SRI LANKA: FOOD PORN

Do poczytania także: POZOSTAŁE CZĘŚCI RELACJI Z WYJAZDU oraz PODSUMOWANIE KOSZTÓW.

Jeszcze w trakcie wyjazdu byłam pewna, że pojawi się na blogu food porn ze Sri Lanki, a czytający będą się ślinić do monitora, ale prezentacja zdjęć wśród rodziny i znajomych dała mi do myślenia.
Reakcje były zgodne, niektórzy tylko inaczej dobierali słowa.
Od: i wy to musieliście jeść? po: wygląda, jakby ktoś wam na talerz narzygał.
W każdym razie, pojechaliśmy tam, żeby jeść. A że karmią tam dobrze, za grosik i rzeczami, których u nas nie kupisz w żadnych delikatesach – pokażę Wam, od czego przytyliśmy.

Food stylistą nie zostanę, ale co poradzić jak największa ochota na robienie zdjęć przychodziła mi w pędzącym autobusie albo bujającym pociągu?


Może na początek coś lekkiego.

Na załączonym obrazku w odblaskowej kamizeli stoi pan kanapka z pociągu. Raz przysiadł koło mnie, więc udało mi się zajrzeć mu do koszyka.

A tam wcale nie było kanapek!

Raczej smażone krewetki i przekąski z soczewicy; kawa, herbata, coś zimnego do picia, albo złote łańcuszki. Ponieważ mało kto od nich kupował, to i my podchodziliśmy do tematu ostrożnie.
Przy okazji, właśnie sobie uświadomiłam, że post o jedzeniu zaczęłam od pokazywania tego, czego NIE zjedliśmy, gratulacje.

train food vendor sri lanka


Są dwa rodzaje miejsc, gdzie dają jeść.

Co innego to hotel, a co innego restaurant.

Hotel to tam, gdzie jest obskurnie (weź bar mleczny Pod Arkadami w płocku i pomnóż go 10 razy). Przy stolikach siedzą Lankijczycy i dogadasz się pokazując palcem ile i czego chcesz. Nie dogadasz się jeśli chcesz zapytać o składniki potrawy.

W hotelach scenografia wyglądała zawsze tak samo. Lepiąca się plastikowa cerata na stole i talerze owinięte folią (tak!). Genialne w swojej prostocie: po zjedzeniu folię się zawija, zostają w niech resztki, a talerz czyściutki i już następna osoba może z niego jeść.
Osoby nie lubiące zmywać – oto patent dla was. Pomysł na biznes: folie na talerze.

Restaurant, to tam, gdzie usadzą się w oddzielnej sali dla białasów, podadzą laminowane menu (a w nim część western i dopiero potem srilankan) i zapłacisz 200% normalnej ceny (czyli w przypadku obiadu dla dwóch osób – 16 zł).
Serio, kto jedzie do Azji żeby jeść pizzę czy spaghetti i być obsługiwanym przez pana w białej koszuli?

Są jeszcze uliczni sprzedawcy, u których kupimy bardziej przenośne rzeczy, jak samosy albo smażona ciecierzyca.
Cena? Koło złotówki za sztukę/porcję.

street food sri lanka
street food sri lanka
hotel sri lanka


NA CIEPŁO:

Wiemy gdzie, to teraz może – co. Najbardziej typowe jest rice&curry, czyli kopiasty talerz ryżu (domyślna opcja na głowę to gdzieś 3-4 woreczki) + cała masa dobrego do tego:

– jest curry, czyli mięso z sosem.

– zawsze jest dhal – pyszna pasta z soczewicy (próbowałam zrobić sama z jakichś pr0 przepisów, krok po kroku, przyprawy nawet przywieźliśmy oryginalne – nie to samo)

– marynowane/gotowane warzywo: nam się trafiały fasolka, buraczki, bakłażany i duszone mango.

– do tego coconut sambol (rzecz chyba najbardziej zbliżona o oryginału, którą udało nam się odtworzyć w domu) – w moździerzu utarty kokos, ostre papryczki, cebula i limonka.
Jeśli do sambola dodamy suszonego tuńczyka bonito (ma ktoś dojście do w miarę taniego?), otrzymamy najpyszniejszą rzecz pod słońcem, która nigdy nie miała szansy załapać się na zdjęcie: lunu miris.

– i chrupiący placek papadum. Pamiętacie przysmak świętokrzyski kupowany na przerwie w szkolnym sklepiku? To jedliście papadum.

Więc to jest nasz obiad z restauracji. Gwoli ścisłości, Tomka talerz jest na górze, cała reszta jest moja.
OM NOM NOM.

restaurant sri lanka

Jemy rękami.

To znaczy ręką – tylko prawą, bo lewą robimy co innego (dlatego warto nosić że sobą papier toaletowy). Bez problemu podadzą nam sztućce, ale ja tam wolałam sposób like a local.
W każdym hotelu jest kran z wodą, a czasem i rozwodnionym mydłem w płynie.

Na zdjęciu: francuski piesek je łyżką vs. szamanie paluchami. Przy okazji jest to mój coming out: nie wyglądałam ładnie na sri lance. I co z tego?

rice and curry

Kraśnieliśmy z dumy, widząc że jemy to co lokalsi i czuliśmy, że jest ostre, ale jeszcze nie na granicy życia i śmierci. Pf, myślałam, że się przynajmniej spocimy przy jedzeniu.

Za którymś razem dopytałam i okazało się, że po lankijsku to wszystko było medium spicy i normalnie lankijczycy jedzą o wiele ostrzejsze rzeczy.
Aż wreszcie raz trafiliśmy na curry tak pikantne, że nie wiem czy bardziej lało mi się z nosa czy z oczu.
Drugi raz tak miałam w domu, jak Tomek zrobił sambol: ugniótł suszone chili, dodał posiekane chili i na koniec sypnął łyżeczkę chili w proszku, na bogato!

sri lankan food
sri lankan food
sri lankan food
sri lankan food
seafood curry

Zdjęcie nieostre, owszem, ale oświetlenie w hotelach było żadne, a już i bez tego się ze mnie śmiali że cykam fotki talerzom.

Tu z kolei mamy opcję na kolację: kottu (Tomek wymyślił, że to na pewno z kota. Kot-tu. napiszcie proszę, że to bardzo zabawne, będzie mu miło).
Podawane wieczorem, nie wcześniej.
Podstawą kottu są pokrojone placki rotti; można dodać do nich jajka, kurczaka, rybę i warzywa. Wszystko razem zostanie posiekane na metalowych blachach wielkimi tasakami (wygląda i brzmi to tak – akcja od 00:25)

kotthu sri lanka

Naiwnie myślałam, że jak zamawiam kurczaka, to dostanę pierś.
Figa!
Z kurczaka dostaje się to, co akurat jest.

Tutaj przed spożyciem ostatniej wieczerzy na Sri Lance: chicken biryani (proszę zauważyć wielkie jajo na twardo na talerzu, to ważne!).
Ze smuteczkiem zostawiłam połowę, bo już była szósta i nie chciałam jeść za dużo węgli na kolację.

chicken biryani

I nasze ostatnie śniadanie na wyspie: te naleśniki to dosy z chili chutneyem i sambarem z mango; jedzone było w Negombo.

thosai sri lanka

Po lewej na dole widać zestawy śniadaniowe w woreczkach.
Generalnie wszystko tam pakowano w (stare gazety/kartki z zeszytów, oraz) foliówki.
Kupiłeś w sklepie banany: jeden czerwony, jeden duży żółty, jeden mały żółty? Dostaniesz je w 3 osobnych torebkach.

sri lankan food

Wszystko powyższe je się na talerzu, w końcu trudno wziąć do ręki curry z kurczakiem.
Teraz pokażę, co można kupić jak chcemy coś przegryźć, tak z łapy do papy. Grab’n’go.

Typowa wystawka ze spożywką wygląda tak:

street food sri lanka

I zawiera: samosy, fish roll, dhal (wszystko, co z soczewicy to dhal, tu akurat smażona w głębokim tłuszczu), string hoppery i rotti.

Rotti – podstawa żywienia na Sri Lance.
Rotti czyli placki: jedzone same, bądź z jajkiem wbitym w środek, serwowane z chili.

egg rotti

Jeśli dodamy kokosa a stracimy na elastyczności, wyjdą nam coconut rotti, zbite i okrągłe (z prawej). Z lewej mamy samosy. Zależność chyba była taka, że samosy w panierce jak krokiety miały w środku warzywa i jajko, a takie niesmażone – same warzywa.

samosas sri lanka
samosas sri lanka

Tu pan wyrabiający rotti za szybką. Za każdym razem jak widział, że próbuję mu zrobić zdjęcie, przestawał wyrabiać ciasto bo myślał, że chcę żeby mi zapozował.
Dzięki wielkie, teraz nie będziecie wiedzieć, jak się robi placki.

rotti sri lanka

Hoppery to też placki, ale ze sfermentowanej mąki ryżowej. Jak zaczyn swoje odstoi, wlewany jest do tych patelenek ze zdjęcia i smażony pod przykryciem. Wychodzą wcale fajne chrupiące miseczki z ciasta. Serwowane z wbitym jajkiem i czarnym pieprzem zamieniają się w egg hoppery.

Są jeszcze string hoppery, ale nie wiem kto taką nazwę wymyślił.
String hopper to placek z klusek. Dosłownie. Je się go na identycznych zasadach jak zwykłe rotti.

string hoppers sri lanka
hoppers sri lanka
egg hopper sri lanka

Powód, dla którego rok 2013 okazał się przełomowy w moim życiu: nauczyłam się jeść jajka.

Po prostu.

Jak tu nie spróbować egg hoppera albo egg rotti? Przecież nie będę za każdym razem wydłubywać nadzienia. Potem gładko weszło jajko na twardo z kurczakiem biryani, a w domu już na lajcie na kolację smażę omlety.
To brzmi bardzo zwyczajnie, ale ci, którzy mnie znają wiedzą, że mogłabym oznajmić że jestem w ciąży (albo byłam i już wyskrobałam, bo mam metkę lewaka), a i tak nie przebiłoby to faktu, że oto zaczęłam jeść jajka.
Zaczął się nowy rozdział w moim życiu.


OWOCE

Ja śliniłam się na każde mijane stoisko z jedzeniem, za to Tomkowi świeciły się oczka jak tylko widział napis fruit juice.

No bo właśnie, owoce.

100 razy czytałam pretensjonalne opinie, że to co my kupujemy jako mango albo ananasa w markecie ma się nijak do ich prawdziwego smaku i zawsze myślałam, że ludziom to się jednak w dupach poprzewracało.
Wchodzę teraz pod stół i odszczekuję. Nie ma nic lepszego nad świeże żółte mango czy ananasa.

Z ciekawostek, oprócz mango i papai na górze po lewej mamy woodapple, czyli zdrewniałe jabłko. Smakuje tak, jak wygląda, czyli nadgnite jabłko w twardej łupinie. Mi tam smakowało, Tomasz podziękował.
No cóż, jedni lubią jak im Cyganie grają, a inni zgniłe jabłka.

fruit sri lanka

Takie tam: marakuja na plaży z braku noża otwierana kradzioną łyżeczką (zwinęliśmy ją z McDonalda w Mediolanie i jest nam wstyd, ale nie na tyle żebyśmy ją odesłali z powrotem).
I świeżo zmiksowany sok: pomarańcza, ananas i mango. Tomek wiele zrobi dla takiej szklanki.

fruit juice
pineapple
ananas

Musiałam bardzo mocno googlać, żeby to wynaleźć. Kathu atha, bardzo soczyste i o lekko gąbczastej konsystencji. Podobno leczy raka!

soursop sri lanka

A tego nawet w googlach nie znalazłam. Nieważne, bo i tak było strasznie kwaśne, nie jedzcie.

sri lankan fruit

Woda z kokosa ma tylko 19 kalorii na 100 ml, jest sterylna i super zdrowa, więc kokosy piliśmy na potęgę.

Zabawna jest metodyka kupowania na targu: targujesz się z jednym panem, sprzedaje ci drugi, który musi zapytać pierwszego, za ile.

coconut sri lanka


SŁODKIE:

Lankijczycy lubią słodkie. Co oznacza, że słodycze = cukier w różnych postaciach zabarwiony smakiem czegoś (to znaczy, wiem że taka jest definicja słodyczy), ale to trochę tak jakby jeść zawsze na deser baranka cukrowego.
Raz wzięłam w pociągu kawę na spróbowanie. Słuchajcie: u mnie w rodzinie krążą legendy, jak to moja mama słodzi cappuccino w proszku ośmioma łyżeczkami cukru. No więc, takiej słodkiej kawy jak robią na Sri Lance, nawet moja mama nie pije.

Zdarzały się wyjątki. Levariya – czyli string hopper zawinięty w rulon z nadzieniem z cukru, kokosa i czasem cynamonu. Najlepsze na ciepło.

levariya

Dla jednych obrzydliwy, dla mnie – uroczy był fakt, że wszystko pakowano nam albo w gazety albo w kartki z zeszytów. Ta pochodziła chyba z zeszytu od matematyki.
Na zdjęciu sezamki i krówki z daktyli. Dobre.

sri lankan sweets

Po prawej: same daktyle i zwykłe krówki.
Po lewej: jedna z lepszych rzeczy dla mnie (zdania są znów podzielone) – bardzo pudrowy cukierek z mąki ryżowej z dodatkiem kardamonu, aluwa.
Nie od razu się wiedziało, czy to będzie na słodko, czy jednak na słono. Dopiero po chwili wygrywała słodycz.

sri lankan sweets

Intrygowały nas te czerwone żelki.
Okazały się – oczywiście! – potwornie słodkie i jednocześnie bardzo soczyste.
Niżej: mung kavum, z mąki mung, ale nie przypomnę sobie smaku.
Po prawej cukrowy baranek z imbirem w formie tabliczki, kupiony od pana kanapki z autobusu. Niemożliwy do zjedzenia na raz, nawet w dwie osoby.

sri lankan sweets

Jest jeszcze halape – słodkie nadzienie zawinięte w słodki elastyczny placek zawinięty w niesłodkie liście bananowca.

halape sri lanka

I asmi, z zewnątrz chrupiące, w środku miękkie. Szału nie robiło.

asmi sri lanka

Na to ciastko po lewej napaliłam się jak łysy na suchary – w witrynce stało jako tea cake, więc wyobrażałam sobie coś na kształt japońskich słodyczy z zieloną herbatą. Facepalm! Tea cake równa się przecież herbatnik. Za to ta kulka obok pyszna, z chałwowym nadzieniem.


Jak tak na to wszystko patrzę, to zaczyna mi świtać, czemu spódnica noszona latem zimą opina się ciaśniej na dupie.

Niniejszym zamykam temat wyjazdu ze Sri Lanki. 8 części i miesiąc pisania to dużo do zniesienia.

Teraz będę miała do powiedzenia mniej, ale za to na różne tematy. Dzięki za cierpliwość!

  • Super relacja. Zwłaszcza temat słodyczy, którego jakiś nie rozkminiałem na miejscu a teraz widzę że trzeba było. Moja relacja jedzeniowa same same but different;) http://trzyposilkidziennie.blogspot.com/2013/04/sri-lanka.html
    Zdjęcie z trekkingu w Ella każdy chyba robi sobie w tym samym miejscu;)

  • keram

    dzięki za relacje – lecimy tam za 2 tygodnie więc dobrze podpatrzyć co ciekawego można zobaczyć i zaplanować

    • Nieśmigielska

      dobrze wiedzieć że to co piszę się faktycznie może komuś przydać, bardzo się cieszę!

  • To czerwone kwaśne to może być acerola.