Norwegia: w czasie deszczu dzieci jadą na Vesterålen

Pozostałe posty z Norwegii znajdziecie TUTAJ. W większości są z lat 2014-2015, więc ostrzegam – tekst się może nie zestarzał, ale zdjęcia już tak.

Co robić, jak żyć, kiedy masz przed sobą jeszcze dwa dni na norweskich Lofotach, ale pogoda ma inne zdanie?
Ja wiem, w Norwegii pada. Takie jest prawo natury. Gdy słońce zacznie zachodzić na wschodzie, a w Norwegii będzie 300 słonecznych dni w roku, nadejdzie apokalipsa.

Może i w czasie deszczu norweskie dzieci wychodzą na podwórko grać w klasy, ale my nie jesteśmy norweskie dzieci, tylko polscy blogerzy. Zaraz złapalibyśmy katarek, a poza tym nie stać nas na inny dach nad głową w Norwegii niż:
a) altana w miejskim parku, żeby mieć gdzie zagotować wodę na herbatę. W samochodzie trochę niewygodnie i nieodpowiedzialnie.
b) stelaże do suszenia dorszy z połowu. Niestety, przeciekają.
PS: spójrzcie na zdjęcia. Wiem, że po polsku to słowo brzmi: niepokojące. Ale disturbing brzmi bardziej disturbing. Kwitnące kwiaty i gnijące rybie głowy. I mała dziewczynka w różowym płaszczyku, której mama każe pozować do zdjęcia. Norwegowie, co z Wami?
c) dach auta z wypożyczalni Rent a Wreck.
Wszystkie powyższe to true story.

W czasie deszczu polscy blogerzy uciekają z Lofotów. Na Vesterålen. Tam też padało, ale przynajmniej miało przestać.

Już na etapie wprowadzenia do Lofotów miałam świadomość edukacyjnej funkcji swojego bloga. Kto, poza blogerami podróżniczymi i Polakami na saksach w przetwórniach ryb, słyszał o Lofotach?
Teraz mam jeszcze trudniej: kto, poza Norwegami, słyszał o Vesterålen?

Disclaimer: z ubolewaniem, ale rezygnujemy z konwencji rymowanych śródtytułów obecnych w ostatnich dwóch postach. O ile z Lofoty rymowały się same słowne psoty, o tyle konia z rzędem temu, kto wymyśli rymy do Vesterålen.
Oczywiście, próbowałam generatora rymów. Vesterålen – naftalen, Vesterålen – Jeruzalem. I tak dalej. Poddaję się. Z tej słownej potyczki wracam na tarczy.

Vesterålen to kolejny archipelag (widać, Norwegia nie umie inaczej) warty odwiedzenia na północy kraju. Patrząc na mapę, znajduje się dokładnie nad Lofotami. Nie mogę nawet zażartować, że Vesterålen są znane z tego, że są znane – bo nie są, przynajmniej nie w Polsce.
9/10 turystów na Vesterålen jedzie, żeby upolować wieloryba. Spokojnie, Greenpeace – przez lornetkę.
A góry i plaże wcale niebrzydsze niż na Lofotach, to dodatkowy bonus. Więc jeśli skończą Wam się Lofoty, ale nie skończył Wam się jeszcze urlop – to wiecie, co z tym zrobić.








Ile można przeglądać te kolorowe katalogi reklamujące kolejne atrakcje w okolicy, z których nie możemy skorzystać ze względu na pogodę?
Ile można można czytać te na głos dowcipy z Biblii Sucharów (250 zagadek dla dorosłych)?

Odpowiedź: akurat w naszym przypadku – dosyć długo. Ale nawet największa karuzela śmiechu musi kiedyś się znudzić.

Ucieklibyśmy przed deszczem dalej, choćby i do Finlandii, gdyby nie fakt, że na nasze volvo wypożyczalnia nałożyła kaganiec w postaci tzw. mileage. Całkiem dosłownie sporo rzeczy znalazło się poza naszym zasięgiem – Wy też wolelibyście czytać suchary godzinami w zaparkowanym aucie niż płacić norweskie stawki za każdy kilometr przejechany ponad wyznaczony limit.

Jeśli już mamy w czasie deszczu się nudzić, to nudźmy się w stylu hygge!
Po wstępnym przeszukaniu internetów, okazało się, że stać nas na jedną noc w najtańszej, czerwonej chatce rybackiej (rorbuer).
Ok, więc może nie stała na palach nad zatoką z widokiem na góry, ale miała ogrzewanie, prysznic, kuchnię i telewizor – a w telewizorze Przyjaciele z norweskimi napisami. To wtedy dowiedziałam się, że

[spoiler]

Rachel będzie w ciąży z Rossem! OMG!

[/spoiler]

Idealnie, żeby poczekać, aż się przejaśni. Bo miało.








Umiem wymyślić tylko jeden minus dnia polarnego: zawsze będziesz widoczny, jak wyjdziesz w nocy z namiotu na siku.
Ale też jeśli prognoza pokazuje, że punktualnie o północy zza chmur wyjdzie słońce, to nie walisz głową w poduszkę, pytając dlaczego?, tylko o 18:00 ucinasz sobie drzemkę, na 20:00 nastawiasz budzik, o 21:00 jesz kolację, a o 22:00 zakładasz buty trekkingowe i wychodzisz na spacer.

Przedstawiamy absolutną nowość w polskiej blogosferze – przed nami albo żaden z naszych tam nie był, albo o tym nie napisał (chyba, że liczymy norweską wersję strony na wikipedią przetłumaczoną przez google translate): szlak na górę Steiroheia, 472 m.n.p.m.
Start: dokładnie tutaj, łapcie współrzędne!

Nie możemy zaręczyć, że Steiroheia to najlepszy szlak na Vesterålen, bo nawet nasz gospodarz go nam odradzał z miną: Steiroheia? Jakby pytał: Gubałówka? Po co iść na Gubałówkę, skoro można wejść na Kasprowy? – ale umówmy się: my norweskie widoki mamy raz do roku, nie raz na dzień. I nawet norweska Gubałówka z widokiem na różowe chmury po jednej stronie i ośnieżonymi szczytami po drugiej stronie urwała nam wszystko, co było do urwania.

Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że największą trudność sprawi nam nie podejście pod górę, bo nie było forsowne, a pokonanie smoka przejście obok owiec.

Myślicie, że owce są słodkie? Od tamtego dnia autentycznie boję się ich bardziej niż wilka w lesie. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że owce, które spotkaliśmy na drodze, to nie był przypadek. One nie przechodziły przez jezdnię, one budowały napięcie.






To było jak ze snu. Po godzinach deszczu – godziny różowej poświaty na horyzoncie.
Szlak musiał być mało forsowny, skoro dawaliśmy radę jednocześnie iść pod górę i śpiewać Odę do radości w kanonie. Już wiecie, po co jeździć na wakacje większą grupą? We dwójkę nie uda Wam się polifonia.

Morale mieliśmy na tyle wysokie, że nawet wielka chmura na horyzoncie nie mogła nam zrobić krzywdy (wtedy nie wiedzieliśmy jeszcze o owcach).
Po prostu wzięliśmy ją na przeczekanie: albo ona nas, albo my ją, przecież nie zrobi się ciemno. A co jest lepszego na przeczekanie i rozgrzanie jednocześnie, bo jednak na szczycie wieje?

Taniec!

A co jest lepszego do tańca niż Homo dance Alexandra Marcusa?

Nic. No, może tylko Boney M.

Nie minęły 3 minuty przetańczone jak w transie (moja wersja) / Ela chyba sama nie wiedziała, co można zrobić z własnym ciałem (wersja Ani; osądzi nas historia, wszystko zostało nagrane) i spełniło się, to, co się spełnić musiało:

Polscy blogerzy vs norweska pogoda: 1:1.

Heirasteia o północy dnia polarnego – 9/10. Za inne okoliczności nie biorę odpowiedzialności.

Tymczasem: owce na nas nie patrzyły. One nas obserwowały.
Ofensywa za 3, 2, 1…


















Owce zapamiętałam jako łagodne stworzenia. Te w Zakopanem chyba nie bez powodu można kupić na straganie jako przytulanki?
Te na Islandii bez proszenia ustępowały z drogi.
Te w Norwegii nie są hodowane, żeby dawać wełnę. Są hodowane, żeby zabijać. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Po co innego miałyby stanąć na naszej drodze i zmuszać do wycofywania się? Brzmi zabawnie, ale kiedy stajesz oko w oko z baranem, który za każdym razem, kiedy robisz krok – też robi krok, ale w Twoją stronę i groźnie meczy, zaczynasz się zastanawiać: jak mocno owce kopią? Jak szybko biegają? Czy gryzą? Wolą świeże mięso, czy żywią się padliną? Ergo: zabiją nas na miejscu czy wezmą na przeczekanie?
Jak im wytłumaczyć, że jesteśmy z Polski i rzadko jemy baraninę? Że nasze swetry są tylko z domieszką wełny, a poza tym i tak były z second handu?

Nagle zaczynasz myśleć, że scena z Monty Pythona (The killer rabbit) była oparta na faktach.

Czułam się jak w ukrytej kamerze (i jawnej też, bo Anka nagrywała). Ani ich obejść, ani przeskoczyć. Jeden z tych rzadkich momentów, kiedy żałujesz że jesteś niewierzący – bo nie masz się do kogo pomodlić i poprosić o ocalenie. A jeśli zginiesz, to nie trafisz do nieba – po prostu Twoje życie się skończy. Zagryziony przez owcę na dalekiej północy, 2700 km od domu. Nawet nie wiesz, czy zostaną po Tobie jakieś zwłoki do przetransportowania.

Żeby było zabawniej, przypominam że miałam problemy z kolanem i ledwo chodziłam.

Raz owcy śmierć, postanowiliśmy po prostu zbiec na dół jak najszybciej, unikając kontaktu wzrokowego z agresorem. Albo one nas, albo my je – kijkiem trekkingowym. Geronimo!






Patrzcie, dzieci. Tak wygląda midnight sun za kołem podbiegunowym.

Tego dnia nauczyłam się, że zawsze może być piękniej.
Zawsze możesz ujść z życiem nawet z najgroźniejszej sytuacji.
Zawsze zza zakrętu mogą pokazać się mgły, zza gór może wyjść księżyc, a z radia może zaśpiewać Celine Dion: we don’t say goodbye. I faktycznie, jeszcze się nie żegnaliśmy. Zawsze może być jeszcze jeden dzień w Norwegii.





Nowy dzień, nowa przygoda. Ostatnia przygoda tego wyjazdu.

W mojej głowie ciąg skojarzeń jest nierozerwalny i jednoznaczny:
tak jak Beata Kozidrak = białe kozaczki,
tak oglądanie wielorybów na statku = zimno, bujanie, puszczanie pawia za burtą.

Najgorzej, że w Stø były do wyboru dwie oferty:
400 zł za 4 godziny na morzu
lub
500 zł za 8 godzin na morzu.

Dla rasowego cebulaka to tak, jakby wcale nie było wyboru. 100 zł vs 60 zł za godzinę, choćby były to godziny spędzone z głową w kiblu?

Mądra dziewczynka pilnuje drinka. Dziewczynka, która zna granice swojego organizmu w podobnych okolicznościach, nie tylko bez mrugnięcia okiem weźmie tabletkę z krzyżykiem niewiadomego pochodzenia, ale jeszcze poprosi o drugą, na wszelki wypadek.
Biorąc pod uwagę, że chciało nam się po nich spać do końca następnego dnia, musiały mieć w składzie rohypnol, w końcu zwykły aviomarin nie zadziałałby na typowego Bjørna.
Pigułka gwałtu czy nie, nie tylko całą podróż przeżyłam bez większego problemu, ale też dałam radę zjeść dwa talerze zupy rybnej i nawet nie musiałam sobie wyobrażać, że ujeżdżam delfina (true story, Ani sposób na chorobę morską).
Niestety, panowie: wielkość ma znaczenie.
Im większy statek, tym mniej nim buja.

W ogóle whale watching na Vesterålen wspominam z przyjemnością, nie tylko dlatego, że zupa była w sam raz.

Weźmy takiego kapitana. Prawdziwy wilk morski. Krótki rękawek, sandały na nogach i zmarszczki od wypatrywania czegoś ważnego na horyzoncie. Brakowało mu fajki, bo bokobrody już miał. Ahoj!
I teraz wyobraźcie sobie tego wilka morskiego, który:
a) cieszy się jak dziecko, na widok orki (kto by się nie cieszył!)
b) opowiada o zachowaniu wielorybów, przeprowadzając symulacje na przykładzie pluszowej maskotki.

Aww.











Dobrze, że nie wypraszali ze statku (albo przynajmniej nie kazali siedzieć pod pokładem) za zbyt krótkie obiektywy. Gdzie ja z moim zoomem 24-105 w porównaniu z lufami 500 mm i więcej? Przecież tym można zabić i nawet nie trzeba montować zapalnika.

Nie musieliśmy uwalniać orki, bo już była na wolności. Ale gdyby trzeba było, wiedzcie, że stanęlibyśmy na wysokości zadania!

Gdy wsiadaliśmy na statek, jeszcze nie wiedzieliśmy, że whale watching zamieni się w playful orca family watching, a Artur odhaczy kolejny punkt na liście czarno-białych zwierząt, które spotkał. Może to ściema i może każdemu mówią, że miał wyjątkowe szczęście, ale podobno mieliśmy wyjątkowe szczęście.
PS: wieloryby widzieliśmy też. Duh.
PS2: i tysiące ptaków. Do tej pory czułam się trochę jak looser. 3 razy na Islandii i ani kawałka maskonura. Na wyciągnięcie ręki miałam je wtedy, kiedy wybierałam magnesy na lodówkę w islandzkich sklepach z pamiątkami. W czerwcu – za wcześnie, jeszcze nie przyleciały. We wrześniu – za późno, już odleciały.
Czyli lipiec. Wreszcie mogę przestać się czuć jak z najgorszego sortu i dołączyć do klubu wtajemniczonych. Haha, widzieliście jak one śmiesznie startują? A jak niosą te ryby w dziobie, o ja nie mogę. Słodkie są, nie? Nic tylko schrupać; grillowane, w sosie teriyaki.

Tutaj drogi nasze i Biegunów się rozchodzą. My ich podrzucamy do Szwecji, żeby jeszcze kilka dni spędzili w deszczu (true story, do przeczytania tutaj), a sami wracamy do Polski. Swoją drogą, czy jeśli spędziliśmy w Szwecji dwie godziny to się liczy, czy nie liczy? Magnesu na lodówkę nie kupiłam, ale pinezkę na mapie chyba mogę przypiąć?

To nie rozprawka, że muszę napisać podsumowanie, ale wiedzcie jedno:
północ Norwegii > reszta Norwegii. Nie zaczynajcie zwiedzać Norwegii od północy, bo po Lofotach Trolltundze dacie jakieś 6/10.