NA DACZY
Nie da się jednocześnie i jeździć pod namiot i chodzić do pracy i siedzieć na mieście i pisać postów i chodzić spać o 22. Już i tak przesunęłam godzinę policyjną na 23, co oznacza że śpię tylko 7 godzin dziennie. Ten niedobór się kiedyś na mnie odbije.
Z dwutygodniową obsuwą prezentuję klasyczne fotostory z działki nad jeziorem. Mamy tu wszystkie fazy: od zachodu słońca nad pomostem, przez ognisko i gitarę, wschód słońca nad wodą, czil w hamakach o poranku, po plażowanie w południe.
Zawsze to mówiłam: kocham działki. Na własny użytek wprowadziłam nawet typologię: są działki małe (pracownicze ogródki działkowe) i działki duże (dacza w lesie nad jeziorem). Kocham je wszystkie. Na starość może zachce mi się grzebać przy swojej, a na razie chętnie korzystam jak ktoś mnie zaprasza.
Wyjazd jest składową programu treningowego „z namiotem na Islandię w 2015 roku”. Noc na działce to nie jest może survival, ale od czegoś zacząć trzeba. Projekt nie finansowywany ze środków Unii Europejskiej.
Teraz będzie wstydliwe fotowyznanie, na pewno stracę kilku lajkerów. Nie używałam RAWów – bo trzeba je obrabiać dwa razy, bo zajmują dużo miejsca na dysku a ja właśnie mam mało miejsca na dysku (RAW to taki format, gdzie piksele nie zlewają się w czarną plamę tam gdzie jest ciemno i w jasną, tam gdzie jasno).
Któregoś dnia Tomek powiedział: dosyć! Zamknął mnie w komórce o chlebie i wodzie i powiedział, że nie wyjdę, dopóki nie przerzucę się na pracę w lightroomie. Dla was różnica żadna, a dla mnie oznacza to że nad każdym zdjęciem siedzę 2x dłużej i zaczynam patrzeć z wyższością na jpgi, tak mało da się z nich wyciągnąć. Dla porównania: to tak jakbym w piwnicy miała cruisera za 3 tysiaki, ale uparcie jeździła na wigrach bo łatwiej się je wynosi po schodach.
To jedziemy: faza pierwsza – zachód słońca nad jeziorem.
Gdybym o każdej osobie ze zdjęcia miała napisać po jednym zdaniu, o Pawle napisałabym że ma działkę w Nepalu (true story). Kasię powinno się pokazywać na godzinach wychowawczych w całej Polsce jako wzór aktywności: góry, crossfit, squash, bieganie półmaratonów w 30 stopniach. A tu człowiek dojeżdża rowerem do pracy i już myśli że odbębnił swoje trochę ruchu.
Ognisko płonęło, knieje szumiały, kiełbaski się spiekały. Nie trzeba być harcerzem żeby wczuć się w klimat. Żałuję tylko, że nikt nie poprowadził odpowiednio mojej edukacji w zakresie piosenek do ogniska, więc jeśli chodzi o śpiewy przy gitarze, znałam słowa tylko do „Stokrotki” (bynajmniej nie tej T.Love).
O wschodzie słońca zaliczyliśmy mały fail. Słońce wschodziło po złej stronie – nad lasem zamiast nad jeziorem. Że też akurat tego dnia!
Dom mody Tomasz Adamski: kolekcja haute couture.
Kto rano wstaje, temu pan bóg wszystkie wolne hamaki i pustą plażę daje.
Hamak. Niby kilka linek i kawałek materiału przywiązany do drzewa, a ile radości. Obligatoryjnie do każdej działki powinien być dołączony zestaw hamaków dla całej rodziny.
Bujanie na hamaku owszem (byle nie za długo, choroba lokomocyjna), ale plażowanie to nie moja (nomen omen) działka. Lepiej byłoby dla mnie, gdybym się nie opalała. Zdążyliśmy popatrzeć jak Paweł płynie pontonem z demobilu (znowu true story, ponton z alianckiego śmigłowca) i wracaliśmy do domu, bo obowiązki czekały – jeszcze trzeba po drodze źle ustawić nawigację i się zgubić, a Poznań Gallery Weekend sam się nie odwiedzi!
