Miasto ładne inaczej: Ateny cz. II

Wiecie, jak jest. Im dalej od wyjazdu, tym większy rośnie sentyment do miejsca. Nawet jeśli to miejsce jest Europejską Stolicą Brudu. Miastem o największym współczynniku WTF na starym kontynencie. Miastem ładnym – inaczej. Zgadliście – pora na drugą część relacji z Aten.
Pierwszą część znajdziecie tutaj. Słowa kluczowe: Akropol, heroina, surowe mięso, bezpańskie psy, wścieklizna.

Naprawdę chciałabym zostawić po sobie coś pożytecznego w blogosferze. Na przykład namiary na tani hotel w Atenach – ale nie zrobię Wam tego.
Nasz hotel po prostu był. Dawał schronienie, miał dach i ciepłą wodę. Ale nie polecę go nikomu, nawet pod groźbą tortur.
Żeby było ciekawiej, mieliśmy pokój 404. Czujecie kłopoty?
Room 404. Key not found. 20 euro taka przyjemność zagubienia klucza, ale jeśli kiedykolwiek się odnajdzie to będziemy mieć najdroższą pamiątkę z wakacji ever. Kluczyk zgubił Typowy Tomek, który nigdy niczego nie gubi.

Niżej nasz typowy widok z okna. A co to jest to po prawej, zabijcie mnie – nie wiem. Ale musiałam temu zrobić zdjęcie.


Pomysł na niedzielę? Do portu w Pireusie pojechaliśmy popatrzeć na statki (Tomek) i na prawdziwy pchli targ, zero komerchy (ja). Szału nie było – po równo, dla każdego z zainteresowanych.
Moja opinia: można, nie trzeba. Ale co się przejechaliśmy metrem za miasto, to nasze.







Kolejny punkt programu: zmiana warty na Placu Syntagma. Warta zmienia się codziennie, ale tylko ta niedzielna gromadzi tłumy i zamyka ruch na ulicach.
Powiem Wam, że tyle się naczytałam o widowisku jako ministerstwie śmiesznych kroków, a do głowy nie przyszło mi się śmiać. Właściwie to się wzruszyłam jak zagrała muzyka. Ale ja płakałam też na 125-leciu MPK w Poznaniu, płakałam jak otwierali Centrum Amarant na Jeżycach, więc jestem mniejszością. I am the 1%.
Zmiana warty jest o 11. Przyjdźcie na miejsce o 10:30. Takich co chcieliby popatrzeć na młodych chłopców w spódniczkach jest dużo. Na dobre miejsce możecie liczyć chyba tylko jeśli ktoś w pierwszym rzędzie zemdleje od upału.

Tak wyszło, że żadno zdjęcie mi nie wyszło. Nie obrazicie się, jak podlinkuję youtube’a żebyście mieli pojęcie o czym mówię? A już zupełnie na marginesie: białe rajtki i plisowana spódnica – mój ulubiony mundurek z czasów studiów (50 faktów, których o mnie nie wiecie: o mały włos, a byłabym szafiarką). Jedyna różnica: moja spódnica miała być retro, a nie symbolizować 400 lat tureckiej niewoli (po jednej plisie na rok). No i mój strój nie ważył 30 kilo. No i zawsze ubierałam się stosownie do pogody.

Ostrzeżenie pogodowe: „pchli targ” przy Monastiraki to strata czasu. Ale nie było to dla nas zaskoczeniem. Przeszliśmy przez niego jak burza, docierając do dzielnicy Ghazi. I to też była strata czasu. Miał być industrial (w postaci starej gazowni), murale, głęboki off – no i coś tam było, ale szału nie zrobiło. Może za słabo szukaliśmy.

Lewa: Mam słabość do chińskich marketów. Uwielbiam robić przegląd przegląd półek i kupować napoje i słodycze w ciemno. W życiu bym się nie spodziewała mniejszości chińskiej w Atenach, ale jest!
Prawa: Może nie wygląda, ale szyld Το Σαν Φρανσίσκο należy odczytać jako San Francisco. I wejść do środka na – wypasione kanapki. Naprawdę, muszę przestać traktować kanapki jako subposiłek. Zwłaszcza jeśli są z bekonem, awokado i cheddarem.
Niekoniecznie w niedzielne południe, kiedy narkomani i hipsterzy jeszcze/już śpią i okolica nie mogłaby być bardziej wyludniona, ale o każdej innej porze ulica Kerameikou poleca się jako rezerwuar taniego jedzenia bez spiny.

Mam wrażenie że jeśli chodzi o Ateny, ktoś powinien nas ostrzec. Jeśli chodzisz po miescie za dnia – you’re doing it wrong.


Więc niby narzekałam ostatnio na ateński syf, ale tak z ręką na sercu po okolicach Omonii – okolicach najbardziej zasyfionych – chodziło mi się najlepiej. Tu zawsze coś się działo. Jak nie narkomani w akcji, to sprzedawca częstuje nas pakistańskimi słodyczami. Tu jest Azja, tu nie ma nudy.










Dlaczego zawsze na naszej trasie musi się znaleźć nieistniejące miejsce polecane w internetach przez lokalnych? Miała być włoska piekarnia. Nie było nawet po niej nawet sugestii. Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.
Włoska piekarnia w Atenach? Mogłam wyczuć, że to podpucha.

Im bardziej turystyczne miasto, tym mniejsza szansa że znajdziemy ładny magnes. Postanowiliśmy nie kopać się z koniem i wybrać coś tak kiczowatego i abstrakcyjnego, żeby nie było wątpliwości, jacy z nas dowcipnisie i jak wielki mamy dystans do sprawy. Oto nasz magnes. Ateny 2015.
W temacie pamiątek z wakacji. 50 faktów, których nie wiecie o Tomku: młody technik elektronik z ambicjami. Ogląda filmy na youtubie, a potem lutuje (i lutuje, i lutuje). Do lutowania potrzebne są cyna i kalafonia. Szukał wszędzie – w chińskich sklepikach, w których normalnie kupisz wszystko. Na pchlich targach. W sklepach z elektroniką.
I wiecie, że na ostatniej prostej, jak już szliśmy na metro na lotnisko – znalazł cynowy drut?


Pierwsze przykazanie alternatywnego turysty – nie jeść w dzielnicy Plaka. Tam jedliby Twoi rodzice, fuj!
Coś jednak kosztem czegoś. W Place wiedzą że masz ochotę na to co wydaje Ci się, że ludzie jedzą w Grecji.

Tak jak i my nie wsuwamy na co dzień barszczu z uszkami, tak i ja miałam problem żeby się doszukać moussaki i dolmades. Zaglądając ludziom w talerze widziałam przeważnie mięso i frytki. Na prawdziwą grecką kuchnię przyjdzie nam jeszcze poczekać, albo pójść do greckiej restauracji w Poznaniu – akurat mam koło pracy.
Nie będziemy chyba narzekać na naszą gigantyczną porcję pomidorów zapiekanych z fetą + frytek + mięsa (na stole mamy jedną porcję zamówioną na pół) + pieczywa + wina. Nie pamiętam, ile nas wyniósł rachunek w Minotaurosie, ale na pewno był niższy niż można się spodziewać za TYLE dobra. To nie obiad, to uczta. Jedliśmy z przerwami na uluźnienie miejsca w żołądku.


Specjalnie dużo zjedliśmy, żeby w razie czego mieć siłę na uciekanie przed rozruchami w dzielnicy anarchistów. Tyle kalorii na marne! Nawet anarchistom udziela się atmosfera lazy sunday. W życiu byś nie pomyślał, że tu bije policja (może dlatego, że nie bije od 2008 roku, czyli odkąd zabiła 15-letniego chłopaka). Exarchia w niedzielę to miejsce, w którym puściłbyś swoje dziecko samopas. Włos by mu z głowy nie spadł.

Exarchia to też miejsce, gdzie kloszardzi nauczą Cię czegoś o życiu. Never give up on your dreams, powtarzała nam ta pani. Można się śmiać, ale co – źle powiedziała?
Najbardziej, jak patrzę na te zdjęcia, rozwala mnie, że to Tomek ma koszulkę z napisem PSYCHO.




Exarchia: kawiarnie, sklepy z komiksami, ekożywność, studenci, sklepy monopolowe. I koncerty – napisałabym, bo trafiliśmy na coś co wyglądało jak osiedlowa scena, ale zdążyliśmy się nasiedzieć, pójść na spacer po okolicy, posiedzieć jeszcze trochę zanim zespół zagrał jedną piosenkę, zmęczył się i zrobił sobie przerwę.





Najmilej z Aten wspominam zachody słońca. Nie tylko dlatego że na tę okoliczność zaopatrywaliśmy się w słodycze i alkohol (nie pijemy przed południem), ale dlatego że oglądaliśmy je ze wzgórz. Słoneczko coraz niżej, humorek coraz weselszy, smog unosił się nad miastem taką ładną mgiełką.
Lofos Strefi w Exarchii jest mniej popularny niż Likavitos, może dlatego że w internecie można spotkać ostrzeżenia żeby uważać na puste strzykawki – zwłaszcza, jak się nosi sandały. Popularne czy nie, narkoman też człowiek – zachodu słońca obejrzeć mu nie wolno? Dlatego zalecam stawienie się odpowiednio wcześniej, żeby zająć dobre miejsca.
(miejsce na kąśliwe komentarze na temat nieróbstwa Greków i kryzysu w państwie)




Greckie wino i chińskie słodycze. Kuchnia ponad granicami.




Mogłoby się wydawać że jemy ciastko z hajsem, ale to zielone to szpinak. W cieście filo. Całość tworzy spanakopitę, a kosztuje jakieś euro. Polecam!

Jakoś normalnie jak zwiedzamy „wielkie muzea”, dział starożytności obchodzę szybszym krokiem. W Nowym (czy tylko mnie to bawi?) Muzeum Akropolu szybciej biło mi serce. Dodatkowy smaczek to restauracja na tarasie z widokiem na Akropol (ale co w Atenach nie jest z widokiem na Akropol? Oprócz Akropolu?). Gdybyśmy mieli płacić całą cenę (5 eur), a nie wejść za darmo w ramach Międzynarodowego Dnia Muzeów – uważam, że byłoby warto. Kariatydy w oryginale to tylko wierzchołek góry lodowej kolekcji.

PS: Uwaga, kolejki!







Gdybyśmy mieli jeszcze jeden zachód słońca do rozdysponowania, spędzilibyśmy go tutaj: na wzgórzu Filopapus. Naprawdę, Ateny wzgórzami stoją. Prawie żałuję, że musieliśmy jechać na samolot do Warszawy. Filopapus i papa!



  • Wiola Starczewska

    Kalimera, niesmigielska, kalimera!

  • Paulina

    zdjęcie staruszki na tle niebieskiej ściany i pan w kawiarni – mistrz. wielbię.

  • L.

    pomyśl, ile byśmy wypiły kaw i zjadły serniczków za 20 eurasów.

    PAMIĘTAM szafiarkowatość! pamiętam to tak wyraźnie jak robaka (never gonna give it up).

    trochę wygląda jak San Francisco, wiesz? liznęłam ciut cyrylicy i czasami podobieństwo (niewielkie, ale wciąż!) cyrylicy i greki mnie zadziwia.

    kanapki są najlepsze! ta z batatem przecież w Tischendorf była ekstra. wasze też wyglądają przepysznie. chyba zaraz coś upiekę.

    cynowy drut mnie WZRUSZYŁ.

    ja tak szanuję greków za fetę, że oni nie mają pojęcia. ten ser powinien dostać pokojową nagrodę nobla, a jego eksport powinien zdusić wszystkie ekonomiczne problemy grecji w zarodku!

    a propos szpinaku, będę robić szpinakowe ciasto. zjadłabyś?

    starożytność. MEZOPOTAMIA. hehe.

    • trollujesz czy nie? przeciez cyrylica powstała na bazie alfabetu greckiego ;)

      jak przyjedziesz w październiku to specjalnie założę białe rajstopki i spódniczkę. zrobisz mi profilowe na facebooka.

      szpinakowe ciasto na słodko czy słono? either way, zjadłabym, ja wszystko bym zjadła.

      • L.

        zapomniałam, że z (byłą) studentką historii mi się nie uda :(

        deal. ja postaram się nie spocić. będzie pięknie.

        na słodko! dobrze, coś wykombinuję.

  • Nigdy mnie nie ciagnelo do Aten. moze przejazdem na jakies Santorini bym sie wybrala ale zeby samo miasto zwiedzac to chyba podziekuje. tylko zachody slonca pierwsza klasa. wrocilabys do Grecji?

    • wróciłabym! ateny to jedno, a reszta kraju to myślę że inna bajka. bardzo żałowaliśmy że na jeden dzień nie wzięlismy samochodu i nie pojechalismy w te góry, które widzielismy na horyzoncie. akurat grecja z przyległościami wydaje mi się atrakcyjna, żeby tak po niej pojeździć/poprzepływac promami. ale akurat na santorini bym się bała – im bardziej miejsce jak z pocztówki, tym bardziej moglabym się rozczarować rzeczywistością.

      • Jest takie slowo chyba po japonsku ktore opisuje smutek odczuwany kiedy jestes gdzies zeby zrobic takie samo zdjecie jak milion innych turystow rocznie. Pewnie tak by bylocw Santorini.

  • Paulinetta

    Świetny klimat zdjęć! Mam nadzieję, że kiedyś wybierzesz się do innego „miasta ładnego inaczej” tj. Neapolu bo bardzo chciałabym zobaczyć je właśnie w twoim ujęciu.

    • chętnie! na południowe włochy i sycylię przyjdzie czas na 100%, już w tym roku byliśmy blisko ;) bardzo realne w przyszłym.

  • Patrzę na foty i nie wiem czy takie zaćmienie miałam jak byłam w Atenach. Zupełnie inaczej to miasto pamiętam. Może zmieniło się na bardziej syfiaste? Takie bałkańskie :D Sofię mi trochę przypomina :)

  • polaczkropki.pl

    Zdjęcia mega:) Ja ze swojego pierwszego pobytu w Atenach pamiętam smog unoszący się nad miastem, który podziwiałam z Akropolu. Podczas drugiej wizyty prócz upału to na każdym kroku były psy i koty – były dosłownie wszędzie. Grecja ok, Ateny – jestem na nie, drugi raz bym tam nie wróciła. Syf który tam zastałam także mnie odrzucał.

  • Martyna

    uwielbiam twoje zdjęcia, a teksty to chyba jeszcze bardziej. albo jednak wolę zdjęcia. chociaż w sumie nie jestem pewna… i zaraziłaś mnie robieniem zdjęć ludzi robiącym sobie/czemuś zdjęcia.
    dziś sama dodałam pierwszy post z „podróży” i kurde… ile to jest roboty! szanuję, szanuję
    mam nadzieję, że kiedyś uda mi się dorównać do twojego poziomu, bo jesteś jedną z niewielu osób, których dłuuuugie posty mi się nie nudzą,
    miłego dnia Elu! :)

  • Anna Kowalik

    Jak nazywa się ten hostel, którego nie polecasz?

  • W tym tygodniu jadę do Aten, przeczytałam relację i jeszcze bardziej jestem ciekawa co mnie tam czeka i co tam zobaczę :) Trochę się obawiam szczerze mówiąc :)