Mój pierwszy sześciotysięcznik: Huayna Potosi

Pozostałe posty z Boliwii znajdziecie TUTAJ.

Mont Blanc: 4696 m.n.p.m.
Kazbeg: 5047 m.n.p.m.
Kilimandżaro: 5895 m.n.p.m.
Huayna Potosi: 6088 m.n.p.m… oh wait, czy to nie tam weszliśmy w lutym tego roku w Boliwii?

Sorry za spoiler tak na wstępie, ale duma mnie rozpiera. Weszłam na sześciotysięcznik (no dobra, Tomek wszedł razem ze mną. I z przewodnikiem. I jeszcze z trzema innymi chłopakami. Ale więcej, tego dnia, nikt. A próbowali!).

Nie napiszę, że skoro my weszliśmy, to każdy może. Myślę, że my weszliśmy bo od dwóch tygodni przebywaliśmy na wysokości powyżej 3000 m.np.m., a za sobą mieliśmy wiele wielodniowych trekkingów z namiotem na plecach. I po prostu, w porównaniu z innymi, mieliśmy zajebistą kondycję. Albo biomet był korzystny.

Nie ma się czym chwalić, ale jeszcze na tydzień przed nie mieliśmy pojęcia, że jest taka góra i że na nią się wchodzi. Coś może i mi świtało, ale na takiej samej zasadzie jak jeszcze 10 lat temu myślałam o Ameryce Południowej. Że jest, to wiadomo – w książkach i telewizji, ale że tam pojadę? Bez żartów.

Aż znaleźliśmy się w La Paz i zatęskniliśmy za górami.

OK, Google: Huayna Potosi trekking?

Podobno najłatwiejszy sześciotysięcznik do zdobycia. Sprawdźmy to. Kiedy jak nie teraz? Młodsi już nie będziemy, sprawniejsi – wątpliwe. No i nasze dzieci będą mogły opowiadać, że ich rodzice byli na 6K. Idziemy!

Taki trekking oferuje sporo agencji w La Paz, ale jakby zawęzić wyniki wyszukiwania do tych bez pośredników i tych, które wzbudziły nasze zaufanie, zostaje chyba tylko Inca Land Tours (C. Sagarnaga 233). My zapłaciliśmy 1160 zł / 2000 boliwianów / 2 osoby. I bez targowania się dobry deal deal: w Patagonii za sam dwugodzinny kinder ice climbing chcieli więcej niż w La Paz za 3 dni z transportem, wyżywieniem i pełnym osprzętem. A wspinaczkę z czekanem po lodzie dostajecie w pakiecie, bo bez tego się nie da wejść na szczyt.

huayna potosi trekking

Dzień 1.

Dojeżdżamy do bazy – bazą jest mały domek w górach na wys. 4700 m.n.p.m. Jest nas szóstka – 4 Francuzów i my. W domku mieszka 6-cio letnia Katarina z rodzicami. Jak się żyje, siedząc codziennie w kuchni, podczas gdy salon, telewizor i wszystkie wolne gniazdka okupują Ci blade twarze? Jak się żyje zimą w domu, w którym nawet latem, owinięci w koc, marzliśmy?

Na przywitanie od poprzedniej grupy dostaliśmy w twarz: oni nie weszli i my zobaczymy, że też nie wejdziemy, bo pogoda kiepska i śniegu po kolana.
Drugi cios: miało być trenowanie wspinaczki po lodzie, ale treningu nie będzie, climbingu nie będzie – i w ogóle to niczego nie będzie, jak będzie taka pogoda. Więc pierwszego dnia humorki mieliśmy niewesołe – wyszło na to, że zapłaciliśmy 400 zł za siedzenie w zimnym pomieszczeniu i grze w makao. Fakt, nauczyłam się dwóch nowych gier i na domówki będą jak znalazł, ale 4 stówy to trochę za drogo.
Żartuję, nie ma tego aż tak złego – na pewno dzień odpoczynku nam nie zaszkodził. Naszym obowiązkiem było: jeść ciepłe dania/ciastka/popcorn, łoić w karty i gadać. A gadaliśmy dużo, bo nie dość że nasi współlokatorzy okazali się a) bardzo fajni b) bardzo mówiący po angielsku, to jeszcze zawsze jest okazja, żeby odkłamać kilka mitów o Polsce. Na przykład, że mamy Decathlona. Hej, przynajmniej nie zapytali czy chodzą u nas po ulicach polarne niedźwiedzie (bo że mówimy po rosyjsku i jest u nas zimno to wiadomo!).

huayna potosi
huayna potosi

huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking

Dzień 2.

Idziemy na trening, a prognoza na noc jest bardzo dobra. Nawet jak to piszę teraz, po 5-ciu miesiącach, to czuję tę ulgę.

huayna potosi
huayna potosi
huayna potosi
huayna potosi

Klasyczna elegancja.

huayna potosi

Pierwsze metry wspinaczki i już wiem, że to nigdy nie będzie mój konik.

Autentyk – takie miny mieli wszyscy, jak patrzyli na moją próbę wspięcia się na ścianę. Mocno się tym nie przejęłam – skoro przewodnik, który był na szczycie 1070 razy (z 1081 podejść) Ci mówi, że nie trzeba się będzie wspinać po lodzie i że tak tylko sobie trenujemy, to wierzysz, że nie trzeba się będzie wspinać po lodzie.

Za to Tomek! Przyznaję – i nawet nie muszę koloryzować żeby podbudować męskie ego – Tomkowi szło najlepiej ze wszystkich. Raz, dwa, trzy (… osiem, dziewięć, dziesięć) i jest na górze.
Tomek jest znany z tego, że jego hobby trwa miesiąc – w tym czasie zdąży osiągnąć wszystko co było do osiągnięcia i zaczyna się nudzić. Na lipiec jeszcze nic nie znalazł (a czas ucieka), więc może skałki?

ice climbing huayna potosi
ice climbing

Lekcje odrobione, to idziemy do schroniska – z 4700 na 5100 m.n.p.m. Ze sprzętem na plecach – tu nie ma osiołka, a wiecie ile waży taki śpiwor na -15 stopni? Zresztą, my jak my – tachamy, bo mieliśmy fanaberię żeby sobie wejść na wysoką górę, ale co ma powiedzieć pani kucharka, która tacha zapasy na 10 osób na plecach? I raczej nie robi tego dla przygody. Mam tylko nadzieje, że gazu nie musiała wnosić. A i tak była szybsza niż my.

huayna potosi high camp
huayna potosi trekking

huayna potosi

Wejście do high campu to był dla mnie przełomowy moment.
Okazało się, że nie jestem najsłabsza (chyba że we wspinaniu się po lodzie z czekanem…), i wybaczcie suchar, ale dodało mi to skrzydeł.
Nie o to chodzi, że muszę być najlepsza. Ja po prostu strasznie nie lubię być najgorsza. Jak bym zaczęła zostawać w tyle już na tym etapie, to w życiu bym nie uwierzyła, że się doczłapię na szczyt. Dopiero jak zobaczyłam, że wypadam dobrze na tle innych, pomyślałam: halo, jak nie ja, to kto?










Teraz fajnie mi się opisuje PRZYGODĘ, ale nie zapomnę nigdy tego uczucia, kiedy o 18:00 kładłam się „spać”, przez trzy godziny „snu” zdążyłam w głowie przerobić wszystkie imiona dla dziewczynek i przypomnieć sobie skład swojej klasy licealnej; i tak bardzo, bardzo nie chciałam, żeby było już „rano”. Rano, to jest o północy trzeba było wstać, wmusić w siebie jedzenie (tak czytałam, ja tam nie miałam z tym problemu, hehe), założyć na siebie całe to żelastwo i wyjść w noc. Na 15 stopni mrozu.
A potem to już bite 6 h trekkingu. Pod górę, w rakach.

Najpierw po prostu idziesz (do wyboru: możesz też zapadać się po kolana w śnieg, jak Tomek – będzie Ci 2x ciężej). Nie jest bardzo stromo, czasami orientujesz się, że jest nawet płasko (doceniasz te chwile, takie małe przyjemności). Wpadasz w rytm i myślisz sobie, że w zasadzie nie jest tak źle. Tylko czemu przewodnik zawsze podaje niższą wysokość, niż Ci się wydaje, że już wszedłeś?
Potem stajesz przed ścianą lodu i okazuje się, że niespodzianka! Jednak trzeba się trochę powspinać. Byłam absolutnie pewna, że tu, pod tą ścianą, skończy się moja przygoda. I do dziś nie wiem jak to się stało, ale jakoś znalazłam się na górze. Myślę, że albo to David wciągał mnie w tych rzadkich chwilach kiedy nie zwisałam bezwładnie na linie i nie krzyczałam NO PUEDO, albo bóg jednak istnieje.
PS: wpadłam w szczelinę. Kto wymyślił, żeby punkt wspinania wytyczyć zaraz obok punktu wpadania w szczelinę lodową?

Byliśmy w połowie. Statystyki nie są optymistyczne – do tego momentu spora część ludzi albo już odpadła, albo zaraz odpadnie (metaforycznie, hehe). Dziewczyny z naszej grupy zawróciły. Chłopaki z naszej grupy jeszcze godzinę szli zanim też zawrócili.

Różnych rzeczy się naczytałam na temat przebywania na takiej wysokości. Że będę mieć halucynacje, że będę rzygać – to jest, jeśli nie dostane obrzęku mózgu i nie umrę. Nie wiem czy to nasz urok, czy liście koki pod policzkiem, ale poza tym, że było nam ciężko jak nigdy w życiu iść i oddychać, to degeneracji mózgu nie stwierdzono.

Pomagało mi śpiewanie w głowie piosenek (nie wiem czemu przychodziły mi na myśl tylko Maryla Rodowicz i Budka Suflera; zdecydowanie nie polecam Panie Janie). Na ostatnim etapie wyrobiłam sobie rytm: krok, krok, czekan. Krok, krok czekan. Przez mgłę zdaję sobie sprawę, że idziemy przytuleni do pionowej ściany i że tylko od tego czy dobrze wbiję czekan w śnieg zależy, czy jak obsunie mi się noga to polecę w dół (a ze mną reszta), czy może jednak nie.

Nie da się robić zdjęć. Żeby zrobić zdjęcie, trzeba by się zatrzymać, wyjąć aparat z plecaka i znowu go schować. Nie ma czasu, na tym etapie David nie ma litości, nie pozwala stanąć nawet na pół minuty. Wschód słońca? No, jakieś tam słońce gdzieś tam wschodziło, widziałam kątem oka.

0 7:00 stanęliśmy na szczycie. Wiemy, bo Tomkowi budzik zadzwonił.

Weszliśmy jako jedyni z naszej grupy. Byłam jedyną dziewczyną, której się udało – a miałam okres. Ergo, przez pozostałe 23 dni cyklu mogę startować w Karakorum.




Pytam Tomka: co pamiętasz z wejścia na Huayna Potosi? Że miał 6088 metrów. I że siedziałem na szczycie wyżej niż Ty!

I nie mówię, ze to Tomek nie wierzył że mi się uda i był wielce przejęty, że może będzie musiał przeze mnie zawrócić. Nie mówię, że to Tomek co chwila stawał i prosił David, rest. Do dzisiaj jak chcę Tomkowi dokuczyć (rzadko…) to mówię Tomek, please. Tomek, rest. Hehe.

Na szczycie (dobrze, że nie było mgły… wyobrażacie sobie? Tyle wygrać, a jednak tyle przegrać) nagraliśmy urodzinowy filmik dla mamy, a David zrobił zdjęcie na którym wyszłam najgorzej na świecie.

To była najbardziej wymagająca fizycznie rzecz jaką w życiu zrobiłam. Na maraton się nie wybieram, więc cięższy może być chyba tylko poród.
Myślicie, że zasługujemy na rispekt? To czytajcie dalej: mniej więcej od połowy drogi w górę chciało mi się dwójkę. W drodze do w ogóle nie było takiej opcji. Za mało czasu; albo kupa, albo szczyt. Głupio byłoby nie wejść przez coś takiego. W drodze z: o, to inna bajka. Wystarczyło tylko: odwiązać się od chłopaków (byliśmy związani liną), zdjąć kurtkę i bluzę; ściągnąć kombinezon, poprosić Davida żeby nie patrzył, a po wszystkim wytrzeć dupę garścią śniegu. Co za francuski piesek ze mnie, że się uparłam że dojdę do schroniska!

Jako ciekawostkę podam, że takie znaczenie terenu jest specjalnością Tomka i że zostawił kawałek siebie nawet w łazience na dachu bazyliki św. Piotra w Watykanie.

Droga w górę zajęła nam 6 godzin. Droga w dół zajęła nam dwie godziny. Nie mogłam się nadziwić – to my naprawdę tyle weszliśmy?

huayna potosi szczyt
 huayna potosi boliwia
huayna potosi summit
6088 mnpm



Heheszki heheszkami, ale tak bardzo się bałam, że w drodze powrotnej znowu wpadnę w tę szczelinę, że znowu wpadłam w tę szczelinę. O ile za pierwszym razem myślałam tylko, że to już koniec, nie wejdę – na szczyt; za drugim razem pomyślałam że to już koniec, nie wyjdę – z tej szczeliny, nigdy.
Bez owijania: jeśli podczas całego naszego wyjazdu naprawdę się bałam o życie, to wtedy kiedy dyndałam na linie nad nie wiem jak głęboką japą w lodzie. Jakoś się stamtąd wygrzebałam, do dziś nie wiem, jak.

huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking
huayna potosi trekking

Teraz już nie potrafię sobie przypomnieć jak bardzo było nam ciężko. Pamiętam, że jak doczołgałam się do schroniska i przyszło mi podejść 20 metrów pod górę, to płakałam jak bóbr. Pamiętam, że miałam wrażenie, że coś w nas się przełamało i że jedno po drugim musieliśmy ten trekking odchorować. Pamiętam, że przez kolejne dni nie mieliśmy siły podejść pod najmniejszą nawet górkę, a w dzienniku podróży zanotowałam takie zdanie: ja pierdolę, nigdy więcej.
Chociaż?

  • super ze sprzedajesz zdjecia! wybiore cos jak bede miala wiecej miejsca na scianach moze juz niedlugo. to zdjecie z ludzmi idacymi po sniegu i granatowym niebiem jest przepiekne.

  • L.

    jezus maria te zdjęcia są tak piękne, że mi serce staje.
    za wejście na sześciotysięcznik MAJĄC OKRES – mianuję Cię ikoną feminizmu.
    (teraz wyobraziłam tam sobie siebie i rozmaite sytuacje higieniczne i przeszły mnie dreszcze.)

    kupię wszystkie zdjęcia, gdy zacznę zarabiać pieniądze ludzkie, a nie psie. promise.

    • z tym okresem, to musze się przyznać że trochę trolluję, bo nie przechodze go aż tak ciężko jak inne dziewczyny. a o sytuacji higienicznej – no cóż, nie ma wtedy mowy. o żadnej ;d

      spoko, obie będziemy od siebie kupować wytwory własnego umysłu, już mamy to ustalone.

      • L.

        no i chuj, nie jesteś już ikoną feminizmu.

        yessir!

  • Okres, dwójka i 6k! jak Ty to zrobiłaś kobieto?! Masz mój fulrispekt (nie żebyś go do czegoś potrzebowała ;) ).

    • normalnie ;) nie czuję się wtedy jakoś źle. no i zrezygnować z powodu okresu? eee… noga złamana to ok, ale okres? w życiu!

      • nie no, nie mówię o rezygnacji, sama w najgorszym dniu okresu wlazłam na Adam’s Peak na Sri Lance, ale pamiętam, że nie były to wymarzone warunki do takich wyczynów ;) a to przecież pikuś przy takim 6k! :)

  • Iza

    Poród jest lajtowy w porównaniu w tym…

    • nie może być! ale jesteś druga osobą która tak mówi, więc może i jest coś na rzeczy ;)

  • powiem tylko: WSPANIAŁOŚĆ TYSIĄC
    i góra <3
    i sprzedaż fot
    i wszystko
    i gratulujeeee!!!

  • Jakkolwiek to nie brzmi, dumna jestem z Ciebie. Za dwójkę i nawet bardziej za okres. I za ice climbing.

    A z tym byciem najgorsza, mam to samo. Jak zobaczę, ze mi lepiej idzie niż się po sobie spodziewałam to mam automatyczny recharge baterii. Fajne uczucie.

    • spoko, teraz trenujesz i zobaczysz że na islandii tez bedziesz pierwsza!

  • Kiedyś jak ostro trenowałam i akurat pierwszy dzień okresu wypadł mi na ważne zawody, ktoś mi powiedział, że podczas okresu kobieta ma więcej siły ;) Nie wiem ile w tym prawdy, bo byłam ledwo żywa, ale tak sobie to zakodowałam, że zawody wygrałam. Może coś w tym jest jednak! Szacun za wspinaczkę! No i fajnie Tomek ogarnął sposób na sprzedaż fot!

  • nie przeczytałam jeszcze postu, ale nie wiem czy wiesz, że Martyna Wojciechowska też wchodziła na górę z okresem, i nie byle jaką bo Mount Everest ;) można? MOŻNA!

    • nie spodziewałam się, że ten okres tyle emocji wywoła ;d powinnam była napisać że u mnie okres to są w sumie zwykłe dni, nie umieram wtedy. a jak się tak czeka 3 tygodnie na okno pogodowe w himalajach i akurat na atak szczytowy przypada okres to co, nie byś nie poszła? poszlabyś :)

  • Trafiłam tu przypadkiem ale jestem pod wielkim wrażeniem! Gratulacje i w ogóle pełen podziw. Chyba mam nowe marzenie, skoro na Everest raczej nie wejdę to może tu… :D

    • siemano different-rossie z deviantarta ;) polecam sprobowac i polecam cala boliwie jako kraj, wiec mozna upiec dwie pieczenie!

      • Nie gadaj że pamiętasz mnie z dA, co za wstyd :<
        Nie jestem zbyt podróżnicza, ale zapamietam sobie ten wpis tak czy siak :)

  • Piękne. To jak to wszystko opisujesz. Gratulacje! Naprawdę podziwiam. Myślę, że możemy więcej niż nam się wydaje. Dlatego też nie pamiętasz jak wyszłaś ze szczeliny, ale udało Ci się. Musiałaś po prostu z niej wyjść żeby pokazać nam te piękne zdjęcia. Robią wrażenie niesamowite. Jeszcze raz gratuluję!

  • Zu

    Zanim przejdziemy do jakkolwiek merytorycznego komentarza: JEŻU JAK PIĘKNIE.
    W każdym razie: szacun, a za wszelkie problemy natury fizjologiczno – higieniczne to szacun x2. I żeby jeszcze takie zdjęcia powstały. I ten post to chyba jeden z lepszych, jakie ostatnio u Ciebie czytałam, naprawdę.

    I pamiętam jak mi opowiadałaś o tej sprzedaży zdjęć, szybko poszło! I chyba idealny post na rozpoczęcie, bo te fotografie są tak nieziemskie (i metaforycznie, i dosłownie), że o matko.

    • dzieki, dzieki! z tym okresem to trochę przesadzam, bo ja go nie przechodzę wcale bardzo ciężko, wiec to bardziej jako taki, hm, smaczek.

      tak, z tymi zdjęciami wycyrklowałam tak żeby zacząć od tego posta, wiec tydzień temu już prace były na zaawansowanym poziomie. :)

  • Wow jaka niesamowita historia. Jestem z was dumna. Powiedz wiecej jak to było wpaść do tej szczeliny? Idziesz i łup wisisz na linach? Jak na jakiś filmach katastroficznych o wchodzeniu na everest? Poród nie jest taki straszny, to co opisałaś brzmi trudniej.

    • to było tak, że obok jest japa i dosłownie obok się wspinasz. no i że nie mam techniki opanowanej to się wspinałam, przykucając, bujając sie na boki, obijając sie o ścianę. i tak mnie zarzuciło, że wleciałam do środka. no i w drodze powrotnej, niby schodzić łatwo i chciałam zrobić to jak najszybciej i tez jakoś mną zarzuciło w bok. i wtedy już konjkretnie widziałam świat ze środka te dziury, byłam przerażona, jakos chyba się zahaczyłam rakami o brzeg i wylazlam, tomek mówi że z jego pomoca, ale ja tego nie pamiętam ;) cały czas byłam na linie, więc gdyby się zerwała to byłby problem. nie zaglądałam w dół, nie wiem jak było głęboko. plus, tomek właśnie mnie uświadomił że gdybym ja wpadła to i on jego by wciągnęlo, bo byliśmy związani.

      już druga osoba mówi że poród nie jest gorszy. dzięki, to juz nic mi nie jest strasznego w życiu!

  • Przychodzi mi powiedzieć tylko jedno – WOW.
    Gratulacje, taka drobna a taka zuch kobita! Sama nie odważyłabym się za nic w życiu – ale to chyba przez to, że od dziecka mam pewien uraz do gór… co dopiero do takich wysokich!

    No i zdjęcia jak zawsze perełka :)

    • dzięki :)
      ale cos się stało że tak masz?
      ja podejrzewam że ze mną cos jest nie tak, ale nie miewam lęku wysokości ani przestrzeni, nie mam problemów z przechodzeniem wąskiej grani z przepaściami po obu stronach. teraz prawdopodobnie zrobimy jakąs via ferratę we włoszech i zobaczymy jak się będę czuła, bo na razie jednak jak oglądam zdjęcia to jest mi nieswojo.
      a na huayna potosi szliśmy przez 4/5 w ciemnościach, patrzyłam tylko pod nogi, nawet się nie orientowałam jak wygląda otoczenie.

      • Tak… mój uraz wynika z faktu znienawidzonych obozów sportowych, na które corocznie wysyłali mnie rodzice. Ok, trenowałam dość poważnie i powinnam mieć dobrą kondycję, ale płakałam, gdy „ukochany” trener kazał mi wbiegać na Kasprowy. I nie, nie wchodzić w odpowiednim tempie – wbiegać, najlepiej bez chwili odpoczynku. Po deszczu, w błocie – nie ma znaczenia. Cóż, od tego czasu jestem zdecydowanie dziewczyną plaży i morza. Myślę, że muszę kilka razy pojechać w te góry tym razem sama i na spokojnie i docenić piękno krajobrazu. Może uda mi się odczarować zły urok :)

  • Paulina Braniecka

    ło żesz! szacun PRZEogromny! za trudy wyciagania aparatu, za trudy wchodzenia i trudy znoszenia dwójki również.
    fota z dziewczynka cos tam pijącą jak u Steve’a Mccurry’ego! pieknie!
    jeszcze nikomu placic za foty mi sie nie zdazylo, bo wole drukowac swoje ;P ale ludzi idacych pod tym wsciekle granatowym niebem….nie odpuszcze! musze! jak malowane…..

    p.s z porodami i okresami jak ze wszystkim. co człowiek to inna opinia ;) powiem tylko ze pod porodem moge podpisac sie podobnym wnioskiem – ja pierdole, nigdy wiecej.

    p.s 2 gdy sa foty łączone to trudno je zamówic, bo pojawiaja sie w zamówieniu jako jedna.

    • tak, bo one są wrzucone do posta jako jeden plik, ale myslalam że to wystarczy napisać w uwagach do zamówienia. dzieki za zwrócenie uwagi.

      tak szczerze, to ja też tylko swoje zdjęcia wieszam na ścianie :)

      a z porodem – jak będę miała porównanie to nie omieszkam to opisać ze szczegółami. dobry temat na posta: poród vs 6088 m.np.m. :)

  • więc jednak jesteś hejterem!
    słowa klucze to: sprzedaż okazjonalna i rozliczenie podatków. pozdrawiam i do widzenia.

  • Wrażeń i odczuć po przeczytaniu posta u mnie moc, ale dominuje jedna myśl: jak byś się poczuła, gdyby ktoś kliknął ZAMÓW WYDRUK w formacie A2 akurat na Waszym portrecie?

    • ha. DZIWNIE :d
      generalnie mam możliwość zastrzec, które zdjęcia nie chcę/nie nadają się do dużego wydruku, ale to jest taka masa pracy, że na razie jeszcze mnie głowa o to nie boli ;)

  • ka

    ja tylko dodam od siebie, że dla mnie te wszystkie „zamów wydruk” były wyczekane i jak je widzę to myślę sobie, że W KOŃCU! bardzo się ciesze, że się zdecydowałaś sprzedawać twoje genialne (raz jeszcze, GENIALNE!) zdjęcia i na bank gdy będę meblować moje mieszkanie w przyszłym roku, część z nich zawiśnie lub stanie gdzieś w okolicach ścian!

  • Brawo Wy!
    Uwielbiam Twoje komentarze do Waszych przygód :D