KEINE GRENZEN – THORN UND DRESDEN

pisząc te słowa, mam na swoim koncie pierwsze sukcesy w dorosłym życiu na legalu. otóż po obronie musiałam wracać do pracy, zamiast ustawiać się w kolejce pod pośredniakiem.
pochwalę się też, że wdrażam 30 dniowy ‚new habit challenge’ – klikam w linki udostępniane na facebooku, żeby trochę podgonić z muzyką, bo nie jestem na bieżąco odkąd rozpadło się take that.
i czytam codziennie, więc na klatę przyjmę rekomendacje książkowe.

zalegają mi na dysku i sumieniu zdjęcia z dwóch miast, odwiedzonych ostatnio. daję je razem, bo mają szereg wspólnych mianowników: wyjazdy tam wzięły się trochę znikąd, mają w nazwie ‚r’, więc tomek nie może ich wymówić i oba mi się niby podobały, ale nie do końca, więc nie czułam się zobligowana do przywiezienia magnesu na lodówkę. jedno niby polskie, ale trochę niemieckie. drugie niemieckie, ale przez moment trochę polskie, a już na pewno zbudowane częściowo za nasze pieniążki. pewnie niektórzy się cieszą, że zalało.
po raz pierwszy (i drugi) się rozczarowałam. pozostanę jednak przy wyjazdach wyczekanych i planowanych, dlatego z notesikiem i ołówkiem szykuję się już niedługo na katowice.

żeby mieć jakikolwiek fotokontent, musiałam przerobić kilka zdjęć na artsy b&w. z góry sorry za tę tanią sztuczkę.

w toruniu byliśmy w boże ciało i trochę nas zaskoczył jezus w miasteczku uniwersyteckim, ale zdążyliśmy uciec zanim nadszedł (akurat podjechał autobus do centrum). nota bene kampus bardzo elegancki, mimo upływu czasu. csw podobało mi się umiarkowanie – dobrze, że były plakaty bogusławskiego i taras widokowy. piernika nie jadłam, pogryzły mnie komary i obtarły buty, więc nie udało nam (mi, to ja kuśtykałam) się dokuśtykać na kępę bazarową, bo musieliśmy już wlec się na dworzec, w końcu mieliśmy tylko godzinę na przejście 1 kilometra. zawsze sobie kpię z tomka, że a to go kolana bolą, a to mały paluszek lewej nogi ciśnie, ale tym razem myślałam, że się nie doczołgam do pociągu. co ciekawe, tomek ze mnie nie drwił. touché.

kiedy ‚wtf’ to za mało:

drezno z kolei to miasto-wydmuszka. nie było szansy w te kilka godzin obejść coś więcej niż ścisłe centrum, w tym zwinger i muzea, więc mogę być niesprawiedliwa, ale gdybyśmy przyjechali tu specjalnie 400 km na własną rękę zdzierając opony w polo 4×4, to bym się zdenerwowała. gdyby nie gościnne występy dominiki, to w ogóle nie miałabym po co aparatu wyciągać. dzięks dominiczka!

najważniejsze nie zawiodło: altemeister vs. neuemeister. z tego pierwszego oczywista nie mam zdjęć – co mnie zawsze boli/dziwi. chętnie pstrykałabym nie tyle ekspozycji jako takiej, ile wnętrzu/ludziom/ludziom we wnętrzu. ale nie wolno, bo jeszcze wydrukuję sobie potem odbitkę tych aniołków od madonny sykstyńskiej 10×15 w automacie w rossmannie zamiast kupić pocztówkę za 2 zł.
w ‚nowych’ muzeach podejście nieco luźniejsze, ale nie zawsze. w każdym razie, nowi mistrzowie > starzy mistrzowie (wyjąwszy niderlandy). nowe muzea > stare muzea.







 
najlepsze i tak było foto z budki, moje pierwsze w życiu. najważniejsze, to spełniać marzenia.

dobra, koniec narzekactwa. w ramach wypełniania noworocznych postanowień – na tyle drobnych, zebym wiedziała, że je spełnię (pozostałe to: ufarbować włosy na różowo i pojechać w góry – double check) powracam do analoga, tzn. robię kolorowy film na próbę. a jeśli nam się nie znudzi, kupujemy chemię i sprzęt i będziemy się bawić jak za dawnych lat. a jeśli nadal nam się nie znudzi, to słyszałam że mikołaj kupi mi na urodziny dianę mini (nie mylić z tabletkami anty).