Cóż to był za sierpień!

Pozostałe posty z serii znajdziecie TUTAJ.
Been tellin’ co u mnie since 2014.

Jeśli są tu antyfani serii co u ciebie, to mogą odetchnąć z ulgą: ja tylko latem tak szaleję, że miesiąc po miesiącu muszę koniecznie opowiedzieć całemu światu, co się dzieje w moim życiu. Przez resztę roku robię to raz na dwa miesiące, hehe.

Równolegle z materiałem zdjęciowym jest cała masa rzeczy, których na zdjęciach nie ma, ale gdyby były… gdyby były, to mnie by już nie było, bo umówmy się: robienie zdjęć na wysokości 11-stu metrów w parku linowym do najmądrzejszych nie należy:

– jak poszłam na kurs szycia, który dostałam na urodziny. Stosunek trauma:fun wynosił 1:1.
Z jednej strony czułam się jak podczas odrabiania matematyki z moim tatą – samo nawlekanie igły zajęło mi 10 minut, a pot leciał mi po plecach; z drugiej – jak już trochę ogarnęłam, to szycie potrafiło być nawet odprężające. Z perspektywy czasu: szyłabym.
Plecak (ten taki worek, co udaje plecak, wiecie o co chodzi) spełnia swoją funkcję i tylko jak się zajrzy do środka, to widać, co i jak bardzo poszło nie tak.

– niechlubny powrót berlińskim S-Bahnem do Poczdamu. Klasyczny bad trip – ale dla Tomasza, który jako kierowca nie mógł pić wina z Wiktorią i Piotrkiem. Tak się kończy spotkanie z czytelnikami.

– jak kolega z pracy Tomasza, którego poznałam na semikorpoimprezie pytał, czy mogłabym przyjść zamiast Tomka do pracy. Ludwik, pamiętaj że obiecałeś mnie zabrać do studia nagraniowego (a ja obiecałam Ci wysłać zdjęcia z koncertu. Wymianka?).

– jak stanęliśmy z Tomaszem na starcie wysokiej trasy w parku linowym i tylko popatrzyliśmy po sobie. To co, schodzimy? Jestem troszkę mniejszy chojrak niż myślałam, ale już trasę średnią przeszłabym z palcem w nosie, gdybym tylko nie musiała się trzymać tyrolki.

– reunion z Olą po 5-ciu latach od ostatniego spotkania.

– warsztaty w PIX.HOUSE, które spadły mi z nieba w momencie, kiedy potrzebowałam motywacji do przeprowadzenia dokumentalnego projektu.

Przed Wami: jego magnificencja sierpień. Bogato ilustrowany.

Zaczynamy od Płocka, bo amerykańscy naukowcy dowodzą, że najwięcej uwagi poświęcamy początkowi tekstu, a ja mam ważne oświadczenie do złożenia.

Okazało się, że mama Tomka, pierwsza działkowiczka RP, myśli, że ja wcale nie lubię spędzać czasu na działce, tylko sobie z tego drwię.

Heheszki na bok, teraz będzie serio.

Droga mamo (a wiem, że czytasz). Uważam, że Wasza działeczka powinna startować w konkursie na najfajniejszą działkę w kraju (ba, w Europie) i należy się Wam wielki szacun, za to jak ją rok po roku urządzaliście. Właściwie to powinniście mieć bloga o tematyce działkowo-diy: tata pokazywałby na video, jak zrobić huśtawkę ogrodową i łabędzia z opony, a Ty mogłabyś wrzucać porady ogrodnicze i przepisy na weki. I piszę to w 99,99% poważnie.
W tym roku, jeśli się uda przyjechać, planujemy jeszcze odświeżyć malowanie i zaprosić street artowca Noriakiego do Płocka. Będzie się działo (weather permitting).













Ciężko jest w 48 godzin odwiedzić całą rodzinę i jeszcze pospacerować po mieście, ale zwykle udaje nam się wykroić czas na spacer nad Wisłą. No chyba, że z okazji gali disco polo zostanie odcięty nie tylko dostęp do plaży, ale też dostęp do dostępu do widoku na plażę. Czemu od razu nie postawiono ekranów akustycznych jak przy autostradzie?
Już nie jestem mieszkańcem tego miasta, ale równie dobrze mogłabym być. Mogłabym też przyjechać do Płocka jako turysta na jeden weekend w roku i gdybym zastała szpetne barierki odgradzające mnie od najładniejszej części miasta, to nie tylko bym tu nie wróciła, ale jeszcze opowiadała znajomym, że lepiej by zrobili, jakby pojechali do Włocławka.
Bardzo niefajnie.

PS: i tak było wszystko słychać i sporo widać.





Stres to nie jest ustna matura z angielskiego, egzamin na prawo jazdy ani rozmowa o pracę. Stres to jest robić zdjęcia dla kogoś, kto już robił zdjęcia zawodowo. Jak to dobrze, że Maks i Alina są tacy kochani, ale długo wcześniej i długo później śniły mi się koszmary, że nie dałam rady.

A mi się zamarzyło takie garden party dla siebie. Niech no tylko skończę trzydziestkę!

Przy okazji przejrzałam na oczy – nie wiem, czemu myślałam, że mnie to ominie, ale bez fanpage’a ani rusz. Nieważne czy masz zakład ślusarski, czy robisz zdjęcia ślubne, musisz trochę spędzić czasu na fejuniu.
Jeszcze nie wykombinowałam, jak z godnością prowadzić takiego fanpage’a, bo wiadomo że służy on do bardziej praktycznych celów niż igraszki heheszkowo-językowe, ale co Wam szkodzi polubić. Ładne zdjęcia zakochanych par i małych dzieci jeszcze nikomu nie zaszkodziły.

Przed Wami: FB: Elżbieta Nieśmigielska. Nic, tylko lubić to.













Patrząc na to, co się dzieje za oknem, nadzieja że ostatni piknik w sierpniu nie był ostatnim piknikiem w tym roku, umiera powoli i we drgawkach.

Raz na kocu, raz pod kocem.
Coś się ze mną porobiło, i chyba wiem nawet co, ale boję się tego nazwać.

Jakoś nie mam większych oporów, żeby niedzielę – nawet słoneczną – spędzić pod kołdrą, oglądając Przyjaciół. A prędzej niż jedno z kilkunastu wydarzeń kulturalnych dziejących się w tej chwili na mieście wybiorę grupowe nic nie robienie na kocu.
Ja, która napisałam przewodnik po letnim Poznaniu, w tym roku nie dotarłam na Madalinę, ani na kino plenerowe. Ani na jogę w parku. Ani do żadnego z ogrodów społecznych.
Co więcej (co straszniejsze) – nie jest mi z tym źle.

PS: człowiek z dzieckiem na rękach to Oskar, może już go znacie. Uprasza się czytelników bloga o zapraszanie Oskara do znajomych i wysyłanie na maila propozycji pracy w show biznesie, Oskar (jak sam przyznaje w kuluarach) chce być sławny, a obecność na łamach niesmigielskiej.com to pierwszy krok w dobrym kierunku!







Uwielbiam bawić się w turystę we własnym mieście i zapełniać białe plamy na mapie, ale specjalnie robię to nie za często, żeby za szybko mi się nie skończyła lista.
W zeszłym roku odkryłam Świerczewo i baraki (murowane na Opolskiej i drewniane na Jarzębowskiej), w tym roku spakowałam kanapki i wyruszyłam przez Główną i Osiedle Warszawskie na Miłostowo. Hic sunt leones.

Warto było sobie odparzyć siedzenie od siodełka.
Spotkałam żyrafę (hic sunt giraffas!), na Głównej nie mogłam uwierzyć, że jestem jeszcze w Poznaniu (Poznaniacy, zobaczcie tylko, jak ciekawą historię ma ten teren), a przy wejściu na cmentarz Miłostowo stoi tabliczka ostrzegająca przed dzikimi dzikami.

Przyzwyczajona do klasycznych cmentarzy, na których nagrobki stoją w rządkach, a te – w alejkach (#teamjunikowo), cmentarz na Miłostowie mnie przyjemnie zaszokował. To tak można?
Trochę dziki las, trochę Twierdza Poznań, trochę wielki park (dobrze, że miałam rower). Czasem w najmniej spodziewanym miejscu znajdziesz wiewiórkę, a czasem grób, więc chociaż teren jest ogromny i do najbliższej toalety daleko, niech Ci nie przyjdzie do głowy iść na siku pod krzaczek.
A w dawnym forcie jest teraz krematorium.
Trochę cmentarz żydowski, a trochę kwatera poległych w Poznaniu żołnierzy niemieckich. Polecam nekroturystykę na Miłostowie, dobrze robi na weltschmerz, zwłaszcza jak się trochę poczyta o okolicznościach powstania. I jak tylko jesień się zacznie na dobre, to zabieram tam każdego chętnego na spacer.











Nie wiem, czy kogoś z Was to zastanawia (mnie by zastanawiało), jak ja sobie radzę z tym, że z jednej strony ciągnie mnie do obrazków mniej ładnych, a bardziej dających do myślenia – a z drugiej cisnę góry o zachodzie słońca i całujące się pary.

A ja jakoś nie mam z tym problemu. Tak jak na słodkie i wytrawne mam osobne żołądki, tak na reportaż i romantyzm znajduje miejsce w głowie. Co więcej, warto sobie przeplatać jedno z drugim. Oko wyćwiczone do ciekawych sytuacji na ulicy przydaje się przy reportażu ślubnym, a klasyczne kadrowanie pomaga nie strzelać na oślep na ulicy.

Dlatego jak Dominika dała mi cynka, że pst, koło Rokietnicy kwitną właśnie słoneczniki, nie trzeba mi było długo powtarzać. Ja mam zdjęcia, i Dominika (i Michał, i Michalina) ma zdjęcia, komary miały bal (dlatego wytrzymaliśmy całe 10 minut). Win-win.

Ostatnio zdałam sobie sprawę, że mam zdjęcia z każdego etapu znajomości tej dwójki. I że gdyby to kontynuować przez najbliższe kilkadziesiąt lat – a wiadomo, że tak – powstałoby moje opus magnum. Jak Saga rodu Forsythe’ów, tylko w zdjęciach.









Dlaczego mecze siatkówki w jeziorze nie są dobrym pomysłem? Nie dlatego, że można zmoczyć ubranie, przeziębić się i pójść na L4 – to nawet kuszące. Ale dlatego, że łatwo wtedy zgubić za luźną obrączkę i wtedy szukaj wiatru w przybrzeżnych wodach jeziora Rusałka. Podpowiadam: nie znajdziesz.
A może to tylko taki pomysł Tomka na sabotaż małżeństwa? Już raz ją zgubił, ale udało mu się znaleźć. Do dwóch razy sztuka.

Nie muszę mówić, komu bardziej zależy na wyrobieniu nowej?
Nie muszę mówić, że droga do najbliższego złotnika jest tak długa, że łatwiej nam polecieć znowu w Dolomity niż zamówić złoty pierścionek? (true story, lecimy za półtora tygodnia, a obrączki nie ma od czterech)
















Dwie kolejne rzeczy z listy do zrobienia przed śmiercią – zaliczone: jazda na hulajnodze w Decathlonie i gadanie na helu.

Taki dług wdzięczności to ja z przyjemnością spłacam. Chyba największą niespodzianką na mojej urodzinowej imprezie-niespodziance, było pojawienie się ekipy Tu i tam. Chwilę wcześniej leżeli pod palmami i chociaż wiem jak to ciężko wdrożyć się do normalnego życia, nawet jeśli oznacza to zobowiązania towarzyskie, to jednak wpadli do mnie na kawałek tortu z papierowego talerzyka.
Więc jak tylko na fejsie pojawiło się zaproszenie do tajnej grupy organizującej urodziny Luizie – wiedziałam, że stanę na głowie, a przyjadę pomóc ją zaskoczyć. To jedno z milszych uczuć na świecie, a ja chętnie oddam trochę dobrej karmy (w zamian za pyszny tort bezowy).

Więc jeśli znacie jeszcze kogoś, komu się szykują urodziny – zaproście nas jako sztuczny tłum! Wszystko oczywiście ma swoją cenę i trzeba pamiętać, że oboje z Tomaszem (Tomasz słynie z tego, że na Woodstocku zjadł mega hot doga na pierwsze i zestaw od Hare Kryszna na drugie danie) nie tylko znamy się jak łyse konie, ale też potrafimy zjeść jak konie. Dwa głodne konie.

Spieszcie się robić przyjęcia przyjęcia niespodzianki. Tak miło je wspominać.

Żeby nie było: nie traktowałam tego jako przysługa-za-przysługę. Jeszcze raz sto lat, Luiza (to kiedy Bartek ma urodziny?).










Gdybym nie poznała Ani, nigdy bym nie znalazła wystarczająco dużo chęci, żeby pojechać 50 km do Lizbony pod Szamotułami i wystarczająco dużo odwagi, żeby chodzić po wsi, w której znajdują się 3 domy, ciągnik i pole słoneczników i jeszcze robić tam zdjęcia. Dodajmy, że chodziłam nie w byle dresie, tylko w spódnicy kupionej w Peru (no co, była czerwono-biała; z zieloną bluzką i blond włosami wyglądałam jak flaga Portugalii w balerinach), na której założenie na co dzień nie mam jaj, innych niż jajka niespodzianki.
Po wszystkim usiedliśmy na kocyku i odpaliliśmy koszyk z chorizo i pasteis de nata, wpadł też Ronaldo. I tylko Tomasz biedny, że musiał wziąć udział w naszym cyrku, ale koreczki z chorizo Ci pewnie smakowały, co?
Nie piszę nic więcej, bo szykuje się multimedialny post na zakończenie projektu:
Eurotrip. Wenecja, Paryż, Lizbona, Szwecja.

Będzie wpis praktyczny: jak zorganizować podobny wyjazd. Ceny, noclegi, połączenia, ubezpieczenia. Stay tuned.







Tomasz majsterkowicz.
Odkąd odkryliśmy że nawet dziecko włamałoby się do naszej piwnicy, i że ktokolwiek w niej buszował uznał nasze rowery na tyle bezużyteczne, że zadowolił się zestawem kluczy, pompką i lampką rowerową, Tomasz wymyślił pułapkę na złodzieja. Strzeż się, gnojku.
Co to dla mnie oznacza: cały stół upierdolony (Rurku?) kablami, kabelkami, śrubkami, ogryzkami jabłka – jakby kocia sierść non stop to było za mało.

Tomasz, nie możesz w przyszłym miesiącu zostać profesjonalnym panem do sprzątania?

A tak naprawdę to Tomasz już swoje zabawki posprzątał, a ja nadal nie powiesiłam nowego układu ramek do zdjęć na ścianie.


Z serii: korespondencja krajowa i zagraniczna: Woodstock i Berlin. Pierwsze już jest na blogu, drugie dopiero będzie. Oba w ciemno polecam. Czy już mówiłam, że jestem swoją największą fanką?

Niniejszym sierpień 2017 przechodzi do historii sierpniów jako wybitny, zaraz obok sierpnia ‘80.