NOWY JORK CZ. X

Previously on niesmigielska.com:
Cz. I, w której Tomek i Ela zostali wpuszczeni do Ameryki i jedli kolację w Central Parku ze szczurami.
Cz. II, w której Tomek i Ela wyruszyli na poszukiwanie prawdziwego chińczyka do Flushing, Queens.
Cz. III, w której Tomek i Ela jedli lunch na schodach The Met.
Cz. IV, w której Tomek i Ela płyną promem i ślą pocztówkę z Central Parku.
CZ. V, w której Tomek i Ela bez szwanku przechodzą przez rosyjską dzielnicę.
CZ. VI, w której Tomek i Ela jedzą tyle, że aż dziwne że nie pękli.
CZ. VII, w której Tomek i Ela robią jedyne w dziejach tego bloga selfie – na Top of the Rock.
CZ. VIII, w której Tomek i Ela stawiają na lokalność i nie byli ani razu na Manhattanie.
CZ. IX, w której Tomek i Ela są na tyle odważni żeby robić zdjęcia Żydom-dzieciom, ale Żydom-dorosłym już nie.

10., jubileuszowy post nowojorskiej epopei. Mam dla was wspaniałą wiadomość: koniec już widać. Majaczy na horyzoncie.

Dzisiaj nadal jesteśmy na Williamsburgu, co oznacza że będą: Żydzi, jeszcze więcej ortodoksyjnych Żydów.
Mam wrażenie, że przepływ ludzi na Williamsburgu odbywa się tylko w jedną stronę. O ile czasem jeszcze jakiś hipster zaplącze się na sztetlu, o tyle mogłabym godzinami czatować po hipsterskiej stronie na chasyda żeby go przyprzeć z aparatem do murala – i stawiam dolary przeciwko orzechom, że bym się nie doczekała.

jewish williamsburg
alt
alt
alt

O, a te zdjęcia z chłopcami na trójkołowych rowerkach bardzo lubię, jedne z moich ulubionych.
O, a po zrobieniu zdjęcia z dziećmi za kratami spadaliśmy w podskokach, bo dzieci wołały mamę.

alt
alt

Koniec tego dobrego, ile można podglądać Żydów. Wracamy pod mostem do XXI wieku do świata, w którym każdy zarabia jako freelance graphic designer i jeździ rowerem. Gdybym miała pokazać hispterski Williamsburg w pigułce, wyglądałby tak.

Pamiętajcie! Systematyczna podaż kalorii gwarantem udanego zwiedzania. Do monodiety opartej na monocukrach dobrze byłoby dorzucić przynajmniej raz na kilka dni trochę witamin, dlatego na pizzy z Motorino obok boczku położyła się brukselka. Tomkowi średnio smakowała, ale ja na nią złego słowa nie powiem.

alt

Polecam spacer przez Most Williamsburski. Widoki jak widoki, człowiek się po czasie przyzwyczaja i wieżowce na Manhattanie traktuje jak bloki na Orła Białego, ale najlepsza jest możliwość zaglądania ludziom na dachy i podwórka – a tam same różne dziwne rzeczy. U nas host trzymał plastikowego flaminga, tutaj ktoś miał wielką bombkę. Różni ludzie, różne potrzeby.

alt
alt
alt

Tak jest, przeszliśmy się po Moście Williamsburskim tylko po to, żeby zaraz wracać metrem z powrotem na Brooklyn. Kto bogatemu zabroni?
Idąc przez Dumbo do Brooklyn Bridge Parku czuliśmy się jak na starych śmieciach, w końcu tu nas przyniosło pierwszego dnia. Swoją drogą, nie wiem czy nie najlepsze w wyjazdach jest doświadczanie czasu, człowiek ma wrażenie że żyje 2x dłużej. Nikt mi nie wmówi że tydzień spędzony w pracy, a tydzień spędzony w podróży to jest te same 7 dni.

alt
alt
alt
alt

Mieliśmy dwa powody żeby wrócić do Brooklyn Bridge Parku. To znaczy ja miałam dwa, Tomek miał jeden, statystycznie mieliśmy po półtora.
Pierwszy: odznaczyć kolejny check na liście „best places for watching sunset in New York”.
Drugi: Photoville 2014 – the largest annual photographic event in New York City. A jak coś jest „the largest” i „in New York City”, to nie w kij dmuchał: 51 wystaw w kontenerach cargo i 13 wystaw nie w contenerach cargo. 60 minut na ogarnięcie całości i ja jedna; nic dziwnego że nie udźwignęłam ciężaru i jedyne pytanie jakie mam dziś w głowie to:
jak się nazywał ten pan co robił mi zdjęcia, bo zgubiłam wizytówkę?

Były zdjęcia ludzi robiących zdjęcia, teraz będą zdjęcia ludzi oglądających zdjęcia.

photoville 2014
photoville 2014
photoville brooklyn bridge park
photoville new york
alt
alt
alt

Photoville obejrzałam dosłownie w biegu, od kontenera do kontenera. Z powrotem do Tomka też biegłam, nie tylko dlatego że tak go bardzo kocham i nie mogę bez niego żyć, ale żeby zdążyć na zachód słońca i w końcu zjeść czekoladową babkę z piekarni Onega Heimishe. Czasem łapię się na tym, że gdybym miała jedno życzenie do spełnienia, tylko dla siebie (zostawmy kwestię pokoju na świecie – to załatwi za mnie pierwsza lepsza miss), chciałabym żeby „jeść” nie równało się „tyć”.

Jak się okazało, zdążyłam też na czyjeś wielkie meksykańskie wesele. Najlepszego!

alt
alt
alt

Szyld lodziarni Odd Fellows wpadł mi w oko już w południe, ale hipsterzy nie otwierają przed 13:00, nawet jeśli dzień jest upalny.
W Odd Fellows jedliśmy dwa smaki: jeden nie zapadł mi w pamięć więc widocznie nie był tego wart, ale drugi zapadł podwójnie: cornbread, cornbread über alles.

Czekoladowa babka i lody na kolację, już dawno przestałam wchodzić na wagę.

alt

Jeśli kiedyś nie marzyłam nawet że zobaczę Nowy Jork, to pójście na koncert, do klubu, jak szary nowojorczyk, w ogóle nie wliczało się do sfery marzeń, po co psuć sobie nerwy. Po wykupieniu biletów na lot, w fazie „mogę wszystko”, Tomek zaczął szukać – i co się okazało? W czasie naszego pobytu grają The Dandy Warhols. A bilety są 2x tańsze niż gdyby grali w Polsce. Jasne, łatwiej przetransportować zespół ze stanu do stanu niż za ocean, ale jak przeczytałam że za wejście na The Black Keys w lutym w Warszawie trzeba zabulić 170 zł, to z punktu mi się odechciało jechać.

Nie jeżdżę po koncertach od kilku ładnych lat, ale jeszcze pamiętam te kolejki przed wejściem do Stodoły. Naiwni jak dzieci, stawiliśmy się pod drzwiami The Music Hall of Williamsburg o ósmej zero zero.
To był błąd. Nie pomyślałam, że będziemy czekać nie tylko na godzinę na wejście, ale też godzinę na support i godzinę aż support skończy grać. Spoko, po prostu zasnęłam z głową na stoliku i jakoś to minęło. A potem to już weszli Dandy Warhols i nawet od połowy było dobre nagłośnienie!
(Tak jak słuch mam dobry, tak ze wzrokiem u mnie słabo. O tym, że Courtney Taylor-Taylor miał warkoczyki dowiedziałam się przy przeglądaniu zdjęć w powrotnym metrze.)

alt
alt
alt
alt

Coś mi mówi, że nie wracamy z paniami z tego samego koncertu.

Przyznam sie też, że cały następny dzień nie zdejmowałam opaski z koncertu. Śmieszne? Przypomnij sobie: swoją opaskę po Openerze ściągnąłeś na drugi dzień czy może jednak nosiłeś do następnej edycji, niby to przypadkiem wystającą spod mankietu? Albo może nosisz do dziś. I to jest dopiero śmieszne!

alt

  • zdjęcie z dziećmi w oknie jest tak cudownie creepy, że patrzyłam na nie przez kilka dobrych minut ze szczeną do podłogi.

    boże, zazdroszczę tego NYC, bardzo.

    ps. dlaczego disqs?

    • bo jestem slaba i idę z prądem ;) bo łatwiej mi śledzić komentarze i odpowiedzi na nie.

  • podwojne hurra! jedno za disqus. drugie za nowego posta. a czytajac go postanowilam ze nie pisze mojej relacji z NYC bo mam za brzydkie zdjecia. babke od Onega jedlismy palcyma patrzac sobie na rece zeby przypadkiem komus wiecej nie przypadlo. chce jeszcze raz.

    • u nas babke mogłabym równie dobrze zjeść sama, bo tomaszowi „czekolada nie odpowiadała”.
      przestań! robię strajk głodowy – nie zjem nic słodkiego dopóki nie wrzucisz posta z nowego jorku. a ja bardzo lubię slodkie. dzieki, wiesz.

      • my mielismy isc na koncert jazzowy ale nam nie wyszlo. poz tym napisze jedno zdanie: zrobilismy prawie wszystko to co adamscy. zapraszam na niesmigielska.com na zdjecia / no dobra nie dramatyzuje. ide spac, moze jutro cos wydusze z moich zdjec.

  • Wiola Starczewska

    Ja to się dziwię jak wam to wszystko wychodz według planu. Naleśniki w tej a w tej knajpie tu, potem takie a takie wystawy i murale, odchaczone, a teraz przenosimy się do następnego punktu zwiedzania. Jak to się robi, ja się pytam, bo kiedy ja gdzieś jadę to oczywiście na miejscu okażę się, że nie ma noclegu i trzeba szukać jeszcze raz, potem się umówię z jakimś lokalsem, nie zjawi się, łażę sama, gubię się sama, potem kogoś spotkam na przystanku autobusowym i wdam się w gatkę. Nic nie umiem sobie zaplanować, no nic.

    • dużo czytania w internetach, łącznie z wzięciem pod uwagę w jakie dni i godziny są otwarte różne miejsca. nanoszenie wszystkiego na mapy. przerzucenie mapy na telefon. branie pod uwagę punktow z jednej okolicy zeby sie nie cofać bez sensu, pamiętając żeby koniecznie coś zjeść. plus odpada nam punkt z noclegiem bo jesteśmy sztywniaki i bukujemy nocleg z góry. no i rzadko wdajemy się w gadki, jak wiesz ;d ale coś za coś.
      brzmi jakbyśmy mieli kije w dupie, ale pomiędzy tym wszystkim jest zawsze masa czasu na pójście do tej uliczki, zajrzenie za tamten róg etc. naprawdę!

  • Kurde ten Williamsburg to inny świat. Miałabym stresa robić zdjęcia ludkom, a Twoje bardzo mi się podobają, nawet jak cykałaś „słabsze” jednostki. Ten dzieciak na tym rowerku to z nim coś nie tak było? Chyba dawno powinien zmienić sprzęt na większy. Chociaż na dzieciach to ja się najmniej znam. Jak kiedyś NY odwiedzę, to Williamsburg trafi na listę podstawową :)

    • wszystko było tak, po prostu mnie rozbawiło że obaj ze starszym panem w tle są na „rowerkach” :)
      ja też sie stresuję i jednak więcej zdjęć ludziom nie zrobiłam niz zrobiłam, do takiego bezczelnego street photo mi daleko.

  • uzywasz jakis presetow do Lightroom’a czy sama wszystko edytujesz?

    • troche juz mam wlasnych presetow, w wiekszości przypadkow korzystam z vsco jako bazy pod dalszą obróbkę.

  • jak patrzę na Twoje zdjęcia chasydów, to myślę sobie „wow”. tęskni mi się do Izraela…