Babie Góry (Stołowe)

Posty o górach zimą znajdziecie TUTAJ.
A podobną wycieczkę pod Górach Stołowych już kiedyś robiłam. Jeśli jesteście ciekawi, jak pisała/jakie zdjęcia robiła Nieśmigielska 4 lata temu, to kliknijcie tu. Będzie zabawa.

Mi się wydaje, że chłopakom się wydaje, że dziewczyny to są trochę głupie i sobie nie poradzą.
Że jak się je puści same w góry, to dwie się zgubią na oznakowanym szlaku, dwie założą obcasy i będą płakać że je nogi bolą, jedna w ogóle będzie gotowa dopiero w południe bo musi się umalować, ale to nieważne – przecież i tak nie dojadą. Po drodze trafią na wyprzedaże i shopping się przedłuży do wieczora.

No… nie.

Ale i tak niezła ironia, że o terminie kobiecego wyjazdu zdecydowała męska konferencja. Ale po kolei.

Babski wyjazd w większym gronie marzył mi się odkąd byłam w styczniu na babskim wyjeździe w mniejszym gronie.
28 lat na tym świecie i dopiero ostatnio doceniłam dziewczyńską solidarność. Kiedyś myślałam, że nie da się kolegować z dziewczynami tak, żeby to było zazdrość-free, bez porównywania się. Ale kiedyś byłam nie najszczuplejszą, nie najładniejszą nastolatką, która ćwiczyła całowanie na regale z książkami (true story).
PS: jeśli są tu jakieś niepewne siebie dziewczyny w wieku 12-18 lat, to wiedzcie, że w takiej właśnie dziewczynie zakochał się fajny chłopak z mat-fizu. Najważniejsze jest, co macie w głowie.

Teraz – po dwudziestce, a przed trzydziestką – kiedy relacje ze sobą i z innymi mam poukładane, dziewczyńskie spotkania są jak rozgrzewający plaster. Jest ciepło i jest wspieranie się.
Nie, nie przebieramy się w piżamy i nie malujemy paznokci przeglądając gazety o modzie.
Raczej zakładamy buty trekkingowe i idziemy w góry.

Założenie było proste – zebrać kilka fajnych dziewczyn i wyjechać w miejsce, gdzie fotki same się robią. Łatwo powiedzieć, trudniej zrobić, bo rok ma tylko 52 weekendy. Może lipiec? Może wrzesień?
Zrozumiałam, że bez ofiar w ludziach się nie obędzie – zawsze ktoś nie będzie mógł jechać. Trzeba było zagrać krótką piłką: jeśli życie daje Ci męża, który jedzie w góry na kolejną konferencję dla nerdów, z której przywozi te brzydkie koszulki – zrób z tego babski wyjazd. I weź psa.


Mi się wydaje, że chłopakom się wydaje, że jak dziewczyny wyjechały gdzieś same, to tylko po to, żeby każdy mężczyzna mógł je zagadnąć. Tak jak ten pan na Szczelińcu:

Co to jest? Klasa pięknych dziewczyn chodzących nocą po górach?

Nie, proszę pana. To klasa pięknych, inteligentnych i utalentowanych dziewczyn, chodzących nocą po górach. Bolało, jak spadałyśmy z nieba.

Czułam się jak w girlsbandzie z castingu. Każda z nas była inna, każda miała swój talent, a wszystkie się uzupełniały.

Udział wzięły:
Kinga i Paulina. Obie znacie doskonale, a jeśli nie, to znaczy, że urodziliście się wczoraj, nic nie poradzę.
Marina Furdyna – tak czułam, że jak wrzucę last call na fejsa na dzień przed wyjazdem, to Marina z nami pojedzie. I dobrze, bo to ziomek, jakich mało i mój kompan do palenia fajeczek na stacjach benzynowych.
Alicja, która pomimo że maluje obrazy, to nadal przebywa w cieniu swojego psa. Więcej o Ali możecie dowiedzieć się z tego filmu, zachęcam.
Martynę możecie wynająć jako osobistego trenera z prawdziwego zdarzenia. Takiego, który spojrzy najpierw na wyniki Waszych badań, zanim cokolwiek powie, a i myślę, że od czasu do czasu pozwoli Wam zjeść kawałek ciasta i wytłumaczy, że świat się od tego nie zawali.
Kachę możecie wynająć jako pilota rajdowego. Nie zmyślam!
Jestem tak zafascynowana tym faktem, ale tak mało wiem na ten temat, że jak Tomasz usłyszał, jakie pytania jej zadawałam, robił facepalm za facepalmem. Ale skąd miałam wiedzieć, że autem rajdowym nie można jeździć po ulicach?
Teraz za karę, kiedy jadę jako pasażer, Tomasz musi słuchać moich krzyków: Lewy cztery. Hopa! Dobrze. Czego walisz dacha?

Wspólne selfie pożyczyłam z bloga Pauliny.

PS: Po raz kolejny Paulina rozminęła się na zakręcie życia z Tomaszem. Jak ją przekonać, że ten człowiek naprawdę istnieje, że to nie jest mój wyimaginowany mąż? Czy ktoś z Was mógłby to potwierdzić?








Kojarzycie jak w Top Gearze niektóre gwiazdy zapraszało się dla beki, żeby kręciły kółka na torze? To ja.
Mylę Audi z audio i nie wyłączam świateł, jak gaszę silnik. Dlatego współczułam Katarzynie, że musi ciągnąć za sobą ogon w postaci osoby, której najmniejszym przewinieniem było niepamiętanie, żeby wyłączyć światła w obszarze zabudowanym, a największym – wjechanie na czerwonym świetle na przejazd kolejowy.
Więc nie powiem, że jeździłam like a boss, bo zapomniałam wystawić łokcia za szybę, ale to Audi (Audio?) na górskiej krętej drodze (jadące 40 km/h… ) samo się nie wyprzedziło!

Nawigację ustawiłam na Skalne Miasto w Adršpach. Dobry wybór.

Właściwie czesko-polskie okolice na Dolnym Śląsku znałam (kolonie w Lewinie Kłodzkim, lipiec 2002). Ale w Skalnym MIeście w Czechach miałam debiut. Swoją drogą, mam żal do kierowniczki kolonii – zabrała nas do Nachodu a nie zabrała nas do Adršpach? Serio?

Jak zwykle tam, gdzie mam wyrazić swój zachwyt, kończą się słowa, a zaczynają zdjęcia. Jak to dobrze, że piaskowiec jest miękką skałą i daje się łatwo modelować warunkom atmosferycznym. Jak to dobrze że powstały Adršpašskoteplické skály.

Nie wspinam się, ale widziałam, jak dziewczynom, które się wspinają, świecą się oczy.

Byłyśmy tylko my, norweski rap z telefonu Pauliny i poranne słońce.
3 godziny później, byłyśmy my, setki ludzi i przedpołudniowe słońce.
To dlatego do Adršpach warto przyjechać jesienią przed szóstą rano. To będzie najmądrzej zarwana noc w Waszym życiu.

PS: Jak dorosnę, zostanę właścicielem ziemi pod parking w turystycznym miejscu. Na banknocie dwudziestozłotowym powinien znajdować się nie Bolesław Chrobry, ale dowolny cieć parkingowy. Też z wąsem.













Na tym etapie posta na pewno zastanawiacie się: co to za piesek, taki ładny?

To celowy zabieg, żeby wzbudzić Waszą ciekawość.

Pies, który jeździł koleją jest nikim wobec psa, który w plecaku wspinał się po górach.
Gdyby pies, który jeździł koleją miał instagrama, marzyłby o tym, żeby Aiko zrobiła sobie z nim zdjęcie.
Poznajcie Aiko the Traveler. Niedługo w sprzedaży merch sygnowany łapką Aiko, ruszy też kanał na yt: Gwiazdy głaszczą Aiko.

Aiko to nie jest pies, o którym można robić memy. To jest pies, w którego mądrze patrzących oczach szukasz schronienia przed złem tego światła. Gdyby Aiko mogła mówić, powiedziałaby: wszystko będzie dobrze. A teraz rzuć mi patyka!

Nawet jak miałam psa, to nie wzbudzał we mnie takich uczuć, jak Aiko. Aktualnie wolę koty, ale dwa razy bym się zastanowiła, gdybym miała dokonać wyboru: Aiko vs Kejter. Kejtra ratuje tylko fakt, że robi siku do kuwety.

It’s a fact: z Aiko wszyscy wychodzą ładnie na zdjęciu. Z Aiko też nikt się nie zgubi, bo nawet jak nasza grupa się rozciągnęła na szlaku, ona biegała z jednego końca na drugi i ogarniała stado.























Nigdy nie wiesz, co i kiedy wywróci Twoje życie do góry nogami. W moim przypadku to była audycja w Trójce o grzybach – po raz pierwszy spotkałam się wtedy z kanią. Grzybem, z którego można robić burgery, a który gości codziennie w moich snach. Od tej pory chcę zostać zawodowym grzybiarzem. Kaniarzem.

I tak jak nigdy wcześniej nie widziałam muchomora czerwonego inaczej niż na obrazku w książce, tak w jeden weekend zobaczyłam ich ponad setkę. Są przepiękne na żywo.

Podobno dopiero od dziesiątego muchomora w górę się umiera, a wcześniej są tylko halucynacje.

A skoro przy jedzeniu jesteśmy – każda z naszej siódemki poleca restaurację Sjesta w Kudowie-Zdroju.
Wiecie, jak jest z jedzeniem w turystycznych miejscowościach – obliczone na to, żeby wydoić z hajsu, bo klient i tak nie wróci. Więc jak się zdarzy taka perełka jak Sjesta (podziwiam zwłaszcza serniki i piękny umysł kelnerki, która ogarniała 7 niezależnie od siebie rozrastających się zamówień), to trzeba je promować!

Przy okazji: o czym myślicie, że dziewczyny rozmawiają? O chłopakach, motylkach, kwiatkach i sukienkach w groszki? Raczej o okresie, kupie i jedzeniu. O kupie jedzenia.



Dopiero za trzecim razem to do mnie dotarło. Że to nie są jakieś biedagóry albo polskie odpowiedniki zagranicznych widoków (ale z heheszkiem: jaki kraj, taki ersatz).
Nie.
Góry Stołowe to jest jakość sama w sobie i każdego bym tam zabrała, choćby miał przyjechać prosto znad Wielkiego Kanionu. W nazwie Błędne Skały ktoś zjadł literkę O na początku, a Szczeliniec Wielki naprawdę ma momenty jak Preikestolen (ale z metalowymi barierkami).

Nie byłabym sobą, gdybym nie podkopnęła kilka tych patyków podtrzymujących skały – i wiecie co? Nic się nie zawaliło.

Niestety, chociaż zjeść ciastko i mieć ciastko to moje życiowe motto, nie udało nam się zwiedzić w ciszy i Skalnego Miasta i Obłędnych Skał.
















Pamiętam, że 15 lat temu na koloniach przed wejściem na Szczeliniec pani zaczęła przygotowywać nas kilka dni wcześniej na ten wysiłek. Dzieci, pamiętajcie: na górę trzeba będzie wejść po 665-ciu schodach. Moja głowa nie mogła ogarnąć takiej liczby schodów.
A co jak nie dam rady i będę musiała zejść do autokaru i inne dzieci będą się ze mnie śmiały?

Nieśmigielska AD 2017 weszła po tych samych schodach w dwadzieścia kilka minut i sama się dziwiła, że to już. Jaka z tego lekcja? Umysły dzieci są bardzo chłonne, więc lepiej uważajcie, czym je karmicie.

Sama nie wiem, co fajniejsze: labirynt w Błędnych Skałach, czy labirynt na Szczelińcu? Jeśli jesteście za Szczelińcem, to dajcie lajka, a jeśli za Skałami – serduszko.
Ja po dłuższym namyśle daję lajka. Za szczeliny. Te miejsca, gdzie skała się rozchodzi i można spojrzeć tak bardzo, bardzo w dół.

I za schronisko, w którym można płacić kartą. Najpierw panowie zrazili nas do siebie, nie chcąc przyjąć jednej z nas na glebę. Potem tym, że mieli bałagan w rezerwacjach – ale potem kupili nas z powrotem wegańskimi opcjami w menu i darmową czekoladą na koniec dnia.

Na tym etapie wycieczki nikomu nie było wesoło. Ostatni łyk czekolady i dziewczyny schodzą do auta i wracają do Wrocławia.

To był koniec dnia, ale nie koniec wyjazdu. Ekipa poznańsko-warszawska zaczyna road trip po ziemi kłodzkiej. W planie urbex, koniki, mgła i pogaduszki z panami, którzy pewnie jeszcze w przyszłym roku będą wspominać, jak przyjechały jakieś miastowe, wypadły z auta, pogapiły się na konie – i pojechały. O co im chodziło?










Tak myślałam, że przyjdzie koza do woza: Tomaszowi znudzi się towarzystwo programistów i będzie dzwonił, żeby go wcześniej odebrać. Jeśli liczył, że pojedziemy prosto do domu, to się mylił – ostatecznie pojechaliśmy do Poznania, ale przez Czechy. Miałam tam sprawę do załatwienia.

Sprawa nazywa się Stezka v oblacích, jest widokową kładką 20 minut od masywu Śnieżnika i jak się patrzy na google images, to wygląda jak gwałt na krajobrazie. Na szczęście tego dnia widoczność była niska.
Trzeba jednak pamiętać, że mgła ma dwa końce i jeśli Ty czegoś nie widzisz – to i stamtąd nic nie zobaczysz. Ścieżka w obłokach przybliżyła nas do nieba, ale okazało się, że tam jest tylko więcej chmur (ateiści mają rację).

To nic, że nic nie zobaczyliśmy. Ale była przejażdżka wyciągiem, leżenie na linach rozpiętych 60 metrów na ziemią. Jest ochota na następny raz (zjeżdżalnia była nieczynna!), ale zimą (pośliznę się czy się nie poślizgnę? A jeśli tak, to z jakiej wysokości spadnę?) i w słoneczny dzień, żeby dla odmiany coś zobaczyć z góry.

Bilet, z wjazdem i zjazdem wyciągiem, kosztuje 290 koron czeskich (50 zł). Można podejść na nóżkach za ⅔ ceny, jeśli ma się czas. Więcej info na stronie.









Mimo że wyszła tęcza i o zachodzie słońca było różowe niebo – nam wcale nie było różowo. Najbardziej chyba Kindze – nie dość, że cierpiała z powodu ósemki, to jeszcze nas naszła faza na Beatę Kozidrak i Stachurskyego na Spotify (jak to, nie znasz „Dosko”?).
Nic nie mogło zmienić faktu, że dziewczyny odsypiają we Wrocławiu, Marina została na PKP w Kłodzku, a jutro trzeba iść do pracy. Że Paulina wylatuje z Polski na długie miesiące. Że na następny taki weekend trzeba czekać do zimy.

Ale przynajmniej następny post na blogu będzie za tydzień.