Jak żyć, co zjeść w Japonii?

Pozostałe posty z Japonii znajdziecie TUTAJ.

Dzisiaj post, jakich w zasadzie nie piszę. A że i tak jestem na etapie zmian w życiu, to co mi szkodzi spróbować. Jeśli mogłam rzucić pracę, to mogę też napisać coś innego niż zwykle. Wspólny mianownik: jedzenie.

Co zjeść w Japonii? Najlepiej wszystko – ale niektóre rzeczy tylko raz.

Na wspaniałe doznania smakowe w Japonii napuściła mnie książka Michaela Bootha – Sushi i cała reszta. Wszystkie smaki Japonii.
Booth ma taki dar pisania o jedzeniu, że sensoplastyka to przy tym małe miki. Sama dałabym mu się zjeść, gdyby zgodził się opisać, jak smakuję.

Problem w tym, że taką książkę mógł napisać tylko ktoś, kto dostał od wydawcy hajs na podróżowanie z rodziną przez 3 miesiące po całej Japonii i stołowanie się – czasem w barach koło stacji metra, ale częściej w ekskluzywnych restauracjach, gdzie normalnie z ulicy nie wszedłby nawet Steve Jobs. Nie wszedłby nie dlatego, że nie żyje, ale dlatego, że same pieniądze by nie wystarczyły, żeby mieć tam wstęp.

Michael Booth na strzeżonych plantacjach zrywał świeże wasabi prosto z krzaczka.
My wybieraliśmy smaki onigiri w Seven Eleven. Taka była między nami różnica.

O tym, co zjedliśmy w Japonii mogę napisać dużo dobrego, ale żebym się faktycznie rozpływała nad każdym gryzem, zwyczajnie mieliśmy za mało hajsu.

Z konieczności nasza dieta była mieszanką tańszych jadłodajni (tańsza = taka, w której obiad kosztuje do 1000 jenów (34 zł) na głowę) i gotowych dań z Seven Eleven. Przy czym z marketu nie znaczy słabe. Słabe to jest onigiri z Żabki, ale jedzenie w Seven Eleven (sklep instytucja: mydło powidło, kawa, ciepłe jedzenie, jednorazowe krawaty) było zawsze świeże i dobrej jakości. Gdybym miała pod blokiem 7/11, to pewnie na zawsze oduczyłabym się gotować.

Nasze typowe menu w Japonii wyglądało tak:

Na śniadanie w jednej ręce sklepowe onigiri (nasz chleb powszechni; raz nawet trafiliśmy na onigiri o smaku chleba), w drugiej ręce coś słodkiego, najlepiej z matchą. Koszt: ok. 10 zł/osoba, więc spoko.

Obiad na mieście, z dużym prawdopodobieństwem jemy coś na spółę w jednym z barów przy stacji kolejki. W Tokio działa zasada: gdzie tory kolejowe, tam duży wybór jedzenia. Ceny od 600 do 1200 jenów (18-40zł)

Podwieczorek: coś słodkiego, co się nawinie – może być wybór ze sklepu, może być coś, co przyciągnie wzrok na ulicy: taiyaki z pastą z czerwonej fasoli, grillowane dango, mochi z nadzieniem (daifuku) lub bez. Wszystkie chwyty dozwolone. Liczy się dobre oko i szybki refleks.

Kolacja: zależy, jeśli według planu zwiedzania wypadała np. kolacja na Ramen Street – jedliśmy ramen. Jeśli nie chciało nam się łazić po mieście, tylko zalec z laptopem w łóżku i obejrzeć Przyjaciół, odgrzewaliśmy sobie w mikrofali coś z Seven Eleven i też byliśmy zadowoleni.

W wolnych chwilach piliśmy dużo kawy / matcha latte. Działała też zasada: ze sklepu bierzemy wszystko, co nas zaciekawi. Popcorn kolendrowy? Coś (prawdopodobnie słodkiego), w kształcie misia pandy? Ciasteczko ryżowe zawinięte w liść dębu? Dawaj!

Disclaimer: to nie są najlepsze zdjęcia w historii bloga, ale knajpy, które odwiedziliśmy w Japonii to nie hipsterskie kawiarnie z wnętrzem od projektanta, tylko miejsca gdzie się je, ok?




Gram w zielone

Ze wszystkich jadalnych rzeczy, które przywieźliśmy z Japonii, najmniejszym zaufaniem cieszyły się słodycze z zielonej herbaty. Zachodzę w głowę i nie wiem czemu: czy to brzmi jakoś gorzko, ziołowo, zbyt zdrowo?
To dziwne, bo nie są ani takie, ani takie, ani takie (ale faktem jest, że wydają się mniej słodkie niż tradycyjne słodycze).
Z dobrych źródeł wiem, że tu i ówdzie jeszcze nie wszystko zostało zjedzone. Jeszcze w niektórych domach szeleszczą w szafkach opakowania po zielonych cukierkach.
Odwrotnie niż ja – ja za zielone Kitkaty oddałabym nerkę i kawałek wątroby. Przekazałabym hasło do panelu admina na bloga. Pożyczyłabym aparat na tydzień.

Pamiętam swój pierwszy kontakt z matchą. To były lody Haagen Dazs o smaku zielonej herbaty kupione na śniadanie w Nowym Jorku na zasadzie – im dziwniej, tym lepiej.
Pierwsza łyżeczka = co ja jem?
Druga łyżeczka = nie wiem, ale chcę to jeść codziennie.
Mam dużo szczęścia w życiu, ale jednym z najlepszych rzeczy jest fakt, że Tomasz nie przepada za matchą, jak ja. W związku z powyższym, nie muszę się z nim dzielić, a już na pewno nie w proporcjach 50:50. Raczej: 3 części moje, jedna Twoja.

Potem było szukanie zielonych słodyczy na półkach sklepów z azjatycką żywnością. Chyba mogę się przyznać, że zielone Kitkaty to moja główna motywacja do wyszukiwania dzielnic zamieszkałych przez mniejszości etniczne?

I wreszcie Japonia. Niektórzy zielone skojarzyliby z Amsterdamem, ale dla mnie to w Tokio było najbliżej nieba. Jak człowiek na dwa tygodnie trafia do raju, to powinien to wykorzystywać: codziennie, kilka razy dziennie.
Na widok zielonego opakowania na półce działałam jak pies Pawłowa. Zielone? To do koszyka!
Do momentu, w którym się okrutnie nacięłam i zamiast napoju o smaku zielonej herbaty przez słomkę zassałam zupę o smaku zielonego groszku.

Śmieszne? Jak ja mogłam się tak pomylić? Proszę bardzo: znajdź na obrazku element nie pasujący do zdjęcia. I odszczekaj tak, żebym usłyszała.

Po okresie intensywnych testów wyłoniłam faworyta: dla croissanta z matchą z no name piekarni przy stacji metra Ryōgoku byłabym w stanie zrobić salto w tył. To nic, że nie umiem nawet zrobić gwiazdy. Spróbowałabym.

Ela samozwańczy mistrz copywritingu: Matcha. Gotcha.

Owls are not what they seem?
W Japonii desserts are not what they seem.

Po tym jak po raz pierwszy to, co brałam za czekoladowy mus okazało się półpłynnym żelkiem posypanym czymś niesłodkim, pokochałam wybieranie w sklepie deseru.
Nie tyle chodziło o smak, co o niespodziankę. Dla chcącego nic trudnego w Japonii znaleźć na półce czekoladę – tylko po co, skoro równie łatwo mogę kupić opakowanie czegoś, co smakuje jak sernik z żółtego sera? (mój subiektywny nr 1).
Napisy na opakowaniach nie pomagają, jeśli nie znasz japońskiego.

Desery w Japonii bazowały na innych składnikach niż nasze. Były bardziej delikatne, a mniej słodkie niż u nas. Naszym mamom by nie smakowały. Nam – tak.

Zamiast nadzienia ze słodkiego kremu – pasta ze słodkiej fasoli azuki.
Mniej chrupania, więcej zabawy z konsystencją.
W Japonii ciasteczko to nie oreo, tylko miękkie, gumowe mochi. Daifuku, jeśli nadziewane. Dango, jeśli nadziane na patyk, grillowane i polane sosem miso.

Nie wiem czy schudłam to jest dobre określenie, ale z całą pewnością w Japonii nie przytyłam.





Osobna kategoria to falstarty. Nie było ich dużo.

a) jedzenie, które jest tak ładne, że nadaje się do zdjęcia, ale tak nijakie w smaku, że nie nadaje się do jedzenia. Zapamiętajcie jedno: kawaii brzucha nie zapełnisz. Ale i tak kupisz nadmuchaną biszkoptową rurkę z kremem o smaku niczego, bo są na niej ślady łapek pandy, aww.

Z ładnym jedzeniem wiąże się nasze największe rozczarowanie kulinarne. Wyczytałam o knajpie w Shibuyi, która słynie z pankejków. Patrzę w menu: porcja placuszków z matchą to 40 zł, ale trzeba żyć YOLO – kiedy znowu będziemy w Tokio, żeby ich spróbować? A co jeśli jutro będę szła chodnikiem i wjedzie we mnie samochód? (dlatego jeżdżę rowerem)

Najpierw pomyliłam godziny otwarcia i byliśmy na miejscu o 11:00.
Zamiast o dwunastej.
Godzina czekania w skwarze – i nie ma, że pójdziemy poczekać do parku czy gdzieś. Trzeba było warować przy drzwiach, bo kolejka.
Potem długo czekaliśmy na zamówienie.
A potem okazało się, że matcha pancakes są tak puszyste, że składają się z 90% powietrza i 9% mąki; reszta to wspomnienie po mascarpone.

Wyszliśmy stamtąd tak bardzo niepocieszeni. Scotch Bank Shibuya, nie polecam. Odradzam.



b) już o tym pisałam, że Tokio to nie Bangkok. Generalnie w Japonii nie funkcjonuje coś takiego jak street food. Ulica nie jest od jedzenia, tylko od chodzenia po niej.
Ale nawet w Japonii od reguły są wyjątki – nazywają się yatai i są przenośnymi kuchniami, które znajdziesz wszędzie tam, gdzie odbywa się jakiś festiwal.
Japońskim odpowiednikiem naszej grillowanej kiełbasy, pajdy chleba ze smalcem i zakręconej frytki są yakisoba, okonomiyaki i takoyaki. Wszystko tłuste i jednakowo nam nie smakujące.

Wracam do tego, co napisałam na początku – gdybyśmy poszli do restauracji serwującej kulki z ciasta z kawałkami ośmiornicy w środku – na pewno bym musiała odszczekać. Ale w wersji ulicznej – nie, nie, nie. Wzdrygam się.



Katsudon
Staram się ograniczyć jedzenie mięsa, ale przed ostateczną decyzją powstrzymuje mnie wspomnienie katsudon w Zuichu, w Shibuyi. Najlepszy kotlet w moim życiu (a moja mama często smażyła kotlety).
Soczysty, ale chrupiący. W panierce, z jajkiem – ale nie tłusty.
Jak tu wypośrodkować pomiędzy powolnym delektowaniem się, a faktem, że ten malutki lokal przystosowany jest do opcji jedz i spadaj, nie widzisz, że na Twoje miejsce czeka pięciu głodnych salarymanów?

Ramen
Ramen to jest ostatnio świętość.

Podobno jest więcej rodzajów ramenu niż hipsterów w Warszawie, więc chyba nikt się nie obrazi, jeśli napiszę, że ramen który jedliśmy (a jest takie specjalne miejsce na mapie Tokio, Ramen St w podziemiach tokijskiego Grand Central) nic nam nie urwał. I że o wiele lepszą i treściwszą zupę jadłam w poznańskim YetzTu.
Cała moja wcześniejsza wiedza na temat wywaru, makaronu, dodatków rozbiła się o maszyny do zamawiania i fakt, że pracownicy nie mówili po angielsku. Rezultat: w maszynę klikaliśmy w ciemno i wyklikaliśmy całkiem zwyczajny rosół. Spróbowalibyśmy kilka razy, gdyby ramen nie kosztował tam średnio 1000 jenów (~34 zł).

Nie skreślałabym ramenu, ale ten w polskich knajpach mi wystarczy.



Tempura

Jeśli tak mi smakowały warzywa w tempurze z przeciętnej japońskiej sieciówki (Tendon Tenya), to nie wyobrażam sobie, jak muszą smakować takie z restauracji premium.
W życiu bym nie pomyślała, że coś smażonego na głębokim tłuszczu może być takie delikatne.
Polacy, tak lubimy smażyć, a tak źle to robimy

Curry

Mam wrażenie, że kare raisu to taki odpowiednik naszej pomidorowej i kotleta z frytkami – coś, co każdy lubi; coś, co zamówisz dziecku w knajpie jeśli chcesz mieć pewność, że nie będzie wybrzydzać.
Curry w Japonii nie przypomina curry w Indiach (nie żebym była w Indiach, ale częściej jadłam w restauracji indyjskiej niż japońskiej).
Curry w Japonii jest delikatne, słodkawe, ciemnobrązowe, gęste. Bez szału, ale smaczne; tak 7/10.
Wyobrażam sobie, że to dobry pomysł na czyjeś pierwsze danie z kuchni _nie_polskiej.


Wołowina z Kobe

Ten sam przypadek, co małże w Stambule. Tak długo się szykowaliśmy, żeby spróbować, że aż wyjazd się skończył.

Czegoś brakuje?


Zanim dojdziemy do sushi, pokażę, skąd się w ogóle bierze. O ile vege wariacje typu awokado + serek philadelphia można wyhodować / kupić w sklepie, o tyle rybę trzeba złowić. Co dzieje się ze złowioną rybą? Trafia na targ Tsukiji.

Tskuji market – the biggest wholesale fish and seafood market in the world and also one of the largest wholesale food markets of any kind.

Życie blogera podróżniczego nauczyło mnie podchodzić ostrożnie do wszystkiego co jest biggest, bestest i the most, więc nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Ale targ jest bardzo duży.

To co, najsłynniejsze, czyli aukcja tuńczyków odbywa się przed świtem, kiedy zbiorkom jeszcze nie jeździ, a poza tym trzeba odprawić jakieś czary, żeby ogóle się tam dostać – a i tak liczba miejsc jest ograniczona.

Nam się aż tak nie chciało, więc na miejscu byliśmy koło 9 rano. Załapaliśmy się na ostatnie zakupy klientów indywidualnych, polewanie podłogi z wiadra i zeskrobywanie resztek.

I powiem Wam, że dobrze. Już wtedy czuliśmy, że zwyczajnie przeszkadzamy ludziom w pracy, więc nie wyobrażam sobie, co się tam dzieje w godzinach szczytu.
Albo inaczej: gdybym tam pracowała, nienawidziłabym turystów.






Targ położony jest zajebiście. Przed oczami drapacze chmur, pod nosem zapach ryb.

Dzieli się na dwie części: turystyczną (drogie sushi i pamiątki) i turystyczną inaczej (hale rybne).

Tomasz na ogół ma w nosie pamiątki, to mi częściej zależy żeby coś sobie wybrał. Na odczepnego kazał mi znaleźć skarpetki w sushi – zadowolony, że będę miała zajęcie na pół dnia. W Tsukiji nie minęło 30 sekund, a już się zastanawialiśmy, czy do skarpetek w sushi dokupić w japonki, w rekiny czy w ośmiornice.

Część rybna jest ogromna i fascynująca.

Chodziłam po niej jak w transie, odporna na zapach (i tabliczki no photography…/), ale i tak dominowało przeczucie że fotki fotkami, ale nie powinno mnie tu być.
Pewnie w innym kraju nie miałabym takich wyrzutów sumienia, że przeszkadzam ludziom w pracy.

PS: Wizyta na targu w Tsukiji wyleczyłaby wszystkich, którzy twierdzą, że ryba to nie mięso.


tsukiji tokio
tsukiji tokio
tsukiji tokio
tsukiji tokio
tsukiji tokio
tsukiji tokio
tsukiji tokio
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji
targ rybny tsukiji





Zgłodnieliście? To teraz czas na sushi.

Dni mijały, a my tak jak nie spróbowaliśmy sushi w Japonii, tak nie spróbowaliśmy.
Nie dzisiaj, boli mnie głowa.
Za drogo, za bardzo fancy miejsce, za mało fancy miejsce.
Ja się wstydzę, ja nie wiem jak to działa, narobimy sobie wstydu.

Tik tak, jutro lot powrotny – jak my się pokażemy w kraju? Byliśmy w Japonii, ale tak wyszło, że nie zjedliśmy sushi? Pies nam zjadł, czy sąsiadka zachorowała i musieliśmy jej oddać swoją porcję? Please.

To musi być dzisiaj. Wóz albo przewóz. Wykryłam małe zagłębie sushiyi przy Ameyoko (Ameya-Yokochō), jednej z uliczek o charakterze handlowym.

W Japonii jak w Polsce, sushi nie należy do najtańszych, więc chcieliśmy się najeść i chcieliśmy to zrobić dobrze. Stąd ten stres.
Po dłuższej chwili obserwacji i window shoppingu wybraliśmy. Wchodzimy.

Uf, trafiliśmy do raju za pierwszym podejściem.
Po pierwsze, sushi master mówił po angielsku. Po drugie, był bardzo rozmowny i wszystko nam objaśnił – z uśmiechem. Nie takim: jestem Japończykiem, więc jestem uprzejmy, ale: jestem uprzejmy, bo mam dobry humor i lubię jak ludzie, którzy się u mnie stołują są zadowoleni.

Zasady są proste: taśma się kręci, kolor talerzyka oznacza cenę, zielona herbata do oporu, w menu znajdują się opisy tego, co na taśmie, a jeśli czegoś nie ma na taśmie, to wystarczy zamówić. Proste!

O. Mój. Boże.
To wtedy dowiedziałam się, że rybę niekoniecznie musi być czuć rybą.
Tu nawet nie chodzi o smak, ale o poczucie, że jemy coś tak delikatnego i świeżego, jak tylko może istnieć. Spędziliśmy tam błogą godzinę, jedną z lepszych w Japonii.

Ceny od ok. 100 jenów do 700 za talerzyk (3,5 – 20 zł).

sushi w japonii
sushi w japonii
sushi w japonii
sushi w japonii
sushi w japonii

A skoro już przy karmieniu się jesteśmy, to rzutem na taśmę opowiem o Muzeum pasożytów w dzielnicy Meguro.

W dwóch słowach: czytasz po japońsku? Jeśli nie – to nie warto.

Wiem, że nie z Wami te blogerskie sztuczki, ale tak bardzo kocham czytać o jedzeniu, że nagnę swoje zasady:
osoby, które były w Japonii – jestem ciekawa Waszych wrażeń. Gdzie miałam rację, a gdzie popełniłam błąd? Czy mam płakać za wołowiną z Kobe? Czy zjadłam coś, czego nie powinnam, albo nie zjadłam czegoś, co powinnam była zjeść? Piszcie w komentarzach. Albo na priv.