Boliwia: Potosí vs Sucre

Pozostałe posty z Boliwii: TUTAJ.

I małe ostrzeżenie: Czy obrazki na tym blogu oglądają małe dzieci? To lepiej niech dziś nie oglądają, chyba że są za pan brat z płodami w formalinie i krowimi głowami spływającymi krwawą posoką. Przynajmniej nie dałam fullscreena (a mogłam!).

Potosí czy Sucre? Nie jest to starcie gigantów, a raczej starcie dwóch miast średniej wielkości, ale postanowiłam je porównać, bo po pierwsze – leżą niedaleko siebie i jak odwiedzicie jedno, to odwiedzicie drugie. A po drugie – oba okazały się zupełnie inne niż oczekiwałam. Jedno na plus, drugie na minus.

Najpierw jednak, trzeba było wydostać się z Uyuni. Normalnie wygląda to tak, że kupuje się bilet na autobus i jedzie. My mieliśmy trochę inaczej: piąty dzień w Boliwii i już nasza pierwsza blokada. Słyszałam, ze blokowanie dróg w Boliwii to norma, ale myślałam że blokada polega na tym, że się czeka godzinkę albo dwie i przeszkoda usunięta, droga wolna, można jechać. Nie do końca.
Blokada polega na tym, że w poprzek jedynej wyjazdówki z miasta w interesującym nas kierunku stoi tir.
Taksówką dojedziesz do tira, ale dalej – spacer. Jedni mówią, że 20 minut, inni że godzinę. Najbardziej ekstremalna wersja: idzie się dwie godziny. Zgadnijcie, która okazała się prawdziwa. Nie szliśmy tyle, tylko dlatego, że złapaliśmy (złapał nas) pierwszego stopa w życiu. I to od razu na pace. Jak kraść, to miliony, jak autostop to na pace!
Po wszystkim została nam fajna przygoda do opowiadania, ale dobrze by było, jakbym pamiętała, że nie było mi do śmiechu jak szliśmy któryś kilometr z rzędu i, tak jak na Rysach, na odpowiedź „daleko jeszcze? (¿de donde sale autobus a Potosí?), odpowiedź niezmiennie brzmiała: tres kilometros de aqui.
Atmosfera na blokadzie – piknikowa. Zamiast pod parasolami, siedzi się pod tirami.
Dokładnej przyczyny blokady nie znamy – graliście kiedyś w głuchy telefon? Więc dziewczyna z Francji powiedziała nam po angielsku, że taksówkarz powiedział jej po hiszpańsku, że to z powodu wysokich cen ziemi (?). A jak było naprawdę, nie dowiemy się nigdy.

Dojechaliśmy do Potosí o ~21:30. Nieświadomi, że jesteśmy w najwyżej położonym mieście na świecie przeszliśmy na luziku półtora kilometra pod górę z plecakami. Dopiero rano doczytałam, że nie mieliśmy prawa tak zrobić, bo byliśmy na wysokości 4090 m.n.p.m.
Dla porządku: spaliśmy w hostelu Koala Den. 50 BOB/os. (~30 zł). Ciepła woda, smaczne śniadanie, szybki internet.

Rys, właściwie rysik, historyczny: to niepozorne miasto, po tym jak dotarli do niego Hiszpanie i zorientowali się, że można stamtąd wydoić TYLE SREBRA (przymusową pracą indiańskich rączek), że nie dość że starczy na wybrukowanie ulic, to jeszcze na stary kontynent pełne statki można wysłać, zmieniło losy świata. Tak, tak.

Na google images Potosí zawsze wyglądało ponuro. Bure miasto, nad nim wielka góra, nad wielką górą ciemna chmura. Mieliśmy spędzić tam dzień, żeby nie mieć do siebie pretensji, że nie sprawdziliśmy czy warto. I pomyśleć, że o mały włos, a pojechalibyśmy prosto do Sucre!
Spójrzcie na zdjęcia poniżej – czy tak wygląda ponure miasto? Od pierwszej chwili wiedziałam, że jestem w swoim żywiole.






Mercado Central w Potosí jest super, ale zjedliśmy tam chyba najgorszy posiłek w życiu – pasta con carne. Powinno się nazywać pasta con kości. Zjedliśmy tyle, żeby nie wydawać się niegrzecznym.
Główne danie zaliczone, to poszliśmy na deserek. I jeszcze jeden.

Nie zgubicie się w labiryncie miejskiego rynku, jeśli zrozumiecie że podstawą jest specjalizacja. Na przykład: zawsze obok pań z sokami będą stały panie z deserkami.





ACAB… not!

I my wpadliśmy w szpony hazardu, przepuszczając 3 boliwiany na niepotrzebne nam zabawki z tej maszyny, z której jeszcze nikomu nie udało się nigdy nic wyłowić. Po 3-cim razie powiedzieliśmy sobie dość. Ma się tę silną wolę, przydała nam się potem w Vegas.

Myślę, że ten nieatrakcyjny wizerunek Potosí, to sprawka lobby Sureño – bo Potosí jest przeurocze. Okej, zawsze istnieje szansa, że piszę tak dlatego, że to pierwsze miasto, jakie odwiedziliśmy w Boliwii. Nie wioska jak Villazon i nie miasteczko jak Tupiza. I zawsze jest szansa, że Wam się Potosi nie spodoba tak mocno jak nam, i wtedy zostanie Wam uraz na całe życie. Ale może piszę tak, bo Potosí przypomniało nam o istnieniu takich atrybutów miasta jak uliczki, kamienice i podwórka. Porządnego podwórka nie widzieliśmy od miesiąca, wiecznie tylko góry albo lodowce.







Główna atrakcja Potosí to wycieczka po kopalni, gdzie w ciężkich i niebezpiecznych warunkach pracują górnicy. Mogę się usprawiedliwiać, że to ludzkie zoo i nie będę tego oglądać, ale na Ijen w Indonezji pracuje się niedużo lżej, a jednak tam poszliśmy. Dlaczego? Dlatego że na Ijen ludzie zaharowują się na tle niesamowitych widoków. A w Potosi pracują pod ziemią. Więc chyba duża część prawdy jest taka, że nie zwiedziłam Cerro Rico, bo nie da się tam robić zdjęć. Przynajmniej jestem szczera.

Dla nas prawdziwą atrakcją Potosí był nie jeden, nie dwa, i może nawet nie trzy (ale tego nie wiemy) rynki. I karnawał. Obiecuję, że z karnawału powstanie jeden z najgrubszych postów na tym blogu.



I wtem, kiedy już zaczęły nam się kończyć plany na resztę dnia, usłyszeliśmy muzykę. Reszta jest historią.
Co sie dzieje? Gra zespół dęty, strzelają kapiszony (na odstraszenie złych duchów), wszyscy siedzą i piją, albo tańczą i piją. Polewają sobie, nam, ulewają też trochę dla Pachamamy. Dookoła stoją samochody (prawdziwe i zabawkowe), przybrane kwiatami, kocami, maskotkami. Trafiliśmy w sam środek sąsiedzkiego święta.
Generalnie nie wiadomo – robić zdjęcia, czy nie robić? Ale jeśli mieszkańcy sami z nami pozują i jeszcze częstują piwem (i bimbrem, i znowu piwem), to chyba robić!

Spróbuję wyjaśnić co zrozumiałam, chociaż to trochę jakby prowadził ślepy kulawego: dzieciątko Jezus śpi. Diabeł się cieszy. Jutro karnawał. Wtedy diabeł ma urodziny. I tak uważam, że mój hiszpański zasługuje na pochwałę!
Pan najbardziej z lewej nie żałował pieniędzy ani czasu żeby zorganizować tę imprezę dla całej okolicy. Teraz to jeszcze było nic, wieczorem miała zacząć się uczta i tańce.

Na ogół nie mam oporów, żeby żartować z katolicyzmu Polaków, płytkiego jak basen narodowy. Ale nie śmiałabym się śmiać z religijności w Boliwii. Kraju, gdzie nawet autobusy mają na szybach Jesus es mi camino.

Potraktowano nas przemiło, wszyscy byli przeserdeczni. To był jeden z najlepszych dni na wyjeździe.
Więc jak tańczyłam i krzyczałam nos gusta Bolivia to krzyczałam szczerze!










Niemożliwe, żeby w takim mieście nie było punktu widokowego. Może najwyżej położona na świecie (o to łatwo w Potosí) obracająca się restauracja się nada? Może tak, gdyby była czynna.
Metodą prób i błędów znaleźliśmy własny mirador. I całe szczęście, bo gdyby nie on, nie trafilibyśmy na fiestę!



Bardzo popularne w Boliwii są piłkarzyki. Tak się składa, że jestem Lewandowskim piłkarzyków. Tomek nie miał szans. It’s not you, it’s me.







W Potosí zostaliśmy jeszcze jeden dzień, na karnawał. Zastanawialiśmy się, czy nie warto dłużej, ale ciągnęło nas do Sucre. Jeśli Potosí jest takie super, to jakie dopiero będzie Sucre?

Jeśli szukasz informacji na temat jakiegoś miasta na blogach podróżniczych i widzisz tekst: a town to kick back and relax. Albo: (klasyk) escape from hustle and bustle of… – to wiedz, że nic się tam nie dzieje. Dosłownie.
Dlatego mam własną propozycję: Sucre – miasto do nudzenia się.
Nawet nie mogę zasunąć klasycznym hejtem, bo nie mam na co. Sucre ani ziębi, ani grzeje. Sucre jest tak ta dziewczynka z warkoczykami siedząca w pierwszej ławce. Nie odzywa się nie pytana, pytana – odpowiada wzorowo. Ale na urodziny jej raczej nie zaprosisz.
Czyli: ładne miasto, elegancka zabudowa z XIX w. Nic, tylko wpisywać na listę UNESCO. Szkoda, że UNESCO nie wymaga nawet odrobiny charakteru.
I to ma być stolica kraju? Figa, prawdziwą stolicą jest La Paz.

Na pewno w Sucre znajduje się coś godnego polecenia. Na przykład (niespodzianka) rynek. Rynki polecam zawsze, ale tam mieli najbardziej rozbudowaną sekcję z sokami jaką widzieliśmy w Boliwii. No i torty, ach te torty!









Tak spacerowaliśmy po mieście i zastanawialiśmy się: gdzie są ludzie? No tak, niedziela – wszyscy schowali się w parku. Nadzwyczaj wypasionym Parque Bolivar z placem zabaw gdzie drabinki są w kształcie dinozaurów i stoi makieta wieży Eiffela. Może nie jesteśmy targetem, może Sucre to jest po prostu miasto dla ludzi z małymi dziećmi?





Skoro to takie miasto nauką i kulturą stojące, to zamiast włóczyć się po ulicach bez celu postanowiliśmy wreszcie się czegoś nauczyć i wejść do muzeów. Szło to mniej więcej tak:
Casa de Libertad – zamknięte. Peszek, ale można się było spodziewać, w końcu poniedziałek.
Katedra – otwarta w niedzielę i czwartki.
Muzeum Anatomii. Muzeum czego? Raczej muzeum ludzkich płodów w formalinie – przynajmniej były prawdziwe. Reszta eksponatów wyglądała, jak zbiór prac uczniów liceum plastycznego na temat: przekrój jelita grubego – bryła przestrzenna. Aha, opisów po angielsku nie było. Po hiszpańsku zresztą też.
Ale, ale, nie rezygnujemy! Lekko podejrzliwi, kierujemy się do Muzeum Charcas. Na 3 submuzea, jedno jest zamknięte – nie żeby to wpłynęło na cenę biletu. W strefie antropologicznej angielski skończył się po narzędziach, a przed mumiami – czyli w najciekawszym momencie.
Jak tu się dziwić, że odpuściliśmy Parque Cretacico, największą atrakcję miasta?


Wniosek: uważajcie na miasteczka z listy UNESCO. Mogą być tak bardzo nieciekawe poza strefą dla turysty. Dosłownie, wystarczył jeden krok nie w tym kierunku co trzeba i już czujesz, że nie chcesz tu być. Więc się cofasz. Ale z kolei w strefie wszystko już widziałeś, nie jest znowu taka duża. Vicious circle. Ktoś napisał w internecie, że wprawdzie z La Paz do Sucre jedzie się 13 godzin, ale warto – choćby dlatego, że podróż kończy się w Sucre. No więc – znam się, to się wypowiem – jest dokładnie odwrotnie.

Nawet na punkcie widokowym (skądinąd przyjemnym), w strategicznych miejscach widok zasłaniają drzewa. Ciężko zrobić ładną fotkę.






Z braku laku poszliśmy na cmentarz. Zobaczyć jak to robią w Boliwii. I powiem Wam, że robią to dobrze! Oszczędzają miejsce, a każda skrytka na trumnę jest indywidualnie ozdobiona, często w środku można znaleźć miniaturki przedmiotów związanych ze zmarłym. Ekstra.


  • Sucre jest absolutnie idealnym miastem do nudzenia się – ja żałowałam, że nudziłam się tam tylko tydzień :D

    • o matko, i cóżeś tam robiła tyle czasu? ;)

      • dwa dni imprezowałam, potem zwiedzałam, potem chodziłam do szkoły i zwiedzałam – akurat jakiś festyn przez dwa dni był – rewelacyjne miasto! :)

  • Genialne zdjecia!

  • jak chcesz zobaczyć podobny cmentarz, ale bliżej, to w Barcelonie na Montjuic jest – też każda skrytka jest … spersonalizowana. poza tym, te zdjęcia przebijają wg mnie nawet Stambuł. świetna robota!

    • Potwierdzam! Poblenou sie nazywa.

    • dzięki, kinga :)
      cmentarz wrzucę na listę, wstyd że w barcelonie jeszcze nie byliśmy.

  • widzę kożuch na kawie! mniam :3
    zdjęcie z dymem w cieniu i kontrą <3 maj fejwrit!
    cóż, UNESCO ma bardzo dziwny gust w wyborach i jak widzę gdzieś nazwę "UNESCO" to tylko jedynie takie 'meh' potrafię z siebie wykrzesać, bo z doświadczenia nigdy te obiekty sygnowane UNESCO nie były jakoś niebywałe, najlepiej podążać za przygodą i intuicją podróżniczą <3

    • Potwierdzam! Poblenou sie nazywa i jest piękny.

    • o niee. tzn. przywykłam do kożucha jako czegoś nieuniknionego w peru czy boliwii, ale nigdy się nie cieszyłam specjalnie na jego widok ;d

  • serio, nigdy wcześniej nie jechałaś autostopem?! myślałam, że to niemożliwe w przypadku kogoś, kto zobaczył już taki kawał świata!
    urzekły mnie zdjęcia słodyczy. i chińskich napisów w środku Ameryki Południowej. a zdolności do gry w piłkarzyki zazdroszczę, z jakiegoś dziwnego powodu moja dwuosobowa drużyna zawsze, ale to zawsze przegrywa. :P

    • no nie jechałam, bo wyjeżdżać zaczęliśmy dość późno – końcówka studiów, ale już stała praca. więc było więcej hajsu, ale czasu mało. teraz trochę żałuję, że jak był czas to nie jeździliśmy stopem i nie jedliśmy pasztetu.
      ja dobrze gram jak gram sama w drużynie (jeden na jednego), zdecydowanie gorzej radzę sobie stojąc np. tylko na ataku (za dużo tam tych piłkarzy na drążku!). jest jeszcze taka możliwość, że to tomek słabo gra ;)

      fajnie że zauważyłaś te chińskie napisy, od początku mnie to bawiło :)

      • hm, jako sinolog (chociaż nie, to brzmi chyba jednak zbyt wzniośle) mam specjalny radar wykrywający chińskie napisy wszędzie, gdzie tylko się pojawiają ;D
        a jazdę stopem zawsze można nadrobić! nie muszą to być jakieś wielkie wyjazdy (choć takie najlepsze – 7, 9 dni z plecakiem i namiotem i ahoj, przygodo), możesz zawsze pojeździć po Polsce albo zrobić jakiś szybki wypad do sąsiadów ;) z pasztetem, koniecznie! bez pasztetu nie ma autostopów.

  • Ola

    Podoba mi się, że krowie łby są w taczce marki TRUPER.

    Zdjęcia super, czekam na kolejny odcinek relacji!

    • nie zwróciłam uwagi. dobry smaczek.
      dziękuję, relację z boliwii wznowię za dwa tygodnie i zdjęcia powinny być naprawdę super!

  • Mowi to pewnie dużo o moim aktualnym stanie umysłu ale najbardziej podobają mi sie zdjęcia z dziećmi na plecach! Przywiozlabym sobie taka chustę jako suwenir.

    • i przywiozłam! tzn. używam jako obrusa i nie znam się na chustach, ale one są chyba jak najbardziej wielofunkcyjne ;)

      • Moze będziesz swoje na plecy wrzucać *wink emoji*

  • Od kilku dni marzy mi się jakieś genialne ciacho (wczoraj się w Gołębniku zawiodłam) i tylko te torty mi w głowie :D Po co jakieś tam lodówki, a parasolki to pasują do nich komicznie. Kupuje się je często? Dużo cukru tam jedzą? :)

    • no biorąc pod uwagę podaż i to, że generalnie nie ma problemu żeby wyjść na ulicę i kupić sobie tort, tak o, jak bułkę – to dużo cukru jedzą ;) super też były panie, które sie wystawiały z domowymi wypiekami. kawa i herbata – piją słodkie, ale nie przypominam sobie żeby byla taka masakra jak w maroku czy sri lance, że aż wykręcało czasami. no
      ale te torty to cudeńka, u nas takie to na zamówienie się robi!

  • Świetne zdjęcia! A co do samej Boliwii, to dla nas jedno z piękniejszych miejsc na ziemi! Z pewnością tam kiedyś wrócimy.

  • Mo.

    Od dawna uważam Cię za reporterkę a nie za blogerkę ale dzisiaj to już osiągnęłaś wyżyny fachu. Jak już będę duża to chcę być taka jak Ty – fotograficznie i przygodowo. Zastanawia mnie tylko jedno – jak dużo musiała wypić Nieśmigielska żeby się tak romantycznie przytulać do pana w czapeczce :). Chociaż może to nie kwestia ile tylko że bimber z piwem naprzemiennie :). Jak by nie było to Cię rozumiem – Polacy naród dobrze wychowany więc jak ktoś polewa to odmówić nie wypada. „W gościach” trzeba umieć się zachować. Gratuluję autostopowego debiutu, podobało się? Dla mnie w czasach edukacji autostop był często jedynym środkiem transportu a debiutu nie zapomnę – przesiadając się z samochodu do samochodu na jednej ze stacji benzynowych w Niemczech zgubiłyśmy z koleżanką namiot ( a jechałyśmy „pod namiot” po Europie :) ). Saludos!

    • prawdziwy reporter to by się oburzył na Twój komentarz :) dzieki, dzieki, cos w tym jest że od dłuższego czasu jestem nastawiona na opowiadanie historii – o miejscu, o wydarzeniu. też właściwie jedyne ksiązki które czytam, to reportaże. a jedyne filmy jakie oglądam – dokumenty ;)
      mam zamiar pójść bardziej w tym kierunku.
      a wypić nie musiałam dużo – okazuje się, że chyba tylko dla zasady upierałam się przy tym że „jestem introwertykiem” – w rzeczywistości umiem być kontaktowa, przytulalska i lubie towarzystwo innych ludzi. im więcej tym lepiej.

      autostopowy debiut trwał kilka minut, podobało się! potem jeszcze raz nas zabrał autostop, też w boliwii co było niesamowicie szczęśliwe dla nas bo byłam chora i zaczął padać deszcz. ale tez jechaliśmy razem kilka minut, kila kilometrów.

      i co dalej z namiotem było? :d

      • Mo.

        Dalej był sklep sportowy typu Decathlon :). Nuda.

  • Sylwia

    powinnaś zrobić porządek z listą UNESCO z chęcia bym się wtedy nią sugerowała!
    Zaciekawiło mnie to takie kolorowe na talerzykach, to tort? Coś w rodzaju ptasiego mleczka?

  • Niesamowita galeria. Jestem pod wrażeniem kompozycji zdjęć. I kolorów. I kraju. W ogóle wszystkiego <3