BUDAPESZT

jak każdy szanujący się niskobudżetowy turysta, tak i my skorzystaliśmy z wiecznych promocji na trasie budapeszt-warszawa.

kilka słów na początek i cisnymy ze zdjęciami!
w budapeszcie jest wszystko. i woda, i góry, jaskinie i gorące baseny. w każdy pierwszy dzień miesiąca na ulicach przy co drugiej kamienicy na chodniku leży czyjś dobytek (ktoś wie o co chodzi?). nikt nie wciska bransoletek przyjaźni. ceny takie, że nie trzeba lizać szyb wystawowych. na weekend i na dłużej, budapeszt poleca się.

garść uwag praktycznych:
peszt > buda (ta część bez zamku > ta część z zamkiem).
nigdy więcej miejsc typu all you can eat. człowiek to świnia i będzie jadł, dopóki nie pęknie. (ok, może tylko ja. ale dawali kluski z makiem, co mogę poradzić)
na węgrzech mają pyszną kiełbasę. jak będziemy dorośli i będziemy podróżować z bagażem nie-podręcznym, to kupię sobie ze sto pętek.
niestety – choć cukraszd jest tam od groma, to 90% bazuje na wypiekach z mrożonego ciasta francuskiego. dla kogoś, kto lubi zjeść porządną drożdżówę z kruszoną (kruszonę z drożdżówą) oznaczało to wegetację na muffinach ze starbucksa. życie!
łaźnie – fajna rzecz. można kozaczyć że się leży na odkrytym basenie, chociaż na dworzu jest zimno. ale żeby cały dzień tu spędzić? i co, może jeszcze leżeć w wodzie, odpoczywać i nic nie robić? nie po to robię wymarsz o 8:30, żeby potem wypoczywać (tfu!).

  

telefony dla ludzi różnego wzrostu. każdy inni, wszyscy równi.

ktoś może powiedzieć, że bardzo symboliczną wymowę ma to zdjęcie:

o, takie jaskinie  mieli w tym budapeszcie. a w nich najstarsze w europie rysunki naskalne

ludwig museum, przyjemne. byliśmy też w muzeum sztuk pięknych, ale w przejściowym okresie pomiędzy wystawami, więc np. cezanne’a już zwinęli, a najcenniejsze rzeczy trafiły do konserwacji. ale bruegel był, nie zabrali.

powiem jedno: podwórka w budapeszcie wygrywają. naprawdę, jestem ekspertem w dziedzinie i tak rozbudowanego systemu studni połączonych klatkami schodowymi jak żyję, nie widziałam.


mroczna strona zamku vajdahunyad  w parku miejskim (od drugiej strony jest ‚renesansowo-barokowy’). na zdjęciu tomek grzeje dupę z widokiem na największe lodowisko w europie (żartuję, lodowisko było obok, ale w podobnym stanie) i marzy żeby ta chwila się nigdy nie skończyła.

w tropicarium każdy ma 9 lat (niektórzy mniej)

terror haza. kolejne z nowej fali muzeów, gdzie wszystko gra i buczy, a nie tylko że się przesuwasz przed gablotami i czekasz aż przewodnik skończy gadać i można iść z klasą do mc donalda. na plus, że nie przeładowane treścią (vide: wilnoryga). na minus: nie wszystko przetłumaczone na angielski.

dzielnica żydowska, erzsebetvaros, obecnie wylęgarnia hipsterstwa. sporo się tu burzy, by jeszcze więcej pobudować. z ciekawych miejsc polecam printę, za ładne rzeczy do kupienia (gdybym tylko nie wyglądała w  większości białych tiszertów jak w piżamie).

na wzgórzu gellerta. jakby nie można było wytyczyć prostej ścieżki do góry/na dół, tylko zakosami!

metro zupełnie nie jak z ‚kontrolerów’

i coś, na co wszyscy czekali. pan z misiem na głowie kusi dzieci cukierkami.

in the unlikely event of landing in water (bud-waw)

w tym miejscu maruder pojechał do domu, a ja wprosiłam się do klatki i pojechałyśmy do muzeum neonów (i zjadłyśmy najgorszy obiad w życiu w mr pancake’u, przypominam. haters gonna hate). super inicjatywa; pamiętam jak parę lat temu nie mieli przestrzeni wystawowej, a teraz wyobraźcie sobie: magazyn pełen neonów, powoli przestają się mieścić. i z tym soho factory też fajny deal.

następne grubsze wojaże dopiero za pół roku (chociaż…), ale za to w bardziej odległe miejsce. zagadka geologiczna: będziemy trochę jakby w ameryce. bez podpowiadania bo będą pobite gary!

  • niedługo już cała jewropa będzie znała tę małpę w czapcę (pun intended).

  • Wspaniałe, cudowne zdjęcia!
    Pytanie o zwiedzanie – korzystasz z jakiegoś serwisu wybierając te hipsterskie miejscówki, czy to kwestia przypadku/własnych przygotowań? Ja ciągle nie mogę ogarnąć zwiedziania dużych miast

    • śmiejesz się ze mnie! :>
      wiesz co, nigdy nie jadę bez przygotowania. jeśli to dłuższy trip, to kupuje przewodnik i rozpisuje sobie trasy, uzupełnione o miejscowki z relacji innych ludzi bądź stron typu: likealocalguide.com albo inyourpocket.com. plus szukam konkretnie, pod kątem muzeów/galerii, murali etc. jeśli to tylko weekend, wystarczą mi internety. no i zawsze jak nam się podoba jakaś brama/ulica – idziemy tam, stamtąd do kolejnej i kolejnej.

  • pierwszy neon stał na balkonie u mojego kumpla, w tajemnicy przed jego mamą (a siostrą pani założycielki muzeum), zawsze mnie rozczula ta historia :) a poza tym przeglądam stare posty bo szukam wizualnych inspiracji dokąd by tu pojechać ;)