CZY AMSTER JEST MASTER

Nie warto jechać do Amsterdamu – pociągiem Euronight Jan Kiepura. Nie wierzcie, że rozłożycie się wygodnie na sleeperetkach (bo ich nie ma), ani że dojedziecie na czas. Hint: w zależności od ‚szczęścia’, można się załapać nawet na 50% ceny biletu odszkodowania, wystarczy, że opóźnienie wyniesie ponad 2h. Niezła okazja, to prawie jak zarobić.

Potwierdzamy: w Amsterdamie wszyscy jeżdżą na rowerach i palą zioło. I to prawda, że w niektórych oknach wieczorami stoją gołe panie. Przez dwa dni z kawałkiem dużo więcej nam się nie udało odkryć, ale dzięki temu, że jestem doskonałym tourplannerem, wyszliśmy poza ustawowe minimum tj. kanały i muzea.

Ok, więc pierwsze co powinniście zrobić po wyjściu z dworca to:
a) kupić kartę miejską, gdyż nawet przy umiarkowanym korzystaniu opłaca się jak mało co;
b) pójść na pierwszy prom od lewej na przystani, który zabierze was na tereny NDSM (‚czy chodziło ci o: BDSM?’). Po naszemu to taka była stocznia, jeszcze nie zabudowana apartamentowcami, gdzie w wielkim hangarze kręcą się hipsterskie biznesy. Obok stały sobie: porzucony tramwaj, autobus z których wysypywały się jakieś graty, i grill – myślałam, że to jakaś komuna hipisów tam obozuje. Do tego muzyczka z magnetofonu, dzieciaki sypiące konfetti i pani na wózku inwalidzkim z naklejką ‚BMW’. Wszyscy uśmiechnięci, nikt na nas nie zwracał uwagi. Do dzisiaj nie wiem w jakiej rzeczywistości równoległej się znaleźliśmy.

W Amsterdamie jest chyba tyle samo muzeów, co kanałów. W subiektywnym rankingu pierwsze miejsce przyznajemy Muzeum Van Gogha, bo akurat jego obrazy warto obejrzeć na żywo, skoro sa prawie 3D.
W Rijksmuseum strasznie zniechęcają tłumy, dlatego przyjemniej zwiedzało nam Stedelijk.

Nemo to takie londyńskie Science Museum 10 lat temu, bardzo 00’s. Ale za wygląda jak statek, a gigantyczną powierzchnię dachu zamieniono na najlepszy taras na mieście.

Atrakcyjność malutkiego centrum architektury Arcam zalezy od wystawy czasowej. My akurat nie trafiliśmy, ale warto monitorować, zwłaszcza że to dwa kroki od Nemo.

Na tych kartkach były zestawienia before/after. Na przykład: Warszawska starówka przed/po odbudowie. Sylvester Stallone przed/po operacjach.

Średnie okazały się oba muzea fotografii: FOAM i Huis de Marseille. Kwestia ekspozycji, ale jeśli największą atrakcją jest ogród na tyłach, w dodatku widziany przez szybkę, to coś jest nie tak.

Eye Film Institute takoż (chociaż można obejrzeć Odyseję kosmiczną Kubricka za darmo w dwuosobowym minikinie, w razie czego 3 godziny w deszczowy dzień do zagospodarowania). Do Eye fajnie podpłynąć (wszystkie promy z przystani są bezpłatne) obejrzeć chociażby z bliska budynek. Jest jeszcze coś: napis ‚I AMSTERDAM’ stoi tu zupełnie nieoblegany, w przeciwieństwie do tego pod Rijksmuseum. Zarzekałam się, że nie będę miała pamiątkowej fotki jak łażę po literkach, ale szybko pękłam.

Poniżej Adamski prezentuje jak bezpiecznie schodzić. Ja podpowiem, że wchodzi się najlepiej po ‚t’ albo ‚e’, ale trzeba mieć kogoś, kto podsadzi dupsko.

A, to tylko publiczna biblioteka. Siedmiopiętrowa, czynna do późnego wieczora, z tarasem widokowym na wypasie. Czym tu się podniecać, mało takich u nas?

U klasyka gatunku: obrazki z Amsterdamu. Rowery i kanały.

 

Tak dużo luster to tylko w Amsterdam Museum.
Żywy dowód ewolucji:

Co do noclegu: po raz kolejny korzystaliśmy z Airbnb – coś takiego jak couchsurfing, tylko że się płaci (więc można wymagać). A płaci się mniej niż za łóżko w hostelu.
Ciekawostką jest, że mieszkaliśmy w Bijlmer – to niegdyś ogromne blokowisko, na którym długi na 900m falowiec z Gdańska wydawałby się w sam raz. Pod względem bezpieczeństwa – podobno lepiej byłoby mieszkać na Dębcu niż w Bijlmer. Nawet kiedyś spadł tam samolot. Od lat 90 osiedle systematycznie modernizowano i na chwilę obecną z przyjemnością bym tam zamieszkała. Tak to się robi ‚na zachodzie’ (wiem, inna skala, inna forma własności, inne pieniądze. co nie znaczy, że nie można równać w górę).

Kulinarnych uniesień z braku czasu nie doświadczyliśmy. Najlepiej wspominam polskie borówki i holenderskie ciastka na śniadania. Muszę się jednak wypowiedzieć w sprawie frytek: jak ktoś je na zmianę mrożone z piekarnika albo te suchary z Mc Donalda, to faktycznie może się udławić z zachwytu. W rzeczy samej dają tu po prostu dobre, domowe frytki – identyczne mieliśmy w zwyczaju robić 100 lat temu średnio raz w tygodniu, a i majonez jakby ten sam. Idę o zakład, że w Holandii też używają Pomorskiego.

Nawiasem mówiąc, dopiero w porównaniu z rolką Rollei zrobioną przez Tomasza na me super widać, jak małe i miałkie są powyższe obrazki. Sam zrobił, sam wywołał (ale te rzeczy z łazienki to mógłbyś sprzątnąć), sam zeskanował, sam obrobił w pocie czoła. Polecam, i wcale nie dlatego, że znam człowieka. Zdjęcia do obejrzenia tu.

Tych kilka poniżej to moje. Tomka są tylko lepsze!

  • mth

    Może Amster nie jest master, ale foty są!

    Koziołek ;)

    • ależ nam się bardzo tam podobało, tylko środek transportu inny bym wybrała ;)

  • Malwina

    Biblioteka wymiata! :)

  • Świetne zdjęcia! Nie mogłem oczu oderwać! :)

  • Aaa, jeszcze jedno… co z tym pociągiem? Ile się jechało łącznie? Co było nie tak?

    • Nieśmigielska

      kurczę, już nie pamietam, ale w jedną stronę mieliśmy 3 czy 4 h opóźnienia, więc jechaliśmy łacznie z 16-7 godzin? a i tak po drodze nas przesiedlili do jakiegoś ekspresu, żeby było szybciej. ludzie którzy częściej nim jeżdżą mówili że to wcale nie taka rzadkość, pociąg stoi często kilkadziesiąt minut zanim go wpuszczą na stacje. cała noc masz zwykłe siedzenia, chociaz obiecywali rozkładane do spania. i w drugą stronę też opóźnienie, prawie 2h. przynajmniej reklamacje rozpatrzyli bez problemu, zarówno ze strony pkp jak i db.