Austria: Alpen Liebe

Tu znajdziecie pozostałe posty o górach zimą.

Ślubował mi dwie rzeczy: że mnie nie opuści aż do śmierci i że pojedziemy w Alpy zimą.

2017

Pamiętacie, jak rok temu w styczniu mieliśmy jechać w Alpy, ale sprawdziłam pogodę na 3 godziny przed wyjazdem i okazało się, że jeśli zależy nam na widoczności większej niż 1 m, to lepiej zostać w domu? Pamiętacie ten smuteczek i opuchnięte od płaczu oczka?

Plany zostały, tylko góry się zmieniły – pojechaliśmy w Tatry.
Było ryzyko, była zabawa. I nagroda w postaci 3 dni jak z bajki, czyli ani jednej chmury na niebie – i tuziny ośnieżonych szczytów na horyzoncie. I wróciliśmy do domu, i żyliśmy długo i szczęśliwie.
Aż do następnej zimy. Temat: Alpy wrócił na agendę. W końcu Tomasz obiecał.

2018

Uwierzcie, że nie jest łatwo namówić Tomasza na wyjazd autem 1000 km od domu. Mogę płakać, błagać, grozić że się zabiję i nawet zostawiać ślady z keczupu na podłodze – on nie tylko się nie przejmie, ale jeszcze przez miesiąc nie posprząta.

Więc jeśli nie jako lew, to może jako lis? Skuteczniej na Tomasza działa raczej marchewka niż kij (wiadomo, jedzenie).
Podaję przepis, może i Wasz oporny mąż złapie przynętę:

    1. Zwabić go do punktu znajdującego się w połowie drogi.
    Ja to zrobiłam na sylwestra ze znajomymi w Czechach (będzie osobny wpis, a nawet krótki film!), ale Wy możecie też na weekend w Pradze albo na narty w Karkonoszach.
    2. Pokazać na mapkach, słupkach i wykresach, tę oczywistą oczywistość: że z Czech do Austrii to już rzut beretem. Bliżej nie będziemy. Kiedy jak nie wtedy? Obiecałeś!
    Pewnie, że wolałabym nie musieć tak manipulować. Wystarczyłoby, żeby Tomasz zgodził się od razu – i po kłopocie. Na końcu i tak przyzna mi rację, że było warto, więc po co się było szarpać?

Pr0 tip: Warto posługiwać się pomocami naukowymi (okna przeglądarki strategicznie otwarte na google images).

Nie ma ryzyka, nie ma zabawy.
Ale czasami podejmiesz ryzyko, a zabawa i tak Cię ominie.

Ci, którzy radzili rok temu jedź, ryzykuj, pogoda w górach zmienną jest – powinni mnie zobaczyć, jak wjeżdżałam kolejką na Krippenstein, 2100 m.n.p.m.
Kupka nieszczęścia z aparatem na szyi.

Pojechałam, zaryzykowałam, a potem połykałam łzy.
Moja historia w skrócie: zarezerwowała nocleg w alpejskim schronisku i nic nie zobaczyła.
Widoczność była taka, że musieliśmy pytać o drogę ze stacji kolejki do schroniska. Mieliśmy 100 metrów do przejścia.

Tak, pogoda w górach zmienną jest. Czasami zmienia się ze średniej na bardzo złą.
Górna Austrio, dlaczego nas tak nie lubisz?


krippenstein austria



Ale po kolei.

Zaczęło się nawet nieźle, w Hallstatt – alpejskim miasteczku tak uroczym, że znalazło się na liście miast, które skopiowano w Chinach w skali 1:1 (nie wiem tylko, jak rozwiązali kwestię Alp).

W chińskim Hallstatt na mieszkania stać chińską klasę średnią.
Nas w wariancie austriackim było stać na spacer – ale nawet i to nie było za darmo. Bo za wjazd należy się myto: miasteczko jest zamknięte dla ruchu kołowego, auto trzeba zostawić na jednym z parkingów. Nie darmowych, ale biorąc pod uwagę, jak dużym obciążeniem dla mieszkańców najpiękniejszej alpejskiej wioseczki o najwęższych uliczkach na świecie jesteśmy my i nasze selfie sticki – słusznie.
Nie wyobrażam sobie, żeby tymi dwiema wąskimi uliczkami na krzyż non stop jeździły (zawracały, trąbiły, szukały miejsca do parkowania) autokary.

Hallstatt można zwiedzić w godzinę, a można zostać na cały dzień.
Cały dzień to wtedy jak:
– czynna jest kozacka kopalnia soli z punktem widokowym (nie w styczniu)
– ścieżka na punkt widokowy nie jest tak zalodzona, że bez raków nie podchodź. Dobrze, że je mieliśmy, szkoda że w bagażniku.
– masz ochotę popłynąć stateczkiem na drugą stronę jeziora (nie mieliśmy)
– jesteś fanem protestanckich kościółków
– lubisz karmić kaczki
– przyjechałeś w sezonie i jest tyle ludzi, że pół dnia czekasz na miejsce parkingowe, a drugie pół w kolejce do zrobienia zdjęcia z postcard picture viewpoint

Czyli nie w styczniu. Nam na wszystko starczyły dwie godziny i bardzo miło je wspominam. Zwłaszcza że pogoda dopiero miała zacząć się psuć.

hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria
hallstatt austria

Hallstatt i Obertraun, to jak Kopciuszek przed i po północy.

Jako że w Obertraun nie ma charakterystycznego kościoła z wieżą (jeśli mam być szczera, to w Obertraun nie ma chyba nic charakterystycznego) – to nikt poza psem z kulawą nogą nie ma interesu w spacerowaniu tam.

Nie zdziwiłabym się, gdyby mieszkańcy Hallstatt chcąc uciec od tłumów, mieli domki letniskowe w Obertraun. 5 km dalej.

Więc po co my tam pojechaliśmy? Czy to dlatego że jesteśmy alternatywni i gardzimy mainstreamem?

A nie. Chociaż kusząca opcja.

Po prostu w schronisku znajdującym się 1,5 w linii prostej nad Obertraun (w pionie) mieliśmy zarezerwowany nocleg. Ten sam, który zarezerwowaliśmy rok temu i nigdy z niego nie skorzystaliśmy.
I w tym momencie dzieje się kilka rzeczy na raz:
– kupujemy bilety na gondolę
– zaczyna się załamanie pogody
– załamuję się ja

To tym wyciągiem płakałam, jak wjeżdżałam.
Biedna blogerka. Nie zrobi foteczek.

obertraun austria



Jęcząc i płacząc na tym łez padole.

Tani roaming w Europie ma dużo zalet, ale i jedną wadę.
Dopóki nie miało się za granicą dostępu do internetu, można było karmić się nadzieją na zmianę pogody.
Teraz na bieżąco sprawdzaliśmy prognozy i utwierdzaliśmy się w przekonaniu, że wszystkie te pieniądze: na paliwo, na wyciąg, na nocleg – równie dobrze można by wsadzić psu w dupę. Albo chociaż przejeść, a potem zrobić odsysanie tłuszczu.

Miał być zachód słońca w alpejskim schronisku – czyli mniej więcej najlepsza rzecz na świecie – były gorzkie słowa przelewane na klawiaturę we wspólnej jadalni. A myślicie, że wstęp do tego wpisu to kiedy się napisał?
Góry? No, kilka albumów stało na półkach. Nawet ładne zdjęcia.

Kilkanaście minut i kilkadziesiąt linijek gorzkich żali później zaszło słońce. Nie żeby to robiło jakąkolwiek różnicę.

Ja powinnam być zawodowym pomysłodawcą.

    Guma do żucia nasączona helem. Żeby efekt dłużej się utrzymywał.
    Tabletki na nietrawienie cukru. Do zażywania w trakcie posiłku (słodkiego). Aktywna substancja powleka cząsteczki glukozy nieprzyswajalną przez organizm powłoką i bezpiecznie odprowadza je do wyjścia.
    Balkony miejskie, wynajmowane na godziny. Dla takich jak ja, którzy nie mogą latem na tarasie, bo im blok budował Gomułka i musiał wybierać między mikroskopijnym mieszkaniem z balkonem, a bardzo małym mieszkaniem bez balkonu.

Dlaczego o tym piszę? Bo moim najnowszym pomysłem jest podręczny laser do miejscowego rozpędzania chmur. Ja mam ideę, jeśli Ty masz know how – zgłoś się! Zyskami podzielę się 1:1.


Nadzieja to za dużo powiedziane.

Ale mieliśmy cień szansy na to, żeby
być może
móc mieć
odrobinę
widoków
na możliwość
zobaczenia gór – według wszystkich prognoz, chmury powinny rozstąpić się następnego dnia pomiędzy 8:54 a 11:47. Te trzy godziny musiały nam starczyć na nadrobienie trzech dni.

Okno pogodowe miało się okazać oknem życia.
Więc jak tylko się uchyliło na oścież, wepchnęliśmy w nie głowę.
Śniadanie porzuciłam w połowie na rzecz różowej łuny na horyzoncie.

PS: Jeszcze niedawno nie wyobrażałam sobie, że słowo stuptuty istnieje. Myślałam, że ktoś robi sobie jaja z języka polskiego. Gdzie są grammar nazi, kiedy są potrzebni?
A dziś? Bez stuptutów nie wyobrażam sobie wyjścia zimą w góry. Jak inaczej padać na kolana przed potęgą natury?
Dodajmy do kompletu raki (również prezent gwiazdkowy) i możemy uznać, że na drodze: od lamera do bohatera wyszliśmy ze stadium poczwarki.
A że wjechaliśmy wyciągiem zamiast wejść na nogach, to pominę milczeniem.














Wielki granat

Jeśli życie daje Ci cytrynę 3 godziny ładnej pogody w górach, robisz 5 GB zdjęć.
Najpierw strzelasz z aparatu jak z karabinu – a potem zabijasz czas obrabiając za dużo fot.

Góry to mój miękki narkotyk.
Wiem, że nie zostanę jednym z tych super nagradzanych fotografów krajobrazów – ani nieszczególnie mnie to kręci, ani mi nieszczególnie nie zależy.
Wiem, że lepiej mojemu warsztatowi zrobiłyby porządne… warsztaty: reportażu, dokumentu. I że jeśli chcę się rozwijać jako fotograf, to czas i pieniądz powinnam wydawać na inne rzeczy.
Ale z drugiej strony: 9 na 10 najszczęśliwszych wspomnień z wyjazdów łączy się w mojej głowie z epickimi krajobrazami (reszta to Nowy Jork).
I CO TERAS? Zakopane czy Zimbabwe? Bergamo czy Bangladesz?

Nie zastanawia Was: po co? W Jakim celu czekaliśmy na okno pogodowe bardziej niż na zbawienie?
Abstrahując od oczywistego faktu, że znajdujemy się na wysokości 2100 m n.p.m. w Alpach i miło byłoby zobaczyć cokolwiek.

Krippenstein to jeden wielki punkt widokowy. Ale żeby żyło się piękniej, zamontowano dla turystów specjalną platformę widokową nad jeziorem Hallstackim (5Fingers). O takich platformach w przewodnikach piszą not for faint hearted.

Jest też Welterbespirale. Panorama 720°, jeśli się obrócisz dwa razy.

Tylko my, cisza i wielki granat. Jak dotąd, najlepsze 60 minut tego roku.



















Tik-tak, tik-tak

My tu gadu-gadu, pstryku-pstryku, a okno pogodowe zaczyna się zamykać.

Problem w tym, że do kolejnej atrakcji (taki tam, podwieszany most pomiędzy górami z przezroczystą podłogą) mieliśmy godzinę drogi. Nie licząc zjazdu na dół i wjazdu na górę. Szanse były jak 1:3, że zdążymy na styk i będziemy ostatnimi osobami, które tego dnia zobaczą cokolwiek ze szczytu.
Walczyć czy uciekać?
Szanse były jak 10:1, że Tomasz więcej żadnego wyjazdu w Alpy mi nie obieca.

Jedziemy! Ok google, navigate to: Dachstein!







Ok google, co to znaczy: Seilbahn außer Betrieb?

Wyciąg.
Nie.
Działa?

Aha, ok.

To znaczy nie ok, ale było mi już wszystko jedno.
Poprzednie popołudnie nauczyło mnie pokory, a dzisiejszy poranek – wdzięczności.
Gdybym nie miała tej godziny na górze, to bym płakała tak długo, aż bym się odwodniła i umarła – to chyba normalna reakcja, kiedy odpada Ci atrakcja, na którą czekałaś dwa lata?

A tak, wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy wypożyczyć biegówki.
Z okna samochodu Ramsau am Dachstein wyglądało jak copypaste z obrazka Pieter Brueghela. Różnica: zamiast zamarzniętej rzeki płynął strumień ludzi na biegówkach. Gdzie na swój pierwszy raz, jak nie tam?

5 stycznia 2018 to dzień, w którym skończyły się moje marzenia. Marzenia o tym, że będę kiedykolwiek jeździć ze swoim mężem na narty. Chyba, że zmienię męża, bo mąż już się nie zmieni.
W skrócie, gdyby miał powstać film o Tomaszu i biegówkach, nosiłby tytuł: Historia upadku.

Zwykłe narty są trudniejsze, myślałam.
Nie da się nie umieć na biegówkach, myślałam.
Poradzi sobie, myślałam.

It’s official: ze sportów zimowych Tomasz umie tylko w sanki.
Nigdy więcej i mam sobie wybić z głowy.





Wisienka na torcie Sachera

Kto przeprowadził się do Austrii? Ula z Adamant Wanderer.
Gdzie mieszka Ula? W Salzburgu.
Gdzie jest Salzburg? Godzinę drogi od Dachstein.

Jasne jak to słońce, które właśnie przestało świecić, że spotkamy się na piwo.
A także: na wino, austriackie tapas (mm, mortadela!), własnoręcznie skręconego papierosa (mm, dzięki Benjamin!), wizytę na miejskim targu (mm, sery!), śniadanie gourmet, oprowadzanie po Salzburgu, kawę w austriackiej kawiarni i kanapki na drogę. Mama takich Wam nie zrobi, jakie zrobiła nam Ula.

Spotkanie z Ulą i Benem to była wisienka na torcie Sachera tego wyjazdu. Polecamy tych allegrowiczów.
Potwierdza nawet Tomasz, któremu przy drugim piwie w Bierhalle i trzecim kęsie Erdäpfelsalat język rozwiązał się jak nigdy, nie poznawałam człowieka!

Myślałby kto, że jak się spotkają dwie blogerki to fotodokumentacją ze spotkania będzie można wytapetować pomieszczenie wielkości sali gimnastycznej.
A niekoniecznie.

Jak pies je, to nie szczeka.
Jak chcę się skupić na rozmowie z kimś, to nie robię zdjęć.
Stąd jedyne zdjęcie jakie mam z Ulą zostało wyproszone u Tomasza. Wyglądam na nim jak ludzik Michelin, ale po pierwsze – było zimno, a po drugie – mam się cieszyć, że je w ogóle zrobił.

PS: Wasze reakcje na instagramie Uli były tak entuzjastyczne, że powinnyśmy pomyśleć o objazdowym programie rozrywkowym. 2 bloggers, 1 show!

I tylko kierowcy żal.
10 i pół godziny drogi z Salzburga do Poznania, ale kierownicy nie oddał ani razu (bo Ty wolno jeździsz).
Nie wiem jak on to zrobił, ale to było najmniej bolesne przejechane 1000 km w naszym życiu. Może zaklinam rzeczywistość, a może Tomasz da się jeszcze namówić na alpejskie śniegobranie.
Przygotowanie strategii na przyszły rok czas zacząć!







Pst!

Zapisz się na najlepszy newsletter na świecie.
Kliknij w obrazek i czekaj na swój pierwszy numer. NÓWKA SZTUKA Nieśmigielska. SOON.