Uprzejmy jak Japończyk

Pozostałe posty z Japonii znajdziecie TUTAJ.

Jak żyć, skąd czerpać informacje o Japonii, skoro czego byśmy nie przeczytali, i tak nigdy nie poznamy Japończyków? Przynajmniej takie jest ich zdanie na ten temat.
No to mamy problem, bo wszystko, co czytałam o Japonii napisały białasy z Zachodu. A im więcej się czytało, tym mniej wesołe wnioski. Pojechać do Japonii jako turysta z aparatem na szyi – TAK. Mieszkać na mniej lub bardziej stałe – NIE.
Próbowałam dostać się do nich od wewnątrz – przez literaturę piękną (dobrą listę znajdziecie tutaj) i znalazłam depresję, tęsknotę za uczuciem, oderwanie od rzeczywistości.
I tak niewesoło, i tak niewesoło.

Niby nowy, wspaniały świat, PKB pod sufit, za oszczędności by kupili nasz kraj i jeszcze zostałoby na Czechy, najwyższa średnia długość życia – a wystarczy chwilę poczytać i znajdą się takie kwiatki jak:

– niechęć wśród młodych ludzi do stałych związków, żeby nie powielać tradycyjnych ról rodziców: salarymana i kury domowej.

– pracoholizm – w japońskim istnieje specjalne słowo oznaczające śmierć z przepracowania. Podobno w Japonii nikt jeszcze nigdy nie wyszedł z pracy przed swoim szefem.

– czytałam o hikikomori – osobach, których reakcja obronną na życie jest zamknięcie się w swoim pokoju i ograniczenie kontaktu innego niż przez internet do minimum. Znalazłam statystyki, według których więcej osób w Japonii miało popełnić samobójstwo niż zginąć w wypadku samochodowym.

– demolka środowiska naturalnego w postaci megainwestycji za państwowe pieniążki. Po co zostawić jak jest, skoro można wybetonować, dać ludziom pracę, zgarnąć pieniądze za odpowiednie pozwolenia i pieczątki?

– ksenofobia. Nie mam jak zweryfikować, czy to prawda: ale Japończycy czują się tak wyjątkowi, że aż nie można wprowadzić tam do obrotu leków które nie byłyby testowane na Japończykach. A jeśli na cudzoziemcach, to tylko takich, którzy mieszkają w Japonii.
PS: wiedzieliście, że obcokrajowiec nie może uzyskać japońskiego obywatelstwa choćby skały srały? Teoria (zachodnia) mówi, że to kompleks wyższości ma zakrywać kompleks niższości.
Co ciekawe, nie dostanie go też Koreańczyk, który mimo że urodził się tu w drugim pokoleniu i najpewniej nie umie już po koreańsku, to też jest gaidzinem. Trochę bardziej swoim, śmiało można na niego zrzucać uprzedzenia.

– biurokracja i silna hierarchizacja społeczeństwa.

– nisko ceniona rola kobiet w społeczeństwie. Brak szacunku dla kobiet słychać nawet w języku. Przegrany pies, niesprzedany towar – tak się mówi o kobietach, które do trzydziestki nie wyszły za mąż, w związku z tym już się do niczego nie nadają. Nie to, co panowie.

– bullying w szkołach, nietolerancja. Ta sama Japonia, którą podziwialiśmy, że tak szybko stanęła na nogi po trzęsieniu ziemi w 2011, odtrąca i dyskryminuje osoby, które pochodzą z Fukushimy. Bo są radioaktywne i zarażają.

Trochę zaczynam rozumieć popularność infantylnych gier, mangi, salonów pachinko. Też bym szukała drogi ucieczki.

A potem wysiadasz na stacji metra w Tokio. I nie widzisz ludzi-robotów. Widzisz ludzi trzymających się za ręce, ludzi z nosem w komórkach, ludzi przysypiających w wagonie, głowa oparta na ramieniu sąsiada; ludzi żartujących i śmiejących się. Fakt, nie za głośno, ale nadal.
Czy traktowali nas z góry? Na szczęście, Japończycy są na tyle uprzejmi, a nasze codzienne kontakty z nimi na tyle powierzchowne, że w żaden sposób nie dali po sobie poznać, że uważają nas za gorszych. Uff!

Z drugiej strony:

kiedy potrzebujesz pomocy, Japończyk rozkręci na części maszynę do biletów na stacji albo weźmie od Ciebie akwarium z żywym rakiem, które ktoś zostawił w pociągu i nie wiesz co z nim zrobić (obie historie są prawdziwe). Z uśmiechem – i jeszcze podziękuje.
Japończyk nigdy nie rzuci papierka na ulicę. Nigdy nie będzie pchał się w kolejce. Zawsze ma wyciszony telefon w metrze, żeby nie przeszkadzać innym.
Nigdy nie nadepnie Ci na buta, nawet w największym ścisku. W wagonie metra Japończycy włączają stealth mode. Kilkadziesiąt osób naraz udaje że ich nie ma. Miałam wrażenie że nawet w największym tłoku są w stanie nie dotykać się nawzajem. Jak się czuje słoń w składzie porcelany? Mniej więcej jak białas w tokijskim metrze w godzinach szczytu.

Czy to ich złote serca i wysoka kultura osobista, czy odruch – wyuczony, ale bezwarunkowy?

Wiemy, że nic nie wiemy. Problem polega na tym, że się nie dowiemy – bo żeby dotrzeć do Japończyka, trzeba by pokonać mur językowy i przepłynąć fosę nieśmiałości. Serio, przez bite dwa tygodnie ani razu nie udało nam się z nikim porozmawiać.

Czytałam, że Japończycy potrafią być cudowni, ale żeby się o tym przekonać, należy by zjeść z nimi beczkę soli. Codziennie przez kilka lat.
Dla nas pozostali uprzejmi, ale całkowicie nieprzeniknieni. Jakbyśmy próbowali zajrzeć do wnętrza przez mleczne szkło.

koinoboori japonia

Po tym wstępie, dłuższym niż wypowiedź pisemna na maturze (674 słowa), przechodzimy do zwiedzania Tokio. Dziś, proszę wycieczki, kilka bardziej i garść mniej znanych atrakcji w Tokio. Może nie załapałyby się do planu zwiedzania Tokio w 48 godzin, ale Tokio w tydzień już tak. Na krócej i tak nie ma sensu jechać.

Załóżmy, że odwiedzacie Japonię w pierwszej połowie maja. Dwie rzeczy będą Was zastanawiać:
1. Serio, nie ma już ani jednej kwitnącej wiśni? (Serio, ale jak się pospieszycie, to załapiecie się na wisterie – nie obijajcie się jak my)
2. Czemu przy niektórych domach powiewają kolorowe proporce w kształcie ryb? Czemu jedne są większe, a inne mniejsze? Czemu przy jednym domu wiszą 3 proporce, a przy innym – pięć? Jeśli w Japonii obchodzi się dzień toalet, to nie widzę, dlaczego nie można świętować dnia ryby płynące na wietrze.

Odpowiedź brzmi: 5 maja. Dzień Dziecka.
W tym dniu rodzice modlą się o zdrowie i pomyślność dla dzieci, a dzieci dziękują rodzicom za wkład wniesiony w ich wychowanie. Win-win.
Na domach wiesza się proporce (koinobori) w kształcie karpia – stworzenia tak silnego, że jest w stanie płynąć pod prąd (czy tylko mnie to bawi? W Japonii ze wszystkich wartości najmniej cenione jest właśnie bycie pod prąd). Największy karp, w kolorze czarnym = tata. Czerwona lub różowa jest mama (oczywiście), a każdy kolejny to dzieci. Im dziecko młodsze, tym mniejszy jest koinobori. Im więcej, tym więcej dzieci w domu.

koinobori japonia
koinobori tokio
japonia koinobori
japonia koinobori
japonia koinobori
japonia koinobori

Jak kopiować, to z rozmachem – Tokyo Tower byłaby bardzo podobna do wieży Eiffela, gdyby nie to, że jest (oczywiście) kilka metrów wyższa i czerwona, w kolorze international orange i obwieszona antenami. Czemu 400 metrowa wieża musi być pomalowana na pomaranczowo ze względu na przepisy lotnictwa, a 600-metrowa nie – pozostaje zagadką.
Chcieli lepiej, ale wyszło gorzej – tym bardziej, że o ile wieża Eiffela góruje nad zabudową Paryża, o tyle z daleka Tokyo Tower wygląda jak miniatura z klocków lego na tle wysokościowców.

Tarasy widokowe są dwa: na 150 i 250 metrach, ale jak ktoś już raz oglądał miasto z 350 i 450 m (Tokyo Skytree), to już nie będzie tak chętnie płacił za bilety żeby wejść gdzieś niżej. Ale jeśli ktoś był i uważa, że warto – to jest Wasz moment, dajcie znać.

tokyo tower
tokyo tower
tokyo tower

Myślę, więc jestem. Idę, więc się rozglądam.
Jak akurat nie szukam potencjału na zdjęcia, to po prostu sobie patrzę: na ludzi, budynki, pod nogi, w niebo. Z takiego rozglądania się mogą wyniknąć tylko dobre rzeczy: można na przykład znaleźć cukierka (jeszcze w papierku), albo w szyldozie Tokio wypatrzyć logo Maison Landemaine.

Nie wiem, czy jest tu ktoś, kto pamięta posty z Paryża (marzec 2015) i nasz zachwyt na kakaowymi bułeczkami z tej piekarni. Wystarczy, że ja pamiętam – i że po dwóch latach, zupełnym przypadkiem mogłam dziubać je znowu, okruszek po okruszku.

Maison Landemaine Tokyo | codziennie od siódmej rano | bagietki o smaku matchy też mają | Roppongi, 3 Chome-1-5 Azabudai, Minato, Tokyo 106-0041

Jakby moja mina nie była wystarczająco śmieszna, można jeszcze policzyć ile odcieni włosów widzicie na jednym zdjęciu.


tokyo tower
tokyo tower
tokyo tower
tokyo tower

Po czym poznać, że zbliżamy się do stacji metra / Japan Rail w Tokio? Po jedzeniu. Najpierw widzisz małą gastronomię na małej gastronomii, a potem słyszysz huk pociągu. Jak podczas burzy: najpierw błysk, potem grzmot. I nawet jeśli nie jesteś głodny, to zaraz będziesz. Nas skusiły curry noodles spod wiaduktu przy stacji Yurakucho.

Japońskie curry różni się od curry z Indii – mniej pikantne, bardziej słodkie. Smaczny i bezpieczny wybór dla całej rodziny, pokochają je nawet najmłodsi. Jeśli ktoś ma alergię na obce smaki, to kare raisu pomoże mu zasmakować lokalnej kuchni. Zazwyczaj da się je kupić w cenie poniżej średniej: 500-700 jenów (16-23 zł).








Na wykazie świątyń w Tokio Senso-ji występowałaby na pewno jako: ta z lampionem, ta czerwona, albo ta zatłoczona.
Gdyby nie zniszczyły jej amerykańskie bomby (PS: wiecie, że w Japonii o II wojnie światowej uczą na zasadzie: oni nas, a my ich – nigdy w życiu), to byłaby najstarsza świątynia w kraju. A tak, Wasi rodzice są starsi od świątyni Senso-ji. Też robicie sobie z nimi tyle zdjęć?

Nie zdziwiłabym się, gdyby to była najbardziej bogato zdobiona świątynia w kraju. A już na pewno najczęściej odwiedzana – selfie pod 4-metrowym lampionem samo się nie zrobi!
Może nie musiałam walczyć o dostęp do tlenu, ale w spokoju też sobie zdobień nie poogladałam.

Niemniej, warto wyjść na chwilę ze strefy alternatywnych atrakcji Tokio – zobaczyć Senso-ji – i zaraz do niej wrócić.

PS: nasze pierwsze podejście do okonomiyaki było naszym ostatnim. Nigdy więcej, wolę czerninę.

senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio
senso ji tokio

Z serii: mniej znane miejsca w Tokio, o których piszą blogerzy więc za chwilę przestaną być mniej znane: chram Imado.

Podoba mi się czysto użyteczne podejście Japończyków do religii – chcę dostać piątkę na egzaminie, to idę do odpowiedniej świątyni i o nią proszę. Wylosowałem złą wróżbę – nie będę jej zabierać do domu, zostawię w świątyni, to się nie spełni. Chcę przyciągnąć trochę szczęścia – idę do chramu Imado pokłonić się przed wielkimi maneki-neko.

Maneki-neko. Jedna z niewielu pierdółek, które są na tyle urocze że decyduję się je przywieźć jako pamiątkę z podróży (akurat nasz jest ze Stanów) (ale z Japantown).

Wystarczyło kilka zdjęć w internecie (a na nich: morze białych plastikowych kotów – jak hatifnaty, tylko kawaii i na żywo) i już przypięłam pinezkę na mapie.
Na miejscu niby wszystko się zgadza, ale czegoś brakuje. Zamiast setek figurek kotów z uniesiona łapką, są dwie duże. Już nie wyglądają tak uroczo, tylko całkiem groźnie.

No trudno, może te małe zabrali do czyszczenia. Albo przyszedł maneki-pies i uciekły.
Wyjaśnienie znalazłam tutaj: ogladaliście Prestiż? Christianów Bale’ow było dwóch i świątynie poświęcone maneki-neko też są w Tokio dwie.
Chram Imado i świątynia Gotokuji.

imado jinja
imado jinja
imado jinja
imado jinja

Wszystkie punkty z programu dnia odhaczone, a noc jeszcze młoda. Co robić, mamy jeszcze siłę na przejście kilku kilometrów. Patrzymy – a tam oldskulowy salon do gry w pachinko. Właścicielka mówiła, że to taki pierwszy w Tokio, że działa od 50-lat – nie wiem czy to prawda, ale gdybym była nią, mówiłabym turystom tak samo.
Za 300 jenów (10 zł) dostaliśmy dużo szklanych kulek. Naszym zadaniem było je przepuścić przez maszynę tak, żeby wyleciało jeszcze więcej szklanych kulek.

Nikomu nie zależało, żeby nas wydoić z kasy. Wygrywaliśmy kulki dość często, a nawet jeśli nie, to właściciel po prostu nam je dosypywał.

Taka retro urocza ciekawostka.

Mimatskuan Smart Ball | Asakusa 2-9-1 | otwarte tylko w weekendy, więc tym bardziej czuję, jakbyśmy przypadkiem wygrali życie (i dużo szklanych kulek)

pachinko japonia
pachinko japonia
pachinko japonia
pachinko japonia

Shibuya = shopping. Gdy jesteś w Rzymie, czyń jak Rzymianie. Ładną spódnicę sobie przywiozłam.

Shibuya = love hotels. Wykładnia książkowa brzmi następująco: nie należy mylić love hotels z burdelami. Jakbyście mieszkali w mikromieszkaniach z papierowymi drzwiami, to też byście woleli wynająć na godziny pokój z królewskim łożem w kształcie serca. Albo statku kosmicznego. Albo bolidu formuły 1. Z baldachimem.

Po czym poznać love hotel (sorry że trzymam się angielskiej nazwy, ale Hotel Miłości brzmi jak ctrl+v z redtube’a)? Bo wygląda jak z innej planety: może być zamkiem, statkiem, kościołem. Nikt Wam nie napisze, że tu można uprawiać seks na godziny, ale jeśli widzisz nazwę Boutique Hotel, to wiedz, że coś się dzieje.

Podobno, ale tylko podobno, love hotel to niedroga opcja na nocleg jeśli się zameldujemy późnym wieczorem. Chciałam spróbować, ale zabrakło mi tej samej odwagi, której nie miałam już w Gruzji, żeby pójść do łaźni. I tak samo jak po Gruzji – żałuję.

love hotel hill shibuya
love hotel hill shibuya
love hotel hill shibuya
love hotel hill shibuya

Shibuya = The Scramble.

Nie ja pierwsza i nie ostatnia byłam pewna, że na słynnym skrzyżowaniu zrobię jakieś słynne zdjęcie, wygram słynną nagrodę, która mnie ustawi do końca życia. Brutalna prawda jest taka, że:
– z poziomu ulicy wygląda to jak najzwyklejsze przejście na świecie. Dużo ludzi na raz, może faktycznie więcej niż rano w Poznaniu na Teatralce, ale naprawdę nie widziałam, czym się tu podniecać, pasy jak pasy. Fail.
– więc Starbucks. Ten słynny Starbucks, do którego przychodzi się raczej zrobić zdjęcie przez szybę niż faktycznie wypić kawę. Na stolik przy oknie zawsze czeka trochę sępów, ale nikt Wam nie powie, że:
a) jak świeci słońce to nie da się tam wysiedzieć. Fail.
b) szyby nie są pierwszej czystości. Fail.
c) widok jest dobry, ale nie idealny, przez które okno byście nie patrzyli, zawsze coś zasłania. Fail.
d) pierwsze piętro to zwyczajnie za nisko, żeby ustrzelić coś ciekawego. Fail.

Tylko ja Wam to powiem. Nie ma za co!
I najgorsze: to nie jest tak, że na innych skrzyżowaniach w Tokio nie puszczają ruchu w kilku kierunkach na raz i że doświadczacie czegoś absolutnie wyjątkowego w skali światowej. Przykro mi.

I nie o każdej porze dnia i nocy jest tam tak samo tłoczno. Wiem, bo 2 razy próbowałam zrobić zdjęcie, jak dwie armie białych kołnierzyków nacierają na siebie – i 2 razy zawiodłam. Jeśli nie udało mi się przed dziewiątą i przed 10 rano, to chyba znaczy że ci ludzie po prostu nigdy nie wychodzą z pracy, żeby nie musieć do niej przyjeżdżać.

Alternatywnie The Scramble można podziwiać z pierwszego piętra dworca Shibuya (nie trzeba mieć biletów na przedstawienie) – i z kawiarni l’Occitane.

shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya skrzyżowanie
shibuya tokio
tokio shibuya
tokio shibuya
tokio shibuya

Z serii mniej znane punkty widokowe na Tokio: Shibuya Hikarie. Sky lobby na 11-stym piętrze. Stąd zobaczycie całą Shibuyę, łącznie ze słynnym skrzyżowaniem. Za darmo i bez tego uczucia zażenowania, które towarzyszyło nam kiedy odwiedziliśmy inny punkt widokowy – aby się do niego dostać, musieliśmy przejść przez salę w urzędzie, na której pracowało kilkadziesiąt Japończyków.
Nie, w Shibuya Hikarie po prostu wysiadasz z windy na 11-stym piętrze i jesteś na miejscu.







Z serii mniej znane hipsterskie miejsca w Tokio: Log Road Daikanyama.
To już druga próba skopiowania nowojorskiego High Line Parku (weźmy nieużywane tory kolejki naziemnej i zróbmy tam park + craft beer & designer stores) poza granicami Nowego Jorku – i druga nieudana. W Paryżu na Promenade Plantee nie podobało mi się wcale. W Tokyo na Log Road być może podobałoby mi się bardziej, ale zanim zdążyłam się rozejrzeć, park już się skończył. A zrobiliśmy przerwę na pączka ( Camden Blue Star Donuts, jeden z niewielu pączków, które propsuję – normalnie wolę drożdżówki). Powiem tak: jeśli macie po drodze, to wpadnijcie. Jeśli nie, to nie.

log road daikanyama
log road daikanyama

Najlepsze selfie na mieście? Plaza Omotesando.
Najbardziej hipsterski taras na dachu na mieście? Plaza Omotesando.
To mamy już dwa powody, żeby się przejść przez zatłoczone Harajuku jeśli akurat nie mamy zamiaru wydać milionów monet na ciuchy.

Selfie w lustrach nie zrobiliśmy, ale kawa ze Starbunia na dachu o zachodzie słońca wjechała.
Bardzo nam tam było nowojorsko. Bananowa młodzież, cherry pie frappuccino i wieżowce.

plaza omotesando tokio
omotesando tokio
omotesando tokio
omotesando tokio
omotesando tokio
omotesando tokio

Obrazkową instrukcją układania serduszka z palcami (kto by pomyślał, że to taka trudna sztuka. Jak zwijanie języka w trąbkę – albo się to umie, albo nie) żegnam się z Wami czule. I pomyślałam, że dla przełamania tokyo story następny post z Japonii będzie o wizycie w Disneylandzie. Co nie znaczy, że będzie to następny post na blogu. Are you with me?

Innej odpowiedzi niż HELL YEAH nie uznaję.