Przewodnik po Berlinie dla bardzo głodnych ludzi

Wydawałoby się, że skoro mieszkamy w Poznaniu, to nie ma prostszego przepisu na weekendowy wypad niż: Berlin. To powinien być standard: wstajemy w sobotę rano, na mieście nic się nie dzieje – to może Berlin?
Zjadłabym pad thaia – to może Berlin?
W Poznaniu pada – to może Berlin?
Nudzę się – to może Berlin?
Inteligentni ludzie się nie nudzą – w Berlinie.

I pewnie by tak było, gdyby nie mój mąż. Powinno się mówić: uparty jak Tomasz (i głodny jak Nieśmigielska).

Tomasz z Berlinem mają love-hate relationship.
Berlin kocha Tomasza, Tomasz nienawidzi Berlina (ale lubi z niego latać, bo szybciej się jedzie niż do Warszawy i zawsze jest gdzie zaparkować).

Po co powstały piramidy? Czy bóg istnieje? Pf, proste. (odpowiednio: dla lansu; nie).
Prawdziwe pytanie, na które ludzkość powinna szukać odpowiedzi (bo nie zna jej sam zainteresowany), to: co takiego Berlin zrobił temu Tomku, że on tak strasznie nie lubi tam jeździć?
Byliśmy w Berlinie kilka razy i za każdym razem Tomasz wyjeżdżał nakarmiony i zadowolony. A potem dopadała go amnezja – on nie pamięta, żeby mu się podobało. On do Berlina nigdy, nie ma mowy.
Czy to porachunki z poprzedniego życia? Zrozumiałabym, gdyby Tomasz był jedną z tych osób, które antyniemieckość mają w genach (znacie ich, to ci, którzy zawsze mówią Szwaby, chociaż żadnego Szwaba nigdy nie poznali) – ale nie, jest normalny. Nikogo nie nienawidzi, dopóki nie każe mu się sprzątać.
Więc co? Warum, Herr Thomas, im Namen Gottes?

Tego niezdobytego człowieka-twierdzę wzięliśmy szturmem z faktów dokonanych. Skrzyknęliśmy się z Biegunami, oni ze znajomymi:
Ala ma kota, a Ania i Artur mają Elę i Konrada. Ela i Konrad mają mieszkanie w Poczdamie. Poczdam ma blisko Berlin.
Ergo: Jedziemy w sierpniu do Berlina, mit dir oder ohne dich.

Nie powiedział tak. Powiedział TAK, ALE.
Ale to mój ostatni raz kiedy tam jadę.

Brr, powiało grozą.

PS: Pierwsze co zrobiliśmy po przekroczeniu granicy? No chyba, że zakupy! Niby jesteśmy w Europie, ale jeśli pierwsze co robimy po przyjeździe do DE to wizyta w supermarkecie, to znaczy że naszą zachodniość wymaga jeszcze ostatnich szlifów. Mi osobiście wystarczy, że będę mogła kupić w sklepie pod blokiem tęczowe płatki śniadaniowe z jednorożcem. I jak przestanie się bić cudzoziemców u nas na ulicach.





JEZUS MARIA NERKĘ BYM ODDAŁA ZA BERLIN, CO TEN TOMASZ

Przed wyjazdem poprosiłam Was na fejsie o rekomendacje: jak żyć, co żryć – i co robić, żeby być jak ein Berliner. Ale takie rekomendacje nie mniej niż 9/10, żeby następnym razem to Tomasz prosił mnie o wyjazd do Berlina, a nie ja jego.
Jesteście wielcy. Dostałam tyle porad, że mogłabym tam zamieszkać i przez pierwsze pół roku nie potrzebowałabym niczego szukać w internecie – chyba że na Tinderze, bo przecież Tomasz by został w domu.

Odhaczyłam ile mogłam. A że polecaliście głównie jedzenie – vox populi interneti, vox dei. Płakać nie będę na pewno, a na wagę po prostu nie wchodzę.
W związku z powyższym: będzie grubo. Czas służył nam do odmierzania przerw między posiłkami, a jedyne jednostki jakimi się posługiwaliśmy – to kalorie. Zjedzone, nie spalone.

PS: Ostatnio Artur czytał moje posty z Nowego Jorku i mówi, że zapamiętał tylko jedzenie, jedzenie, jedzenie – a ja na to, że za czytanie ze zrozumieniem to on ma 4/10 i że pisałam też o muzeach, parkach, promach, zachodach słońca. A on na to, że te parki to tylko po to, żeby mieć gdzie iść zjeść. Touche, może i tak było.
Nie inaczej będzie z Berlinem.

Brammibal’s Donuts, Maybachufer 8 | maple smoked coconut donut, 299 kcal/szt.

Wegańskie pączusie. Chyba jedyna miejscówka, która pasowała mi bardzo, ale pozostałym już tak średnio. Ciężkie jest brzemię city break plannera.
Teraz ile razy obiecuję, że zjemy coś dobrego, tyle razy słyszę w odpowiedzi ciętą ripostę: dobrego? Jak te pączki?
Dziwne, mi tam smakowało.

Ich wegańskość mi nie robiła, ale ich rozmiar – trochę tak. Dobre, tylko mało!
Ubolewam nad faktem że nie dość, że pączki ze swojej natury są dosyć niewielkie, to jeszcze ktoś postanowił im w środku wycinać dziurę.

PS: Jak się pewnie orientujecie, to nie jest ambitne street photo / documentary. Berlin to nie Sarajewo, gdzie śmiech staje Ci się w gardle za każdym razem kiedy zobaczysz podziurawiony pociskami dom (czyli każdy). To jest zapis letniego weekendu w dobrym towarzystwie. A że przy okazji wychodzi z tego całkiem zgrabny plan zwiedzania Berlina? Toż to dwie pieczenie (z tofu) na jednym ogniu.






MARKTHALLE NEUN WSZYSCY MOI ZNAJOMI CHWALĄ ZA JEDZENIE


Markthalle Neun, Eisenbahnstraße 42/43 | Focaccia ai 4 formaggi + cappuccino, 495 kcal

Markthalle Neun czyli: kiedy kupowanie świeżych kwiatów, owoców i warzyw stało się hipsterskie.

Bardzo lubię odwiedzać hale targowe. Nie bardzo umiem robić w nich zdjęcia, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że do Markthalle Neun na Kreuzbergu warto zajrzeć o dowolnej porze dnia i od samego wdychania zapachów wyjść o kilogram cięższym.

Radziliście spróbować coś od Sironiego – presja ogromna, bo metka najlepszej piekarni w Berlinie zobowiązuje.
Nasze motto: iść na całość, albo wcale. Czyli: jak focaccia od Sironiego to cztery sery – albo żadna.
Polecamy.

Zaraz, a czy ja w ogóle lubię Berlin?

Ogólnie: tak. Czemu nie. Jest ok.

Nie chciałabym się tam przeprowadzić, bo na dłuższą metę denerwuje mnie berliński syf (aczkolwiek, jak ostatnio patrzę na nasze mieszkanie…) i fakt, że każda powierzchnia służy jako podkład do graffiti – ale raz na jakiś czas przyjechać mogę. Przyjadę, pooddycham luźniejszą atmosferą, pokręcę głową, że jednak można egzystować w mieście, gdzie obowiązuje więcej niż jedna narracja: nasza, polska, katolicka. I wyjadę, i złapię się za głowę, bo znowu przeczytam na przystanku autobusowym, żeby jebać tego i chuj w dupę tamtemu.

Berlin to nie jest moje miejsce na ziemi. Berlin to moje miejsca do odwiedzenia na weekend raz na dwa lata. Rekomendacje na lato 2019 mogę przyjmować, mit Tomasz oder ohne Tomasz.






NO MNIE TAM KAPCIE SPADŁY PRZY TYM WYKURWIŚCIE WIELKIM POMNIKU SOWIECKIM W TREPTOWER PARK. ZDJĘCIA NIE ODDAJĄ SKALI. MOZAICZKA, DO KTÓREJ PROWADZĄ SCHODY, TEŻ NIENAJGORSZA.

Kapcie mi nie spadły, bo miałam mocno zawiązane. Przezorny zawsze ubezpieczony.

Co jak co, ale tak budować, żeby człowiek się czuł malutki, to dla Stalina umieli. Mieli rozmach, die Scheisskerlen!
Polecam podejść na górę, pod pomnik sowieckiego żołnierza, który na jednym ręku trzyma germańską dziewczynkę, a mieczem (!!!) przebija swastykę. Z każdym krokiem żołnierz robi się coraz większy, a Ty – coraz mniejszy.
Jakbym była Berlińczykiem i by mi postawili w mieście w 1949 roku taki pomnik, to bym na zawsze popamiętała, kto wygrał II wojnę światową. I komu nie podskakiwać.








JEŚLI JECIE MIĘSO TO MUSICIE POJECHAĆ DO BURGERMEISTER I ZJEŚĆ FRYTKI Z CHILI CON CARNE. DLA NICH WARTO WRACAĆ DO BERLINA RAZ NA KILKA MIESIĘCY

Burgermeister, U1 Schlesisches Tor, Oberbaumstraße 8 | 1/2 chili cheese Fries, 440 kcal

Na tym etapie byłam pewna, że jeśli zaproponuję kolejne miejsce z jedzeniem, to zostanę złapana za nogi i wrzucona do Szprewy. Z pełnym żołądkiem poszłabym na dno jak kamień.

Tymczasem: nie tylko wszyscy ustawili się w długiej kolejce do Burgermeistera, ale też byliśmy z Tomaszem jedynymi, którzy nie wzięli burgera, tylko frytki – na spółę. Taką ekipę rozumiem i szanuję.








JEŻU TO NIE JA JEDNA JEŻDŻĘ PO SKARPETY DO PRIMARKA?!

Pamiętam jak dziś: lato 2010 roku. Pierwszy dorosły samodzielny wyjazd na zachód. Jeszcze nie samolotem do Londynu, ale już nie autokarem do Czech.
Do Berlina!
Pamiętam że było mniej drogo, a bardziej brudno niż się spodziewałam.
I pamiętam rozczarowanie prosto spod wieży telewizyjnej: to jest ten słynny Alexanderplatz? Nie dość, że tu nic nie ma, to jeszcze jest brzydko. Tak to ja sobie wyobrażałam dworzec ZOO.

7 lat później umiem wymienić cały jeden powód, żeby pójść na Alexanderplatz. Znacie go: to Wasze i moje guilty pleasure.

Miejsce, gdzie się kupuje majtki i skarpetki.
Miejsce, gdzie traci się rozum na widok średniej jakości ciuchów. Bo są tanie.
Miejsce, gdzie kupisz kombinezon XXL minionka chociaż wcale go nie potrzebujesz – i jeszcze po drodze do kasy dorzucisz dmuchanego flaminga.

Primark.

Tak jest, kto był w Berlinie i nie kupił sobie nic w Primarku, niech pierwszy rzuci kamieniem.




JELENA ZABRAŁA NAS NA NIESAMOWITY SPACER, FRIEDHOF II PRZY BERGSTRASSE


Friedhof Sophien II, Bergstraße 29 | 0 kcal. (Ale w randomowej kawiarni obok wjechał sernik, kawa i pralinka. 625 kcal.)

Jedno z tych miejsc, do których docierasz i mówisz: no tak, cały Berlin. Eleganckie XIX-wieczne nagrobki, epitafia naskrobane gotykiem – i graffiti namazane sprayem. Z całym szacunkiem, ale Berlin najpierw kojarzy mi się z graffiti i zaszczanymi przejściami podziemnymi do metra, a dopiero potem z zachodnią luzacką metropolią.

A swoją drogą, że lubię za granicą odwiedzać cmentarze. Nie tyle się zastanawiam nad sensem życia, co tworzę listę top dziesięciu sposób grzebania zmarłych.
Najbardziej odpowiada mi południowoamerykański – na wnęki w ścianie. Efektywne wykorzystanie przestrzeni i duże możliwości personalizacji, what’s not to like?





CHYBA NIE BĘDZIECIE Z TOMASZEM NARZEKAĆ NA BRAK TOWARZYSTWA, ALE I TAK ZAPRASZAMY NA PIWO/WINO W PARKU ALBO NAD SPREWĄ. ALBO CHOCIAŻ ZBICIE PIĄTEK NA MIEŚCIE. NIE MIGAJ SIĘ, NIEŚMIGIELSKA!

Holzmarkt, Holzmarktstraße 25 | wino nad rzeką: 385 kcal/osoba.

Uważam, że tzw. spotkanie z czytelnikami to wielki przywilej pisarzy. A jeśli blogerów – to ekspertów od Czegoś Mądrego; a nie takich płotek co robią w heheszkach, jak ja.
Ja z czytelnikami spotkam się chętnie – tym chętniej jeśli w grę wchodzi białe wino, ale uwierzcie: będę o 100% bardziej zestresowana niż Wy. W końcu to ja muszę Was przekonać, że na żywo jestem tak samo bystra jak w internetach – nie odwrotnie.

Z Wiktorią i Piotrkiem spotkaliśmy się na Holzmarkcie – jednej z miejscówek, które w Berlinie są na porządku dziennym (nad rzeką, z gastro, street artem, muzyką) – a w Poznaniu czy Warszawie są jeszcze chlubnym wyjątkiem.

Wiktorio! Piotrku! Końcówki spotkania nie pamiętam, ale dopóki kontaktowałam, to było supermiło.

Morał: wegańskie wino mocniej kopie.

Oraz: nie wystarczy wstać od stołu, trzeba jeszcze wrócić do domu. Odyseusz miał łatwiej niż Tomek ze mną w S-Bahnie do Poczdamu.
Szkoda, że kupując na stacji benzynowej kubeczki na wino, nie pomyślałam żeby kupić torebki na powikłania po spożyciu. Ale jakby co – największe zaskoczenie tego roku – papierowa torba z Primarka też daje radę (pamiętajcie, żeby wyjąć ze środka zakupy).








OCZYWIŚCIE (…) POCZDAM, GDZIE MOŻNA SPĘDZIĆ WIĘCEJ CZASU NIŻ W SAMYM BERLINIE

Zgadzam się. Dlatego, chociaż pałac Sanssouccci mieliśmy za płotem, zwiedziliśmy tylko ogrody. I to o tyle, o ile wymagała tego sesja zdjęciowa Eli i Konrada. Przeznaczyć półtorej godziny na Poczdam to obraza majestatu, wolę to zrobić przy innej okazji i na poważnie.

Zdjęcia zrobiła Elżbieta Nieśmigielska, oczywiście. Któżby inny?









THAI PARK I MANGO STICKY RICE!

Thai Park, Brandenburgische Str. | pad thai, mango sticky rice, smażony chrząszcz i kawa mrożona po wietnamsku, 1000+ kcal.

Przez 5 dni w tygodniu figuruje na mapie jako Preussenpark im Wilmersdorf. Porządku pilnuje pomnik Borussi z brązu. Porządek musi być.

W pozostałe dwa dni w cieniu Borussii zjesz smażone chrząszcze i dostaniesz tajski masaż.
Witaj w Kulinarnej Republice Tajlandii. Ordnung muss nichts sein.

Thai Park to mój numer jeden w Berlinie, zarówno w kategorii oczekiwania, jak i rzeczywistość.

Wyobraźcie sobie: 50? 100? 150? 1000? przenośnych stoisk, a na każdym rządzi tajska mamma albo filipiński papa. Smażą, gotują, grillują. Kurczaki, warzywa, robaki. Pałeczki lizać.
A nad nimi jak sępy kołują stada głodnych Berlińczyków.

Napchałam się w opór i wszystko mi smakowało. Nawet robaki (fot. Bieguni).
Czy mi kiedykolwiek cokolwiek nie smakowało?
Pad thai jak pad thai, nie dość że smaczny, to jeszcze tańszy (funf euro) niż w poznańskiej La Ruinie –
ale mango sticky rice… to jedna z tych rzeczy, które się wybiera jako ostatni posiłek przed śmiercią. Popij słodką kawą po wietnamsku i czekaj aż cukrzyca Cię zabierze. Przynajmniej będziesz czuł, że żyłeś (dopóki miałeś wysoki cukier).

Całkiem serio wyobrażam sobie, że wsiadam w sobotę rano do auta, jem pad thaia na obiad w Berlinie i wracam na kolację do Poznania.













FAJNE TEŻ BYŁO ZOO W BERLINIE CHOCIAŻ RACZEJ Z POZYCJI ODWIEDZAJĄCEGO, BO ZWIERZĘTA OCZYWIŚCIE MIAŁY MALUTKO MIEJSCA

Jeszcze całkiem niedawno tak strasznie narzekałam na azjatyckie ogrody zoologiczne.
Na największym kontynencie na świecie byłam w całych dwóch, co oczywiście uprawniło mnie do wydawania sądów: bo w Azji wszystkie ZOO są betonowe, brudne i smutne. W domyśle: nie to, co w Europie.

Widać tak dawno nie byłam w polskim ZOO, że zdążyłam je wyidealizować. Albo ostatni raz byłam tak mała, że wszystkie klatki i wybiegi wydawały mi się wielkie.
Bo i w berlińskim Zoologische Garten i u Gucwińskich przeżyłam deja vu. Hej, trochę rozumiem po co się zakłada takie miejsca i nie jestem przeciwko – jestem przeciwko betonowym klatkom 2×2 metry dla zwierzęcia, które normalnie miałoby dla siebie cały las.
Ja bym chciała, by żyło się lepiej – wszystkim. Ale jem mięso, więc morda w kubeł, bo co ja wiem o empatii.

Z punktu widzenia User Experience berlińskie ZOO oceniam jednak wysoko. Nie nastałam się w kolejce do pandy, zobaczyłam z bliska pływające hipopotamy (hillarious!), a wybieg dla słoni z wieżowcami w tle rozwalił mój, przepadający za takimi kontrastami, mózg.

PS: Wszystkie memy podpisane LIKE A BOSS powinny przedstawiać pandę.
Spójrzcie na nią – ona nie siedzi, ona się rozpiera. Codziennie defilują przed nią tysiące ludzi.
Gryzie tego bambusa jakby żuła kokę i patrzy na nas z góry, chociaż z dołu. Co ona sobie myśli?

berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo
berlin zoo

I to już koniec, proszę wycieczki.

Jeśli na hasło jedzenie reaguję obrzydzeniem, to chyba znak że czas najwyższy wracać do domu, do rzodkiewki i chudych serków. No chyba że znajdzie się miejsce na małą kawę i frytki w Macu przy autostradzie.

Przyjechałam do Berlina wyposzczona, wyjechałam upasiona.

Pół żartem, pół serio kupiłam Tomkowi w Primarku skarpetki. Motyw przewodni: I HEART BERLIN. To znaczy – on myślał, że dostaje skarpetki, a tak naprawdę dostał zaproszenie do udziału w badaniu. Założy, nie założy? Kocha, nie kocha?

Założył. Nosi. Może to zwykłe skarpetki, a może to znak, że mam planować weekend w Berlinie na lato 2019.


Pst!

Zapisz się na najlepszy newsletter na świecie.
Kliknij w obrazek i czekaj na pierwszy numer. NÓWKA SZTUKA Nieśmigielska. SOON.