Co u Ciebie jesienią? 2017

Pozostałe posty z serii znajdziecie tutaj.
Been tellin’ co u mnie since 2014.

Jestem medycznym ewenementem. Przeżyłam złotą jesień w wieku 28 lat.

Jesień 2017 to jak dotąd najważniejsze 3 miesiące w moim życiu.
Przeprowadzka do Poznania? Ślub? Pff, było wiadomo, że prędzej czy później pójdę z domu i wyjdę za Tomasza, ale wcale nie było takie pewne, że kiedykolwiek odważę się zmienić pracę. Stabilną, słabo płatną, bez możliwości rozwoju – ale za to do emerytury! Przecież z roboty w urzędzie się nie rezygnuje. Out there be monsters.

Aż przyszedł dzień, w którym ledwo usiadłam przy biurku, a już płakałam.
24 godziny później złożyłam wypowiedzenie.
I to był początek miesiąca miodowego.

Nie minęły 3 tygodnie, a na ręku miałam fulla: zaklepaną lepszą pracę, bilety na tydzień do Sarajewa i miesiąc w Nowej Zelandii przed sobą. I kilka tygodni opłaconego bezrobocia, do wykorzystania w całości na spacery, na które nigdy nie było czasu, zabawę we freelancera w coworkingu i wykreślanie punktów z listy nowych miejscówek z jedzeniem w Poznaniu (tak, mam taką listę).

Jeśli nie znosisz swojej pracy tak bardzo, że do kibla częściej idziesz sobie popłakać niż się wysikać – ten tekst napisałam dla Ciebie: jak zmienić pracę, będąc największym tchórzem na świecie?




Szwecja 53°20′53″N 16°34′24″E


Gdzie szwedzki design spotyka domek typu Brda. (Pod warunkiem, że spakujesz do samochodu taborety z Ikei.)

Ania ma ten sam problem, co ja: jak coś jest fajne, to nie zna umiaru.
To jest ten sam mechanizm, który każe mi zawsze dojadać jedzenie na mieście. Nawet brzegi od pizzy zjadam i wygarniam okruszki z talerza.
Dlatego połowę lata spędziłyśmy udając, że podróżujemy po Europie. Ach, te francuskie sery z Lidla na przystanku PKS w Paryżu (gm. Żnin). Ach, te długie letnie spacery po Lizbonie pod Szamotułami.
My po prostu nie rozumiemy: po co robić coś zwyczajnie, skoro można inaczej?
Tacy, jak my zakładają takie firmy, jak Apple. Wspomnicie moje słowa.

Zakończenie sezonu odbyło się w Szwecji, zachodniopomorskie. W prawdziwej Szwecji spędziłam dwie godziny, więc znam się i się wypowiem: nasza lepsza.
W Szwecji k. Wałcza państwo nie ma monopolu na sprzedaż alkoholu – za to jest monopolowy. I są kajaki.

Od miesięcy planuję duży wpis z podsumowaniem eurotripa – ale uparłam się, że najpierw zmontuję film.
Od miesięcy film jest gotowy – ale uparłam się, że muszę go poprawić. Od tej pory sprawy stoją w miejscu, ale jak już ruszą, to będzie post roku. Potraktujcie poniższe zdjęcia jako teaser.











Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam: lepszego tekstu niż w zeszłym roku na podsumowanie Marszu Równości nie napiszę.

To nie autoplagiat, to recykling treści.
Zresztą, w tym roku było tak samo (plus deszcz).

Więc mamy dwie strony barykady.
Po jednej wszyscy się uśmiechają i tańczą do George’a Michaela.
Po drugiej zagląda się innym do majtek, a jak coś się nie spodoba, to wiadomo: wypierdalać, jebać, do gazu.
Może to ja jestem zakuty łeb i – niezły paradoks – brakuje mi empatii, ale nigdy nie pojmę, jak zamiast otwartości na inność można wybrać niechęć i agresję? Po co? Nie wygląda, jakby łatwiej się z tym żyło.

Zresztą ja to ja, na mnie nikt nie warknie za to, że idę z moim mężem za rękę po mieście. Ale co czuły osoby, na które w ten jeden jedyny dzień nikt się nie krzywił, tylko i wyłącznie dlatego, że chłopak-z-chłopakiem czy dziewczyna-z-dziewczyną? Mogę sobie tylko wyobrażać.

Nic się nie zmieniło. Do zobaczenia za rok, może wymyślę nowe copy. A może nie, bo to stare jest ponadczasowe.




















W tym największy jest ambaras, żeby troje mogło na raz.

Nas troje, czyli: Tomasz, Rowerowy Poznań, i ja.

Rowerowy Poznań, czyli: grupa bez której w tym mieście byłoby 10 km ścieżek rowerowych – i na pewno nie łączyłyby się ze sobą.
Ucząc, bawi. Popularyzując, informuje. Działa aktywnie i przy okazji zawsze organizuje fajne eventy.

Dwie zasadnicze wady podróży:
1. trzeba z nich wrócić.
2. nie można być w dwóch miejscach jednocześnie, nawet jeśli coś ważnego dzieje się na mieście.
Dlatego, jak już wiedziałam, że w tym roku nie rozminiemy się z akcją Tweed Ride, wyjęłam z szafy biały kołnierzyk.

Tweed Ride, czyli: rowerowy przejazd ulicami miasta uczestników ubranych w stylu retro. Taki, że patrzysz i nie możesz się nie uśmiechnąć.

Od pięciu lat codziennie oboje z Tomaszem jeździmy rowerem. O ile ja to robię po cywilnemu i rower traktuję jako najszybszą formę przemieszczania się z punktu DOM do każdego innego punktu na mieście, o tyle u Tomasza jego zamiłowanie do gadżeciarstwa przerzuciło się na rowerowanie.
Okulary, kask, 10 lampek, opaski odblaskowe – dwie na ręce, dwie na nogach; na szyi komin, na plecach kurtka: inna od wiatru, inna zimą, inna jesienią jak pada, inna jesienią jak nie pada. Jeśli niesłusznie go otrąbisz albo wymusisz pierwszeństwo, możesz mieć pewność, że Tomasz dogoni Cię swoim odpimpowanym rowerem i wyjaśni, dlaczego nie miałeś racji. A potem wyciągnie Cię za fraki z auta i pobije.
Tak, dla wielu kierowców Tomasz jest jebanym pedalarzem.

Ale Tweed Ride.
Pucując pensjonarskie buciki, byłam całkiem zadowolona ze swojej vintage school girl stylizacji. Może nawet – myślałam, zapinając pod szyją biały kołnierzyk – wygram nagrodę za najlepszy strój?

Głos z offu: panna Ela była bardzo naiwna.
A stylizacje uczestników totalne. Retro po całości, łącznie z rowerem, wózkiem na psa, i psem. Patrzcie!
















Kto lubi mieć poczucie, że uczestniczy w czymś top secret? Że nie idzie tak po prostu ulicą, nie wraca z pracy do domu, ale wybiera się na zamknięty koncert, o którym wiedzą tylko zaproszeni?

(ja, ja, ja!)

Na koncercie zorganizowanym przez Sofar Sounds wszystko było bardziej niż się spodziewałam: bardziej domowo (dywany!) i bardziej z rozmachem jednocześnie (budynek!). Więcej ludzi, ale intymna atmosfera. Na żadnym koncercie nie usiadziesz tak blisko wykonawcy. Na żadnym koncercie nie słyszałam, że publiczność zachowywała się tak cicho i z szacunkiem.

Śledźcie profil Sofar Sounds Poznań, to może i Wam się poszczęści jako i mnie się poszczęściło!



Z mniej wesołych rzeczy: czy uda mi się jeszcze kiedyś napisać posta z serii co u ciebie, w którym nie znajdą się zdjęcia z protestów obywatelskich?

Na zdjęciach: Czarny Poniedziałek, The Sequel.



Kocham wschody i zachody słońca w górach, ale gdyby ktoś przystawił mi broń do głowy, mówiąc: do końca życia będziesz fotografować krajobrazy albo wydarzenia. Masz 5 sekund, wybieraj albo strzelam – nie miałabym problemu. Zostałyby mi jeszcze 4 sekundy na powalenie przeciwnika na ziemię.

Nic nie jest dla mnie za małe – wizyta na wsi, święta w domu, chrzciny siostrzeńca. Teoretycznie mogłabym usiąść do stołu, kiedy podawali rosół i wstać dopiero po torcie, ale jak usiedzieć, kiedy tyle się dzieje? Mam oczy do patrzenia, mózg do analizowania, aparat do fotografowania i portfolio do zaktualizowania.











Nie wiem kiedy – ani jak – do tego doszło, ale najwyraźniej dzieci mnie lubią.
Może to dlatego, że mam włosy jasne jak księżniczka, a może dlatego że nie mam problemu żeby wycierać kolana na podłodze? (jak inaczej jeździć autkami?)
Nie wiem – ale przysięgam, że Janek płakał, jak odjeżdżałam do domu. Przyszłam jako fotograf, wyszłam jako łamacz małych męskich serc.

Niezmiennie polecam usługi fotograficzne mojego miękkiego alter ego: Elżbieta Nieśmigielska. Fotografia ślubna, rodzinna i jaka chcesz.













W co u ciebie mam miejsce tylko na jedną stałą rubrykę: zamiast kota wskakuje Michalina – jest bardziej fotogeniczna. I da się ją przebrać za Harry’ego Pottera (niech chłonie przez osmozę, póki nie umie czytać).
Poza tym, jako jedyne dziecko mojej najlepszej przyjaciółki Michalina zajmuje szczególne miejsce w moim sercu, na karcie pamięci i na co dzień.

W ogóle, zauważyliście, że z odcinka na odcinek w serii pojawia się tu coraz więcej małych dzieci? Mam złą wiadomość – mniej nie będzie.

Jesteśmy w takim wieku, że jeśli się nie pospieszymy, zostaniemy sami na placu bezdzietnego boju, a szklankę wody na starość poda nam kot. A może blefuję i mamy w domu dwuletnie trojaczki? A może uważam, że planowanie rodziny to temat intymny i nie powinno się nas wypytywać, KIEDY? (mamo)?







TYLKO DLA POZNANIAKÓW:

Nie znam głupszego sposobu wydawania pieniędzy niż jedzenie na mieście
Nie znam przyjemniejszego sposobu wydawania pieniędzy niż jedzenie na mieście.

Klasyczna walka rozum vs serce. Ale spokojnie, to jeszcze nie jest problem.
Problem pierwszego świata zaczyna się wtedy, kiedy trzeba wybrać miejsce na śniadanie.

Spieszmy się kochać nową gastronomię – bywa, że nowe knajpy tak szybko odchodzą. Od kilku lat faktycznie prowadzę listę nowootwartych miejsc na mieście i czasami nie zdążę nawet wejść na kawę, bo przede mną był komornik.

Praca od 7:30 do 15:30 miała swoje plusy – szkoda tylko, że aby zjeść śniadanie na mieście, musiałabym wziąć urlop. Nic dziwnego, że pierwsze kroki po rzuceniu pracy skierowałam do kawiarni. Niejednej.

Bo wiecie, obywatelowi pierwszego świata nie wystarczy, że zje smacznie i wypije świeżo palone. On musi jeszcze posiedzieć w ładnym otoczeniu. I dlatego ze wszystkich miejsc, w których w pocie czoła przybierałam na wadze, wybrałam 3, które zasługują na gwiazdkę Michelin:

1. Wypiekarnia na Jeżycach | Kościelna 17
Najładniejszy wystrój na mieście. Bardziej uroczego (ale nie infantylnego) nie ma. Jedzenie, kawa i obsługa w porzo, wszystkie warunki spełnione, approved.

2. Parle Patisserie & Lounge | Grunwaldzka 33C
Drugi najładniejszy wystrój na mieście. Trochę dalej od centrum, ale bliżej mojego domu.
My wzięliśmy na śniadanie koszyki pieczywa francuskiego na słodko i na słono i do końca dnia nie jedliśmy nic. Kawy nie pamiętam, więc widocznie nie miałam uwag.

3. DOM na Śródce | Cybińska 13
Kolejny powód, żeby odwiedzić Śródkę alias enklawę hipsterstwa w Poznaniu. Bez białej kolażówki wstęp wzbroniony.
DOM = #monstera #smaleczfasoli #białeściany #midcenturymodern #wege #chlebnazakwasie
Można się śmiać, że takich lokali na mieście jest jak psów – ale nam się bardzo przyjemnie tam siedziało.

(pierwsze 3 loga i zdjęcia pochodzą z facebooka ww. miejsc)







Najlepsze kasztany na placu Pigalle, a najlepsze street photo na cmentarzu w Miłostowie przed 1 listopada.

Wiedziałam, że muszę odwiedzić jesienią to zapomniane ogniwo pomiędzy lasem, parkiem a cmentarzem. Nie tylko ze względu na złote polskie liście i nawet nie ze względu na światełka, które jako dziecko bardzo lubiłam, ale dlatego że próbuję zrozumieć to zbiorowe olewanie grobów zmarłych przez 90% czasu i zbiorowe nadrabianie zaległości przez dwa dni w roku.

Tak, chodzę na cmentarze – ale wyłącznie robić zdjęcia i na spacery. Nie, nie straciłam jeszcze w życiu nikogo naprawdę bliskiego – a nawet gdybym straciła, to tak się składa, że uważam, że jak ktoś umarł, to go nie ma.
A już na pewno nie patrzy na mnie z góry i nie sprawdza, czy położyłam stroik na grobie równo stoi.

A Wy? Wierzycie w życie pozagrobowe? Dajcie lajka (tak) lub serduszko (nie).







Wyjazdowo: jesienne miesiące na siebie zarobiły.

Miesiąc zarabia na siebie wtedy, kiedy z tego, co się dzieje mogę napisać więcej postów niż jest tygodni. Przykładowo: z tego co się działo we wrześniu powstały/powstaną 4 posty. Wrzesień wyszedł na zero.
Październik – to samo. Karkonosze, Dolomity, Szwecja, Sarajewo. A w listopadzie byliśmy w Nowej Zelandii.

Stan na 1 grudnia: jestem obstawiona materiałem na najbliższe pół roku. Teraz będę odcinać kupony. Najbliższy: za tydzień.