Norwegia: Lofoty – ani grama brzydoty

Pozostałe posty z Norwegii znajdziecie TUTAJ. Są z lat 2014-2015, więc ostrzegam – tekst się może nie zestarzał, ale zdjęcia już tak.

Jeśli do plecaka pakujemy suchy szampon i chusteczki nawilżane – to znaczy, że będzie road trip.
Jeśli do plecaka pakujemy suchy szampon, chusteczki nawilżane i słoiki z pulpetami – to znaczy, że będzie road trip w Norwegii.
Jeśli do plecaka pakujemy dodatkowo książeczkę z dowcipami – to znaczy, że będzie road trip w Norwegii z Biegunami.

Już wcześniej byliśmy w Norge, mamy w CV zarówno Trolltungę, jak i Preikestolen. Nawet myślałam, że będzie z tego mała tradycja: zawsze kilka dni latem spędzać na północy. Po dwóch latach formuła się chwilowo wyczerpała, bo Norwegia chociaż piękna, to jednak krajobrazy, które dotąd widzieliśmy były dosyć do siebie podobne. Zieleń, szarość, fiordy, łagodne szczyty. Bajka, ale na dłuższą metę cokolwiek monotonna. Stwierdziliśmy, że rok odczekamy, zatęsknimy.
Zatęskniliśmy tak, że zaczęliśmy z grubej rury: Lofoty!

Ja może wyjaśnię, bo to wcale nie musi być oczywiste: Lofoty to jest archipelag na Morzu Norweskim u północno-zachodnich wybrzeży Norwegii, ciągnący się na długości 112 km od maleńkiej wysepki Røst na południu po wąską cieśninę Roftsundet, oddzielającą go od archipelagu Vesterålen. (PS: na Versterålen też byliśmy)
A bardziej po ludzku: Lofoty to jest archipelag na północy Norwegii za kołem podbiegunowym, który ma wszystko, czego brakuje w krajobrazie południowej części kraju. Czyli tzw. pazur. Na pazur składają się: ostre szczyty, turkusowa woda, dzikie plaże.
Tak myślę, że lepiej nie zaczynać poznawania Norwegii od Lofotów, bo potem nawet Trolltunga może nie zrobić odpowiedniego wrażenia.

Gdzie jest słonko kiedy śpi?

Pobiliśmy kolejny rekord bycia na północy.
Zawsze myślałam, że Lofoty nie łapią się na koło podbiegunowe – że są już blisko, prawie, ale nie do końca. Myślałam, że żeby dostać się za koło podbiegunowe trzeba się bardziej postarać niż wklikać nazwę jednego z lotnisk do pierwszej lepszej wyszukiwarki lotów. Że ląduje się gdzieś mimo że na północy, to nadal na południu i resztę trzeba dojechać psim zaprzęgiem. No więc – nie. Lofoty są dodatkowo w o tyle komfortowej sytuacji, że ociepla je Prąd Zatokowy i latem, nie dość, że jest jasno cały czas, to jeszcze jest ciepło cały czas.

Gdzie jest słonko, kiedy śpi?
No właśnie w tym rzecz, że na Lofotach latem słonko nie śpi.
To jak rozwiązano problem z tym, że słońce wschodzi na wschodzie, a zachodzi na zachodzie, skoro ono nigdy nie wschodzi ani nie zachodzi? Jak to się ma do kierunków geograficznych? Gdzie jest północ? Gdzie jest krzyż? (Północy, oczywiście.)

Jedna pocztówka w sklepiku z pamiątkami wyjaśniła nam więcej niż wywody magistra geografii. A więc tak to działa!

Ponieważ nazwa Lofoty jak mało która nadaje się do rymowania, bez litości dla współpasażerów w samolocie wymyślaliśmy coraz bardziej żenujące rymy, które nawet Skandynawom musiały wydawać się czerstwe.

Pierwsze Lofoty za płoty.
Lofoty nie dla hołoty.
Lofoten na mapie klejnotem.
(Lofoty nie od parady.
– Tomasz Adamski)

Częstochowa się chowa.

Przyleciałam do Norwegii robić pocztówki. Mało ambitnie, ale za to jak odprężająco.
Już sam lot z Oslo i lądowanie w Evenes (lotnisko: Harstad/Narvik) spełniły swoje zadanie. Mam co chciałam, mogłabym wracać do domu.






Lofoty – nie mam już na nie ochoty

A pamiętacie, jak polecieliśmy na Lofoty i zgubili bagaż Artura, w którym był namiot i ciepłe rzeczy i nikt nie wiedział, gdzie on jest ani kiedy przyleci, a potem jeszcze zaczął padać deszcz?

Gdybym opisała całą sytuację i kazała zgadnąć w jakim kraju miałoby to miejsce, na bank sama obstawiłabym na przykład Sri Lankę (i byłby to rasizm).
Takie rzeczy u nas, w Europie? Może na Bałkanach, ale w Skandynawii? Nie może być. W tej krainie sztywnych i zorganizowanych ludzi? Od niedawna wiemy, że jest to też kraina ludzi pozbawionych empatii.

Rozumiem, że bagaże się gubią.
Rozumiem, że nawet jeśli się wylądowało w jednym z droższych krajów świata bez namiotu, to nikogo nie będzie obchodził nasz nocleg (chociaż uważam, że powinien wchodzić w skład niezbędnych rzeczy, których kupno nam przysługuje razem ze szczoteczką do zębów i majtkami na zmianę).
Rozumiem że w centrali SASa nie miga na czerwono telefon, nie ma sygnału dźwiękowego: WSZYSTKIE JEDNOSTKI W GOTOWOŚCI, ZGUBIONO BAGAŻ ARTURA, ale nie rozumiem, czemu spotkaliśmy się z olewactwem, opieszałością i wkręcaniem kitu. Plecak dotarł po dwóch dniach i dwóch nocach spędzonych w aucie – niby żadna tragedia, pod warunkiem, że nie macie problemów z kręgosłupem. A co, gdybyśmy nie mieli auta, tylko autostop?

Opłaty za roaming nie mogły być zniesione w lepszym momencie: gdyby nie naciski telefoniczne, pewnie do dzisiaj bagaż bujałby się w przestrzeni pomiędzy we don’t know where your baggage is a tracking
Szczęście, że trafiło na jedną z silniejszych psychicznie osób w naszej grupie. Oraz na jedyną, której bagaż podlegał ubezpieczeniu od zgubienia.

W ramach wymiany przysług mam dla linii lotniczych SAS nowe copy, za darmo:

SAS. SSIE.

evenes airport
lofoty lotnisko
narvik harstad

Lofoty – polskie płace plus ich ceny równa się kłopoty

Norwegia powitała nas super promką na lotnisku: 2x opakowanie Kinder Bueno za jedyne 55 zł!
Będzie wesoło, myślę.
Przeliczanie na złotówki nigdy nie jest mądrym pomysłem, ale w Norwegii przynajmniej jest zabawnie.

To był nasz trzeci raz w Norwegii, ale nigdy wcześniej nie byliśmy tam w sklepie – po co sobie robić krzywdę? Pulpety w słoiku, kuchenka turystyczna w plecaku – i wszystko do szczęścia (za pierwszym razem nie mieliśmy kuchenki i 3 dni o chlebie tostowym to jest dramat).
Z tymi kosmicznymi cenami to trochę prawda – bez problemu w supermarkecie znajdziesz wafelka za 15 zł, ale też pesto za piątkę. Ciecierzycę w puszce to już w ogóle opłacałoby mi się przywieźć do kraju i sprzedawać na bazarku. Kawę na lotnisku w Evenes piłam tańszą niż na lotnisku w Poznaniu.
Czyli generalnie jest drogo, ale nie musi być abstrakcyjne drogo. Większy szok przeżyłam w Walmarcie w Stanach kupując mleko i paprykę po 10 zł za sztukę.
W Norwegii nasz największy wyskok to kanebolle w Å: 17 zł za (cudownie pachnącą cynamonem) sztukę, kupioną w jedynej piekarni w wiosce, w której kończy się droga na Lofotach. Gdyby te 17 zł zamienić na 4 euro to już nie brzmi tak źle. W Paryżu nie takie rzeczy się jadło i się nie narzekało.

norwegia lofoty
norwegia lofoty
lofoty norwegia

Lofoty – ani grama brzydoty

Droga na Lofoty jest taka prosta, a taka kręta. Na Lofotach zawsze jest za chwilę zakręt.
Czy Tomaszowi to przeszkadzało? Na pewno nie w wyprzedzaniu, o co toczyłam z nim ciężkie boje. Poszło nawet na pięści.
Do Å (miejscowość o najkrótszej nazwie na świecie) nie da się nie trafić, wystarczy jechać prosto drogą E10 do końca, 300 km. Na końcu jest parking i miejsce do zawracania, żeby przeżyć to jeszcze raz.

Plan zakładał, że dojeżdżamy do Å i przez kolejne dni się cofamy, ale w planie nie ujęłam awantury o bagaż, więc w stronę końca świata ruszyliśmy później niż zakładaliśmy.

Po wjeździe na Lofoty zaczęły się widoki i nie odpuściły do ostatniej minuty. Na Lofotach zawsze jest jakaś linia brzegowa, most, góry na horyzoncie. Najchętniej z Anią piszczałybyśmy, żeby na każdym zakręcie robić fotostop, ale nie miałyśmy większości parlamentarnej w samochodzie, więc musiałyśmy zadowolić się porozumiewawczymi spojrzeniami pełnymi smutku. Albo zdjęciami z jadącego auta – raz ja opuszczałam szybę, raz Anka. Najczęściej trafiałyśmy wtedy na drzewo albo barierki w kadrze. Także tego.
Drogi na Lofotach są w dobrym stanie, ale przydałoby się więcej zatoczek do robienia zdjęć. W pewnym sensie rozumiem Norwegów – żeby zadowolić wszystkich, trzeba by zrobić dodatkowy, 300-kilometrowy, pas postojowy wzdłuż całej drogi.

Na Lofoty wjechaliśmy około północy i takie mieliśmy powitanie. Midnight sun w najlepszym wydaniu.

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

Lofoty – niemieckie dla ucha pieszczoty

Dużo się mówi o odpowiedzialności blogera, a jednak to, co teraz zrobię, będzie skrajnie nieodpowiedzialne. Ale przynajmniej ostrzegałam.

Uwaga, ten link zmieni Wasze życie. Być może na gorsze. To, co usłyszycie, już na zawsze zostanie w Waszych głowach.

A czemu w ogóle o tym piszę? Miał być wpis o Lofotach, a jest o kolesiu, który śpiewa po niemiecku i wygląda jak Twój najbardziej obleśny wujek z dzieciństwa, a dorastałeś w latach 80-tych XX wieku.
To dlatego, że dyskografia Alexandra Marcusa to był nasz soundtrack do jazdy przez norweską północ. Nie Sigur Ros, nie Bjork, tylko piosenki o hawajskim toście. Na nasze (teraz już i Wasze) nieszczęście, bardzo chwytliwe.
Nawet wyobrażałyśmy sobie z Anką taką sytuację: mieliśmy wypadek, auto w rowie, ciała jeszcze ciepłe, koła jeszcze się kręcą. A z głośników jeszcze słychać: pitschi-pitschi popo, pitschi-pitschi popo.
Kurtyna!

Kim jest Alexander Marcus? Chcę wierzyć, że to osoba, która bardzo konsekwentnie robi sobie jaja z niemieckiej Schlager Music – ale najgorsze jest to, że on podobno nigdy nie wychodzi z roli. Więc jeśli to wszystko: ten globus, różowe ogrodniczki, brylantyna na włosach, nie jest żartem, to znaczy że my naprawdę polubiliśmy mieszankę niemieckiego disco polo i techno. I wtedy ten się śmieje, kto się śmieje ostatni – i tym kimś nie jesteśmy my, chociaż tak nam wesoło, kiedy oglądamy po raz dwudziesty Hawaii Toast Song na youtubie.

Nauka zna 4 stadia znajomości Alexandra Marcusa:
1. Ktoś puszcza Ci Papayę na youtube party. Nie wiesz, czy bardziej cię to brzydzi, czy śmieszy. Już starczy, prosisz, żeby wyłączyć, ale nie – przecież musisz jeszcze zobaczyć Hawaii Toast i Hundi!
Jesteś zniesmaczony, ale Twoi znajomi się najwyraźniej jarają nażelowanym kolesiem z globusem pod pachą. Czas zmienić znajomych, myślisz. A tacy wydawali się fajni, myślisz.
2. Pokazujesz Hawaii Toast (piosenka o robieniu tosta z szynką i ananasem) rodzinie i kolegom z pracy – patrzcie, jaki dziwak. Nie uwierzycie, co za kolo. Zaczynasz nucić. Dla żartu oczywiście. Wstajesz, a w głowie leci Ci: Papaya, papaya, coconut banana (PS: to jest piosenka o utopijnym kraju, w którym rządzi księżniczka i miłość). Kładziesz się spać, śpiewasz Disco la Cola.
3. Dochodzisz do wniosku, że to całkiem porządny electropop. Bity Alexandra rozpoznajesz już po dwóch nutkach. Pytasz znajomych, którzy jeżdżą na Audioriver, czy Alexander mógłby tam wystąpić.
4. Tańczysz Homo Dance na szczycie góry w Norwegii. Bez żenady. Ale trochę się boisz, że wideo wycieknie do sieci.
(5. Jedziesz na koncert do Niemiec?)

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

lofoty norwegia
lofoty norwegia

Lofoty – spakuj trapery, nie klapki Kuboty

Lofoty to góry. (I morze. I fiordy. I suszone ryby. I czerwone domki. Naraz.)

Ergo: dzień bez dwóch szlaków to dzień stracony. Dzisiaj skupię się bardziej na wrażeniach okołolofotowych, a trochę więcej mięsa: o samych szlakach, Norwegach, norweskich owcach obiecuję opisać w kolejnych odcinkach.

Dość powiedzieć, że ile gór na Lofotach, tyle szlaków. I że nie ma nic za darmo: na Lofotach zawsze trzeba najpierw dużo się namęczyć, żeby dużo zobaczyć. Za darmo to najwyżej w ryj można dostać. Widoki z poziomu morza są atrakcyjne, ale dopiero te z góry miażdżą.

Pierwszy raz pamiętaliśmy, żeby spakować do plecaka kijki trekkingowe i już wiem: tyle lat po górach chodzimy, a mogliśmy się przestać męczyć wcześniej. Jest życie przed i po kijkach trekkingowych.
Odpędzam od siebie myśl, że kolano wysiadło mi właśnie wtedy.

I. Glomtinden.
Niedługi (2-3 godzinny round trip – ale nie doszliśmy do końca), nietrudny szlak; zaczyna się zaraz za miejscowością Henningsvær.
Malowniczość:
Ania: 7/10
Tomasz: 7/10
Ja: 7/10
Artur: brak oceny
(nie był, musiał pracować; żeby mu nie było przykro, nie pokazywałam zdjęć)

Średnia: 7
Mediana: 7

Polecamy!

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

Już myśleliśmy, że to leci helikopter z Artura plecakiem, ale jednak nie.

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

Śnieg na szczytach, piasek złoty – to chyba Lofoty

Tak, karaibskie plaże to drugie naturalne dziedzictwo Lofotów. Woda jest turkusowa jak trzeba, piasek bialutki i tylko palm brakuje. Tam, gdzie rosłyby palmy, wyrastają pionowe ściany. Jak dla mnie to lepiej.
Czy woda ciepła? Nie sprawdzałam, musiałabym zdjąć kurtkę, żeby się wykąpać. Najlepiej zapytać jakieś norweskie dziecko, one biegały w kostiumach kąpielowych.

Najlepiej podsumowała temat Ania:

Ej, dziwnie tak chodzić po plaży w butach trekkingowych, co?

Na Lofotach plaż jest o wiele więcej niż te, które widzieliśmy, ale jako umiarkowani entuzjaści odpuściliśmy najpiękniejsze – i jednocześnie takie, do których dotarcie wymagałoby wysiłku (popłynięcie promem, spacer 3 km pod górę) – jeśli mamy się spocić, to raczej żeby wejść na szczyt niż dojść na plażę.
Ale wiedzcie, że poleca się też plaże: Bunes, Horseid i Kvalkvika.

A na zdjęciach widzicie plażę Eggum (zdjęcia 1 – 4), Haukland (5-10), i Uttakleiv. Przy plaży Haukland dodatkowo jest dobre miejsce na camping – stoi toaleta i kran z bieżącą wodą.

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

Lofoty – ale tych Norwegów trzymają się psoty

Szlak Offersøykammen. 1,5h round trip. Tutaj mapa.

Ach to słynne norweskie poczucie humoru. Bardzo abstrakcyjne, bawiło nas do końca wyjazdu.
W internecie szlak opisano jako sunday walk. Przebieżka po obiedzie. Spacerek przed snem. Jutro poniedziałek, idę do pracy na 7 rano, ale przejdę się jeszcze z psem na pobliski szczyt, 400 m.np.m. zanim wypiję kawę.

Ja sobie niedzielny spacerek wyobrażam trochę inaczej niż godzina stromo pod górę. Nie chodzi o to, że nam ciężko wejść. Chodzi o to, że opis sugerował coś lżejszego. Ale nie gniewam się, bo na górze czeka nagroda. Prawdziwa nagroda, a nie tak jak mi babcia mówiła, że jak zjem całą zupę… a niespodzianką okazywał się kogutek namalowany na dnie talerza.

Do prawidłowego odbioru nagrody należy uszykować bardzo szerokokątny obiektyw. Przynajmniej 18 mm. Ja miałam 35mm i to było za dużo.

lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia
lofoty norwegia

Na dzisiaj tyle, napięcie niech rośnie stopniowo.
Nie wiem czy w następnym odcinku też będą rymy, ale suche żarty w formie zagadki – jak najbardziej.

[spoiler]
Co mówi do siebie dwóch Beduinów na pustyni?
.
.
.
– CIEŃ DOBRY.

[/spoiler]

norwegia lofoty
norwegia lofoty