ISLANDIA CZ. I: WULKANY, OWCE I ZIMNE LODOWCE

Nie wiem dlaczego, ale każda relacja z wyjazdu na Islandię zaczyna się od wyliczenia liczby przejechanych kilometrów. Proszę bardzo: objechawszy wyspę dookoła, w tydzień zrobiliśmy 3600. Nie wiem po co to się podaje, ale piszę, bo jeszcze ktoś powie, że nie byłam, a fotki ściągnęlam z google images.
Przejechaliśmy dwie rwące rzeki.
Jedliśmy wieloryba i kilka innych stworzeń.
Widzieliśmy zorzę polarną (ok, zórzkę).
W hostelach zawsze była ciepła woda.
Wypróbowaliśmy wszystkie smaki skyrów (białko!).

Nie roszczę sobie praw do omawiania know-how na temat Islandii, ale zanim zapodam te mnóstwo zdjęć z dowcipnym komentarzem odautorskim, kilka rzeczy napisać muszę:
każdy wie, że na Islandii kochają nasze Prince Polo, ale że w Akureyri czerwone światła są w kształcie serduszek – to na pewno breaking news.
Nie wypożyczać tam samochodu 4×4 to jak iść w klapeczkach w góry. W interior nie wjedziesz, więc równie dobrze można kupić obwoźną wycieczkę takim busem z Reykjaviku, co kursuje do najpopularniejszych (najsłabszych) atrakcji. Na najlepsze widoki trafialiśmy po zjechaniu z asfaltu na drogi, których nie można było nawet nazwać szutrowymi. Gorzej jest się przesiąść z powrotem do Polo (Tomkowi dalej się wydaje, że nie musi uważać na dziury).
Polecam termin na przełomie sierpnia i września. Ceny o wiele niższe, nie ma problemów z noclegiem (a rezerwowaliśmy codziennie inny z kilkugodzinnym wyprzedzeniem), a pogoda trafiła nam się jak marzenie. Po zjechaniu z fiordów zachodnich – słońce. Deszcz zaczął padać jak byliśmy w drodze na lotnisko.
Koniecznie spakować buty trekkingowe. Do tego ciepłe ciuchy, od deszczu i wiatru, żeby nie było płaczu.

Na wylocie z Reykjaviku zaczyna się: góry, owieczki, koniki, wodospady. Jesteśmy zachwyceni nie wiedząc jeszcze, że to tak naprawdę jedne ze słabszych widoków jakich przyjdzie nam się nachapać.
Niżej: opera w Reykjaviku, gdzie niektórzy doświadczyli białych nocy.

Zjeżdżamy na półwysep Snæfellsnes. Wiało i padało (co okaże się niczym w porównaniu z Fiordami Zachodnimi następnego dnia), ale jest ocean. A jak jest ocean to musi wiać i padać, żeby były fale. Te klify same się nie zrobiły!

Za to jak wyszło słońce na pół godziny, rzuciliśmy się robić zdjęcia, żeby potem na facebooku pokazywać jaką mieliśmy ładną pogodę w razie gdyby się okazało, że to jedyny słoneczny moment przez cały tydzień.

Kolejny dzień to już Fiordy Zachodnie. Rozumiem, że Snæfellsnes jest po to, żeby wiatr miał się gdzie rozpędzać. Wiało tak bardzo, że kapotę trzeba było zakładać w dwie osoby.

Icelandic baywatch!

Takie tam, pierwsze lepsze widoczki z drogi

Dnia trzeciego, z Husaviku na północy wybraliśmy się na tzw. whale watching. To znaczy: w absurdalnie grubym (moja talia…) waciaku bujasz się 3 godziny kuterkiem po zatoce żeby spotkać wieloryba, który wypłynie na powierzchnię albo i nie. Ponieważ opisuję 100% prawdy i zero ściemy, przyznam się, że jako jedyna rzygałam. Podobno zrobiłam to dyskretnie (za pierwszym razem). Niemniej, nie byłabym taka pewna, czy bez tego wieloryb przypłynąłby tak chętnie i Tomek mógłby zrobić poniższe zdjęcie!

Popołudniu pojechaliśmy nad Myvatn. Jak to zwykle bywa, samo jezioro, pseudokratery, czy Dimmu Borgir z wybetonowanymi ścieżkami pomiędzy formacjami zastygłej lawy nie robiły takiego wrażenia (co ja, zastygłej lawy nie widziałam?) jak np. Krater Hverfjall, na który trzeba było się namęczyć, żeby wejść.

Jaskinia z podwodnym gorącym źródłem. Nie wiem na co czatowali panowie ze statywami po drugiej stronie, ale ja się zaczaiłam na nich, bo śmiesznie wyglądali.

Okolice Myvatn są o tyle ciekawe, że tam już zaczyna się dymić i bulgotać. Śmierdzi jajem jak sto pięćdziesiąt. Czekałam, ale nikt już więcej nie puścił pawia.

Na styk przed wieczorną szarówką zajechaliśmy pod (nad) najlepszy z wodospadów na Islandii. mój aparat już nie wyrabiał, dlatego wyręczę się google images: Dettifoss. Tomek niby odważny siedzi nad przepaścią, ale na bank był cały zesrany.

Zhakowalismy Fiordy Wschodnie jadąc przełęczą Öxi. Może i najwyższe drzewa na Islandii to są dla nas liche brzózki, ale mech mają najlepszy na świecie. Przy okazji urządziliśmy wyścig o żebrolajki do pierwszego zdjęcia z Islandii wrzuconego na facebooka. W chwili wyjazdu chyba był remis: 19:19:19:19. przynajmniej nie przegrałam!

Dojeżdżamy do lodowca – Vatnajökull, piękna sprawa. Z godzinę skakaliśmy po krach, ale nie udało nam dotrzeć na stały lód, skubany jest zawsze o wiele dalej niż się wydaje.

 

Proszę paniom, a Dawid psuje lodowiec!

 

Wrzucanie kamieni do wody chyba jest zabronione, bo chwilę później Dawid wpadł po pas w błoto. Żałuję, że nie mam zdjęcia, ale za bardzo się śmiałam żeby utrzymać aparat. Za to jak już się naśmialiśmy, to bardzo współczuliśmy chłopakowi, więc to nie jest tak, że nie mamy sumienia.
Poniższa sytuacja zainspirowała mnie do ukucia super riposty: twój stary pierze gacie w rzece spod lodowca. Na licencji creative commons.

Koniec części pierwszej, bo ile można!

  • Już mówiłam, ale powiem jeszcze raz – CUDOWNIE. Powinnaś być tak popularna jak adamantwanderer jeśli nie sto razy bardziej. Trzymam kciuki za Twój blożkowy sukcesik.

    lu

    • sukcesik się nie robi sam, a ja się wstydzę i nie umiem promować. ale dzięks, żu!

  • Ojej! Jak świetnie że tu trafiłam (a to dzięki adamantwanderer btw), bo super jest poczytać o Islandii, do której się niebawem wybieram. Niebawem, jak niebawem, ale wczoraj spontanicznie kupiłam bilety i wylatuję w czerwcu na 3 miesiące! :D

  • Gosia

    hej ! chcialam zapytac o ceny na islandii, glownie chodzi mi o hostele, wynajecie auta :) a zdjecia sa przecudowne ! zreszta jak cala islandia <3