze przed sprawdzeniem godzin otwarcia, to google -> chicago skydeck fun facts i wśród rzeczy, których można by się spodziewać typu: najwyżej położone łazienki na zachodniej półkuli, znalazłam też taką perełkę:
Willis Tower opened in 1973 and took 2,000 workers 3 years to build.
Dlaczego mnie to bawi? Bo jest ciąg dalszy.
It took the Ancient Egyptians 20 years to build the pyramids at Giza.

Brawo Ameryko, po raz kolejny udowodniłaś swoją wielkość! Badum-tss.


Przyznam Wam się do czegoś: nie mieści mi się w głowie, że jeziora mogą być tak duże, że nie widać drugiego brzegu. Dla mnie jezioro to jest jezioro, zamknięta całość. Jeden brzeg z jednej strony, drugi z drugiej. Jak brzegu nie widać, to znaczy, że morze. Proszę wziąć poprawkę na fakt, że nigdy w życiu nie byłam na Mazurach.
Dlatego w Chicago miałam mindfuck po całości: jezioro Michigan zaczyna się zaraz za linią wieżowców.
Jest wielkie city i zaraz za nim zaczyna się wielka woda. I ta wielka woda to nie jest ocean. Wypatrywałam drugiego brzegu, a fakt że go nie widziałam, zrzucałam na pogodę – na pewno w słoneczny dzień byłoby widać St Joseph. 70 km w linii prostej stąd. Na pewno.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że dwa kroki od miejsca, w którym staliśmy, jest plaża. Gdybym miała tego dnia wymienić skojarzenia z Chicago, złote piaski znalazłyby się dalej niż na ostatnim miejscu. A jednak! Jak się stanie w odpowiednim miejscu, to Chicago przypomina Miami. Kolejny powód żeby wrócić. Pewnie się nie uda, bo nie wrzuciłam grosika do Jeziora Michigan. Kasia, wrzucisz za mnie? Mogę być grosik winna?

PS: Co oni dosypują do tej wody, że jest taka turkusowa?










Welcome to the Ledge

Dzieci > dorośli.
Jak dorosnę, chcę zostać dzieckiem. Chcę się nie bać, co ludzie powiedzą i bezwarunkowo ufać mądrzejszym od siebie. Chcę wierzyć, że wszystko jest możliwe i że przeszklona półka wystająca poza obrys Willis Tower na pewno nie popęka i nie spadnę 400 metrów w dół.

Nie mam lęku wysokości. Ale mam lęk przed błędami człowieka – dlatego tak ciężko mi przychodzi wsiadanie do kolejek górskich. Jednak niedokręcona śrubka i koniec, nie ma czego zbierać.
Na 103. piętrze Willis Tower w Chicago musiałam mocno nagiąć umysł, żeby zaufać temu kawałkowi zbrojonego szkła.
No powiem Wam, że nie jest łatwo tak wyjść na The Ledge, zwłaszcza że Tomkowi się przypomniały te wszystkie filmy na youtubie, na których pod ludźmi pękało szkło (Chicago Skydeck Glass Cracks, 7/10).
Najtrudniejszy pierwszy krok / Potem łatwo mija szok – i na The Ledge można się kłaść, skakać, patrzeć w dół. To znaczy, jeśli się nie ma lęku wysokości. Nie zmienia to faktu, że postawa tego chłopczyka ze zdjęć mi mocno zaimponowała, ja się, owszem, położyłam do zdjęcia, ale to nie znaczy, że czułam się z tym komfortowo.

Skydeck Chicago @Willis Tower | 23$ (fastpass: 49$) | otwarte codziennie od 9:00 do 22:00












Na każdym wyjeździe są pierwsze razy, na każdym wyjeździe są ostatnie razy. Ostatnie lody, ostatnie wino, ostatnie zdjęcie, ostatni raz oddajemy klucze do mieszkania z Airbnb i jedziemy na lotnisko.

Napisałam już wszystko, zostało mi zakończenie. Stękam nad nim od wczoraj i wystękać nie mogę, więc chyba mogę przyjąć: to nie ma sensu. Innego końca opisu podróży nie będzie.
Najchętniej bym udawała, że to jeszcze nie koniec, że mam jeszcze kilka zdań w zanadrzu – na egzaminach na studiach pod wpływem adrenaliny umiałam wygrzebać z pamięci wiedzę, o którą bym się nie podejrzewała. Ale to nie adrenalina mnie napędza, tylko melancholia. Inna vixa.

Największy problem pierwszego świata, to że z każdego wyjazd trzeba wrócić. Czekam, aż wymyślą na to tabletkę.

W Warszawie na lotnisku witała nas Luiza, za co jeszcze raz dziękujemy. Transparent trzymam do dzisiaj. Może jeszcze się przyda.