Buenos días Buenos Aires cz. II

Słuchajcie, ja też najchętniej przeszłabym od razu do opowieści, o tym jak w Boliwii szłam na sześciotysięcznik i jedyne o czym myślałam, to że muszę iść do łazienki bo będzie katastrofa, a ubrana jestem w kombinezon jednoczęściowy, w pasie mam uprząż i jestem przywiązana liną do dwóch osób (przewidywany termin publikacji: lipiec 2015). Ale chcę oddać sprawiedliwość Buenos Aires i jakkolwiek uważam, że najlepsze posty jeszcze przed nami, to tydzień spędzony w tym mieście nie powinien pójść na zmarnowanie tylko dlatego, że wiem, że później działy się fajniejsze rzeczy.

Od razu może zastrzegę dwie sprawy:
1. Staram się nie mówić, że byłam w Argentynie, zawsze mówię tylko, że byliśmy w: Buenos Aires i w: Patagonii. Wiadomo, stolica jest stolica, górzysty region na peryferiach też nie daje pełnego obrazu. Ale dopiero jak przyszło nam spędzić kilka godzin w Cordobie, a potem jechać autobusem przez północ kraju zrozumiałam, jak bardzo Buenos ≠ reszta Argentyny. Zresztą, co ja piszę – Argentyna to 8. kraj na świecie pod względem powierzchni (za Indiami, przed Kazachstanem). Moglibyśmy rok ją zwiedzać i nie wiem, czy byśmy zwiedzili.

2. Ten post będzie już bardziej jak przewodnik turystyczny – co, gdzie, czy smaczne, ale od razu mówię – u mnie nie zobaczycie zdjęć z Plaza de Mayo – ale zobaczycie kilka z Chinatown. Wiedzieliście, że w Buenos Aires jest Chinatown? No właśnie. A Plaza de Mayo jest w każdym przewodniku.

3. Uwaga, dużo rzucam mięsem!
Na przykład takie śniadanie, w parilli El Litoral (myślę, jaki byłby polski odpowiednik słowa parilla i wychodzi mi grillownia; myślę też, że polszczyzna na co dzień znosi gorsze rzeczy), dokąd mieliśmy dwa podejścia – za pierwszym razem, wieczorem, we łzach całowałam klamkę. Może chodziło o to, żeby nam zaostrzyć apetyt, bo spróbujcie się taką kanapką z mięsem nie najeść (bondiola, 60 ARS = ~16 zł), nawet na spółę.
Sama parilla taka jak trzeba. Zero backpackersów (tylko my psuliśmy klimat), tylko starsi panowie czytający gazetkę i pijący piwo.


Lewa: zdjęcie z twistem (dosłownie!). Prawa: Buenos w pigułce. Z jednej z tysiąca narożnych kawiarenek wybrałam tę.


Gdzie punkt widokowy na miasto, tam i ja. Gdzie punkt widokowy? Na 14-tym piętrze Galerii Güemes. Nie powiem, żeby panorama Buenos powaliła nas na kolana, ale zawsze to przyjemność pooglądać miasto z góry. Ciekawostki: byliśmy tam sami jedni, żadnych tłumów (poniedziałek rano) i można się przejechać fancy windą.


Ten wyjazd zasadniczo różnił się od pozostałych: był dłuższy, wiadomo. A skoro był dłuższy, to nie mogliśmy się obżerać tak jak normalnie. 10 dni wielkiego żarcia w Indonezji nas nie zabije, ale 3 miesiące wielkiego żarcia, w sytuacji, w której od dwóch lat próbuję zrzucić głupie 5 kilo? Widocznie kocham słodycze bardziej niż chudnięcie, ale wzięliśmy trochę na wstrzymanie, żeby po powrocie nie musieć zrzucać 3 razy tyle.
Skutki uboczne: smuteczek, zwłaszcza jak się mija kolejną confiterię. Ale i satysfakcja. Banany też są przecież smaczne. I nagle zaczęliśmy wydawać o wiele mniej pieniędzy!

Wspomnę tylko, że w Argentynie nie ma życia bez dulce de leche (kajmaku). Co więcej, oni chyba myślą że tak jest wszędzie i tylko Argentynie zawdzięczamy te puszki kajmaku w naszych szafkach kuchennych, upchnięte na najwyższej półce, wyjmowane raz do roku przed świętami. W poufnej rozmowie z jednym z Porteños info, o tym że:
a) dulce de leche nie jest popularne w Europie
b) jeśli już, to używane jest do przekładania ciasta
zostało przyjęte z najwyższym niedowierzaniem. Jak to tak, nie na kanapki? Nie ze słoika? Nie na łyżeczce?

Prawdopodobnie najbardziej cenioną profesją w Buenos jest wyprowadzacz wielu cudzych psów na raz.

Przewróciło się, niech leży. Czyli o bezdomnych w Buenos Aires.
Miasto z jednej strony oferuje mobilne stacje zdrowia, gdzie skontrolują Ci wagę, ciśnienie i poziom cukru we krwi, darmowe wifi łapiesz w każdym parku; a na Plaza del Congreso (tak jest, na placu przed parlamantem) w kartonach mieszka wielodzietna rodzina. Żeby to jedna.
Trudnych spraw ciąg dalszy: a zgadnijcie jaka jest hierarchia w społeczeństwie. Kto będzie chodził w białym (nomen omen) kołnierzyku? Biały. Kto będzie Was obsługiwał na kasie w Biedronce? Brązowy. Przyznam, że nie myślałam o tym wcześniej, ale nie spodziewałabym się takiego podziału w Argentynie. Tak samo obejrzawszy kilka teleturniejów i seriali w Boliwii: żadnej z występujących tam osób nie znajdziesz na ulicach kraju. Ciekawe.



El Ateneo. Kolejna z serii najpiękniejszych księgarni na świecie (z tych, które znam są jeszcze w Porto i w Lizbonie). Księgarnia w starym teatrze brzmi nieźle, ze wszystkich przeznaczeń na jakie można się było zdecydować, ta na pewno nie jest najgorsza. To kultura i tamto kultura. Można sobie usiąść w loży i poczytać książkę, co jest imponujące, ale nie wytrzymuje porównania z jazdą na wrotkach w starym kościele przy muzyce disco, co zdarzyło nam się w San Francisco.
Uwaga, na google mapsach są dwa El Ateneo – ten przy Floridzie to popierdółka i imitacja. Ta w Recolecie, na Av Santa Fe rządzi.

Od samej Recolety, czyli dzielnicy raczej ąę woleliśmy Once (Oncę?). Mam słabość do sklepów z chińszczyzną, bo można tam znaleźć najśmieszniejsze przedmioty na świecie, a tych w Once nie brakuje. Handel uliczny, tłok, hałas – od razu człowiek czuje się jak w Ameryce Południowej, bo czasami w Buenos Aires można się zapomnieć.




Należą nam się klapsy za to się wybieraliśmy, wybieraliśmy do Museo Naciol de Bellas Artes, aż w końcu się nie wybraliśmy. W zamian mogę zaoferować spacer po Cementerio de la Recoleta, klimat podobny jak w Paryżu na Père Lachaise, z tą różnicą, że w cmentarz w Buenos leży między blokami, obok centrum handlowego. Tak jest, możecie wpaść na dużą caramel latte, ogarnąć mały shopping a potem – na groby!





Na nas zawsze można liczyć jeśli chodzi o alternatywne zwiedzanie. Kto normalny dodaje do mapy zwiedzania bibliotekę narodową? Ano my, jeśli tylko przeczytam, że budynek jest brutalem, a z czytelni widać miasto.
Tu nawet nie chodzi o bibliotekę, chociaż fajnie było posiedzieć. Ale o pokonanie własnej nieśmiałości: trzeba było wejść, wytłumaczyć co się chce (zdjęcia na bloga…), wypełnić formularze.
PS: mają wifi. Ale w Buenos wifi to nie problem, na każdym placu złapiecie zasięg.
PS II: wcale nie byliśmy jedynymi turystami…


Klasyczny zestaw: 3 medialunas + sok/kawa. Zależy gdzie się trafiło, mogły być albo bardzo pyszne, albo przynajmniej bardzo dobre. Słabych nie jadłam. Kawa? Dobra, ale żeby napić się naprawdę pysznego cappuccino musiałam czekać ponad dwa miesiące (marzec, Tijuana, Meksyk).

Powiedzielibyście, że w Buenos Aires jest Chinatown? Oni są wszędzie (tylko nie w Polsce)! Ciekawa historia, bo powstanie Barrio Chino ogłoszono dopiero w 2006 roku, jako sztuczny twór, wabik na turystów. Chińczycy to jakieś kilka procent populacji, więcej mieszka tam Tajwańczyków. Chyba wyczuliśmy podświadomie pismo nosem, bo ze wszystkich Chinatown jakie widziałam w życiu, to w Buenos było najsłabsze. Malutki obszar. Drogie knajpy. Tylko chińszczyzna prawdziwa – kupiliśmy parasol, który połamał się przy pierwszym rozłożeniu. Najlepiej z Barrio Chino wspominam kanapkę z chorizo (choripan) z baru przy pętli autobusowej. I small talk z jednym panem, nic mu nie przeszkadzał nasz poco español.

Galeria la Defensa – znaleziona przypadkiem (opłaca się nawyk zaglądania w bramy) w San Telmo. My sobie żadnej ikony designu nie kupiliśmy (kto by to nosił?), ale kto wie, może Wam się uda.







Wiem ze te panie nie są najbardziej reprezentatywną grupą, i wiem że co stolica, to nie reszta kraju, ale naoglądałam się w Buenos ogromnej ilości szczupłych i ślicznych dziewczyn. Czułam się jak najgorszy wycieruch, a i tak jeszcze wtedy nie byłam taka sponiewierana. Odrostów brak. Ciuchy też względnie czyste, na twarzy makijaż. BMI w normie, bliżej dolnej granicy. Wszystko na nic.





Taki ze mnie bloger podróżniczy, że nie mam ani jednego zdjęcia z Plaza de Mayo. To trochę jakbym nie była na Placu Defilad w Warszawie.

Wiemy co się działo na Plaza de Mayo. Wiemy, że co czwartek na placu zbierają się tam matki, których dzieci zniknęły bez śladu w latach 70-tych. Sami widzieliśmy, jak w zależności od pory dnia można było przejść przez plac mniej (barykady i policja) lub bardziej swobodnie (brak barykad, policja). Ale co ja poradzę, że nie zrobiłam tam żadnego ciekawego zdjęcia? A, to wrzucę tanie wino i quiche z supermarketu. I flagę Argentyny.

Zastanawiam się, jak to jest, że pierwsze dni w nowym miejscu wspominamy lepiej niż kolejne. Czy na pierwszy ogień wybieramy najlepsze miejscówki, a potem te mniej atrakcyjne? Czy to nasza zdolność do zachwytu maleje z czasem? Więcej hajsu stawiam na to drugie, ale nawet gdybym prosto z lotniska w Buenos pojechała do dzielnicy La Boca, to i tak by mi się tam nie podobało. La Bocę kochasz albo nienawidzisz. Minuta na El Caminito i wiem – miłości między nami nie będzie.
Oczywiście, nie mogę oczekiwać, że ktoś wyprosi ludzi z największej atrakcji turystycznej w Buenos bo Nieśmigielska idzie. Atrakcje rządzą się swoimi prawami, które szanuję, ale akurat tam nie mogłam znieść: tłumu, stoisk z pamiątkami, tańczących tango do kotleta, kolorowych domów, naganiaczy z restauracji – naraz. Tomek, ewakuacja!

Hint: zaraz przy Caminito stoi muzeum sztuki Fundación Proa. Była w połowie głównej wystawy, jak pani z obsługi zapytała, gdzie mam bilet. Ale zdążyłam jeszcze wejść na taras widokowy!

Założę się, że i wy jak będziecie w Buenos, chociaż nic Was nie interesuje piłka nożna, pomyślicie że warto byłoby iść na mecz. Tu chłopaki z For 91 days in piszą o tym, jak tego nie robić. A tu – jak to zrobić poprawnie. My niestety byliśmy w mieście na dwa miesiące przed sezonem. Cały czas czekam na mój pierwszy mecz piłki nożnej. Poszłabym na Lecha Poznań, ale Tomka namówić nie mogę. Spoko, na rolki też nie chciał ze mną iść, a poszedł. To i na mecz pójdziemy.



3 lata blogowania i dopiero do mnie dotarło – jakie ja mam prawo po kilku godzinach spędzonych w jakiejś dzielnicy pisać: hipsternia, nic tam nie ma, szkoda czasu? To tak jakby mi ktoś przyszedł na Jeżyce na 2 h i powiedział, że tam same stare kamienice, nie warto. Ale fakty mówią same za siebie – w Palermo Soho zrobiłam może 10 zdjęć. A większość popołudnia przesiedzieliśmy na skwerku pijąc tanie wino w odpowiedzi na drogie knajpy i patrząc, jak montują latarnię uliczną.
Nawet te parille, które wyglądały na nothing fancy, pokonały nas cenowo. W końcu zjedliśmy na spółę kanapkę w jednym z barów.


Porteños umieją parki. Fanatycy zieleni – jedźcie do Palermo!
W zasadzie wystarczy wyjść z metra na Plaza Italia i jest się w zagłębiu parkowym. Można grać w zielone godzinami, mają tego hektary. Ogród botaniczny, ogród japoński, zoo, lasek, jeziora, fontanny, rosarium, planetarium, Starbucks.



Moja ulubiona pora dnia i miejsce w Buenos to rano, w dzień powszedni, w Microcentro. Wysokie wieżowce, ostre słońce, ludzie spieszący się do pracy. A wśród nich my, nie spieszący się nigdzie. To tam i wtedy czuliśmy się jak w Nowym Jorku.

PS: kto by pomyślał, że Facundo Arana ciągle żywy?










I to by było na tyle z Buenos, bo potem to już wsiedliśmy w samolot (chorzy z zazdrości, że siedzimy po złej stronie i nie widzimy lodowca przy podchodzeniu do lądowania) i wylądowaliśmy w Patagonii.

Pozdrowienia dla Moniki, z którą tak mało brakowało, żeby się spotkać i obalić wino. Następnym razem!

  • O, a ja wolę kolejne dni, a nie pierwsze ;)

  • łosz, to kuchnia bardzo podobna do brazylijskiej = nie wytrzymałabym długo (chyba że na słodkim, ale nie wolno, nie nie nie), zatem do argentyny zabiorę sobie polskie bułki z serem :p

  • Stara, ja byłam w muzeum (tym przy tym wielkim blaszanym kwiatku) i tam wśród zasłużonych znalazła się fota Facundo Arana! Co lepsze, w jednym z hosteli poznałam chłopca o imieniu Facundo, który był fanem Gombrowicza:)

    • my w sumie bliżej poznaliśmy 4 osoby z buenos aires, w ty, dwoch chłopakow i oczywiście też jeden nazywał się facundo :d

  • Ok – o China Town nie ma co mówić np. w Poznaniu, ale jak się przejdziesz św Marcinem w okolicach kina muza to tam całkiem sporo knajp i sklepów chińskich się ostatnio pootwieralo. Także może to się dopiero zacznie? :) a w Cieszynie wystarczy przejść przez rzekę i granice jednocześnie i pierwsze do widać w Czechach to…chińska dzielnica :)

    • oj nie nie, mi nie chodzi o chińskie knajpy. żeby było chinatown, to jeszcze po ulicach musiałoby chodzić dużo chodziź chińczyków. autobusy „do tamtąd” powinny być zapełnione tylko chińczykami. napisy na znakach powinny być po chińsku. itd. ;)
      chinatown w czechach? ale jazda, nie wierzę! muszę to sprawdzić.

  • to jedno z miast, które wzięły mnie z zaskoczenia, przekonały do siebie bardzo i przeogromnie chcę tam wrócić. a nie spodziewałam się!

  • Kat

    nie męcz Tomka, wezmę cię na Lecha, no.

    • deal! ale usiądziemy w kotle?

      • Kat

        w Kotle się nie siedzi, pikniku! usiądziemy na trójce, musisz się najpierw oswoić z zasadami i etykietą ;)

  • imka

    droga Nieśmigielska! Z zachwytem zbierałam się to wyklikania drugiego w karierze komentarza na Twoim blogu. Dalej niezmiennie uwielbiam, także (a nawet bardzo!) za treść, choć przede wszystkim za te zdjęcia no. Masz niesamowite oko, jesteś jedną z moich ulubionych fotografek podróżniczych w całych rozległych internetach. Regularnie śledzę i czasem trochę zielenieję z zazdrości. I piszę z !zawsze nieco niezręcznym pytaniem, bo o sprzęt, którego używasz (no i tak. wiem, że sprzęt nie tworzy fotografii, ale mam nadzieję, że wcześniejszy panegiryk potwierdza mój zachwyt nad Twoim talentem). Pytanie czysto techniczne, z ciekawości. Mam nadzieję, że nie czujesz się w żaden sposób urażona. Sama się uczę, kocham fotografię i tak o.
    Pozdrawiam!

    • accept

      wt., 26.04.2016 o 21:48 użytkownik Disqus napisał:

    • to nie jest niezręczne pytanie, to moje niedopatrzenie że nigdzie tego nie napisalam na wierzchu bo często jestem o to pytana :)
      pentax k30 + smc pentax-da 50 mm f/1.8. sporadycznie szeroki kąt: 24 mm/2.8 – akurat mój jest manualny, ale już nie mam siły z nim walczyć bo w 9 na 10 przypadkach nie trafiam z ostrością, będę wymieniać. potem obróbka w lightroomie i lekko photoshop.

      dzięki!

  • hmm, z tymi bezdomnymi to całkiem jak w Budapeszcie! czułabym się tam jak w domu. a co do siadania po złej stronie samolotu, też mi się zdarzyło i przegapiłam najpiękniejszy zachód słońca w drodze z Warszawy do Oslo. wiem, zachody słońca są takie banalne, ale jednak szkoda.

    • o przepraszam, zachody słońca to jedna z większych prostych przyjemności, jakimi cieszę się w życiu ;) tak, trochę jak w budapeszcie, faktycznie! pamiętam jak raz rozmawialiśmy z jednym chłopakiem z buenos i powiedział mi, a przynajmniej tak zrozumiałam, że policja nie ma prawa ich stamtąd ruszyć.

      • w Budapeszcie były kiedyś pomysły na „oczyszczanie miasta z bezdomnych”, ale chyba nic z tego nie wyszło… dziwne, w Polsce nie widuje się tylu ludzi koczujących na ulicach. są jakieś przytułki, schroniska. dziwne, takie wielkie miasto, zastanawiam się, skąd się to bierze.

  • Po twoich postach Buenos jako niezły miszmasz mi się jawi. Fajnie, ale dawaj już Patagonię!

    • lodowce będą za tydzień! (spoiler: zarówno trekking w rakach jak i lodowiec perito moreno)

  • Zu

    co do stereotypowych nierówności, to miałam podobnie jeśli chodzi o usa. tzn wiadomo, że rasizm i tak dalej są znacznie słabsze i nie są tak ważne jak jeszcze niedawno, ale mimo to cały czas coś jeszcze cały czas tam widać (czasem nawet bardzo wyraźnie). w miami chyba zrobiło to na mnie największe wrażenie. w downtown w garniturach większość to byli właśnie biali (bo na budowach to już co innego), a zdecydowana większość mieszkańców najbiedniejszych dzielnic, czyli overtown i allapattah to poc. i takie na przykład palm beach, czyli takie zagłębie znanych i bogatych, to prawie sami biali. więc jeszcze długa droga.

    buenos wygląda znacznie ciekawiej niż podejrzewałam. nawet nieco zachęcająco.

    co do meczów, byłam jakiś czas temu już parę razy na legii (mam nawet kartę kibica, a na niej wspaniałe zdjęcie, na którym wyglądam jak prawdziwy kibol). raz było tyle rac, że mecz musiał się zacząć jakieś 20 minut później. ale za to jak wszyscy razem stali i śpiewali „sen o warszawie” niemena, to było niesamowite uczucie (chociaż z reguły za kiboli legii trzeba się wstydzić i trudno się utożsamiać z ich okrzykami i w sumie chyba dlatego chwilę mnie nie było na łazienkowskiej).

    zdjęcia z cmentarza są niesamowite. te z biblioteki też mi się bardzo podobają.

    i tak się zastanawiam w sumie, jak bardzo ciężko byłoby w argentynie (tzn. w buenos i w patagonii) na diecie wegetariańskiej? po twoich postach (i nie tylko zresztą) mam wrażenie, że byłoby raczej ciężko. wprawdzie parę razy pozytywnie się zaskoczyłam, ale nigdy nie wiadomo. tak tylko pytam, z ciekawości.

    no i nie mogę się doczekać patagonii. boliwii zresztą też. i stanów.

    • tak, o stanach to ja nawet nie mówiłam bo to oczywiste już po pierwszej wizycie dla mnie było. w europie zresztą też to widać.

      padłam, nie wyobrażam sobie Ciebie na meczu z szalikiem, ale jaja!

      hm, hm, chyba nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. tzn. w patagonii jest na tyle drogo że i tak raczej kupisz sobie coś w sklepie i sama ugotujesz niż pójdziesz do knajpy ;) a w buenos… fakt, że jedzą bardzo dużo mięsa. ale ponieważ my nie jesteśmy nastawieni że jemy tylko mięso albo tylko bez mięsa to nie szukałam knajp wegetariańskich, tylko po prostu polecanych. ale tak, zawsze było tam mięso i raczej pozycji wege nie kojarzę.

      • Zu

        z meczami raczej było tak, że chciałam zobaczyć jak to wygląda na żywo, raczej w celach badawczych niż w powodu bycia zapalonym kibicem (bo nie jestem ;)) co do jedzenia, to właśnie takie miałam przypuszczenia. ja w sumie też rzadko szukam miejsc stricte wege, bo z reguły zawsze coś jest, co nie jest z mięsem, albo jest to na tyle nieistotny i mały element, że można poprosić bez niego, chociaż w niektórych miejscach tak się nie da. dzięki!