BOLIWIA: Najgorszy trekking świata

Pozostałe posty z Boliwii znajdziecie TUTAJ.

Najgorszy – nie mylić z najtrudniejszym. Najgorsze wcale nie było wejście na sześciotysięcznik, nawet jeśli szłam ubrana w kombinezon, a chciało mi się do toalety.
Najgorszy szlak to taki, na którym orientujesz się w połowie, że jeśli chodzi o widoki, to nic dobrego Cię już nie czeka. To taki, o którym czytasz, że będzie cały czas prowadził w dół – a nie prowadzi. A po wszystkim masz jeszcze problem z wydostaniem się stamtąd – dokądkolwiek. Chyba że za gruby hajs, oczywiście.

Bo zanim była Huayna Potosi, był El Choro. 57 km, z czego 27 to czysty koszmar.

Wspomnienia spisywałam na gorąco, zanim wyparują i zostanie to miłe poczucie, że właściwie… wcale nie było tak źle. Było źle. Było nam tam tragicznie. W skali problemów pierwszego świata, oczywiście.
Uwaga, w tekście padają wulgaryzmy, dużo wulgaryzmów.

W ramach ucieczki od hustle and bustle of La Paz – zdecydowaliśmy się zarzucić na plecy namiot i przejść po górach.
Padło na el Choro – szlak nie za długi, no i co najlepsze: schodzi się z 4900 m.n.p. m. na 1700 m. 57 km w dół? Brzmi idealnie.
Starożytny szlak Inków? Ale jazda.
Jeszcze tylko szybki rzut oka na google images. Nie ma się co dłużej zastanawiać. Będzie pięknie, idziemy!

Pierwsze rzeczy pierwsze: w góry nigdy bez śniadania. Na zdjęciu making of nasze ukochane boliwijskie śniadanie: pastel de queso. Napchać sera, zalepić, a potem to wszystko wrzucić do wrzącego oleju! Jeść gorące, posypane cukrem pudrem.

el choro trek

Informacje porządkowe: żeby dostać się na start, złapcie colectivo do Coroico (taki boliwijski Karpacz) i poproście o wysadzenie w La Cumbre.

Już na początku powinnam była wyczuć, że coś jest nie tak. Na dzień dobry wspinamy się z 4700 na 4900 m. Nie w glorii i chwale, ale ze smarkami i we łzach („miało być w dół…”).
Zimno, mokro. Mgła jak mleko – to chyba wtedy były te widoki z google images, ale nie jestem pewna.

el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek

el choro trek

el choro trek

Dobra jest, weszliśmy. To teraz będzie z górki. I przejaśniać się jakby zaczęło. Będzie dobrze (… not!).

Kogo można spotkać po drodze na El Choro? Cholitę pędzącą stado owiec, chłopca imieniem Omar pędzącego stado osiołków, psa, który chciał koniecznie uprawiać seks z moją nogą (okropne, że psy startują tylko do kobiet i tylko kobiety muszą się od nich opędzać!), dzieci, które jak tylko widzą gringo, to z automatu pytają czy mamy dulce i pancito (chleb i cukierki). Nawet gdybym miała, to bym im nie dała – bo jak El Choro długie, tak wybrukowane jest dwiema rzeczami: śliskimi kamieniami i papierkami od cukierków. Bardzo nieładnie.

Czaicie, że tam mieszka – garstka, bo garstka, ale jednak – ludzi? Szacunek. Wyobraźcie sobie, że macie do sklepu albo 15 km stromo pod górę, albo 30 km w dół – co byście woleli? Przypominam, że ze sklepu trzeba też wrócić.

el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek

Za dziennikiem z podróży:
Pogoda bawiła się z nami w zakryte-odkryte. Fair enough po tym całym słońcu, jakiego doświadczyliśmy w Patagonii. Szlak ładny – po pierwszym podejściu faktycznie ciągnie się w dół – ale i monotonny. 21 km podobnych krajobrazów to trochę za długo. Nie mówię, że jeszcze 30 przed nami.
Im niżej, tym roślinność bujniejsza i bardziej zróżnicowana. Na wysokości campingu czuję się, jakbym była o krok o dżungli.

Pewnie to incepcja, ale całość wygląda inkasko. A na drugi rzut oka wygląda tak, jak sobie wyobrażam Wyspy Owcze: zieleń, owce (lamy) i kamienne zagrody. A na trzeci, już na campingu, czułam się jak w Górach Sowich. Drzewiaste łagodne pagórki i mgła.

Ładnie nie? To tyle, więcej pozytywów nie było.

el choro trek

Dzień II. Czas popsuć sobie humorki.

Drugiego dnia długo mieliłam w głowie różne przekleństwa i tak powstała lista 10 powodów dla których El Choro jest najgorszym szlakiem na świecie.

1. To co można przeczytać w internecie o El Choro, to nawet nie jest śmieszne, to niebezpieczne. Zdaję sobie sprawę, że robiliśmy go nie w sezonie, ale z plenty places to buy snacks – widziałam całe dwa, na początku. A plenty of places to camp oznacza, że są 3 campingi, w tym jeden bez dostępu do wody. Przy czym jako dostęp do wody liczę strumyk. Biada tym, którzy się naczytali w internetach i postanowili jednak nie brać za dużo żarcia, przecież dokupi się po drodze.

2. Szlak ten jest podwójnie oszukany, dlatego że miało się iść tylko w dół – a idzie się też pod górę. Ile to ja łez wylałam, ile kamieni skopałam, ile gałązek oberwałam ze złości. Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem marudą na szlaku. I jak wiem, że trzeba zapierdalać pod górę, to zaciskam zęby i zapierdalam pod górę. Ale jak dostaję niespodziankę w postaci trzech długich podejść, to nerwy mi puszczają. Mam cichą nadzieję, że Tomek mnie nie nagrywał, bo sama nie wiem co miałam na myśli krzycząc jebać ten szlak i wszystkie jego matki (cytat dosłowny), ale ojejku – jeden reaguje tak, drugi reaguje inaczej, ok? ja tam wychodzę z założenia, że lepiej wyrzucic to z siebie, niż dusić.

3. Spora część drogi prowadzi po bardzo mokrych (bardzo śliskich) kamieniach. Znacie mit o Pachamamie i skórce od banana? Pewnego dnia, Pachamama poślizgnęła się na skórce od banana. Wyglądało to tak śmieszne, że chociaż Inkowie bardzo starali się powstrzymać śmiech, to nie dali rady. A nikt nie lubi, jak ktoś się z niego śmieje, a co dopiero całe plemię, prawda? Rozgniewana Pachamama za karę wybrukowała im tranzytowy szlak zajebiście śliskimi kamieniami, na których do dziś ślizgają się gringo. End of story.

4. Widoki. To znaczy ich brak. Cały drugi dzień idzie się przez las. A ja przy każdej możliwej okazji tłumaczę, że nienawidzę chodzić przez las jak jestem w górach. Bym chciała do lasu, to bym poszła na grzyby.
Coś tam czasem wychynie zza drzew, ale ta monotonia jest naprawdę dobijająca. I nawet motylki jak z atlasu nie ratują sytuacji.

5. Wilgoć. W butach już dawno masz zupę i boisz się co zastaniesz po ich zdjęciu. 1/4 tego co po Tobie spłynie to pot. 1/4 to to co skapnie Ci prosto na głowę z liści i gałęzi które non stop trącasz. 2/4 to woda z roślin, które wycierasz spodniami. Spodnie masz mokre po uda.

6. Wydostanie się. Na końcu szlaku jest kilka samochodów, które chętnie Cię zawiozą gdzie chcesz – za gruby hajs. Hajs, którego nie zapłaciłbyś nawet w Polsce, a co dopiero w Boliwii, ale nie masz wyjścia, więc płaczesz i płacisz. O piątej popołudniu jesteś w La Paz. A chciałeś być o pierwszej-drugiej.

7., 8., 9., 10. Bo na blogu podróżniczym zawsze są listy. I najlepiej jak liczba punktów jest okrągła.

Pierwszy dzień: 7/10. Drugi dzień: 2/10. Problem w tym, że drugi dzień jest jak mokry, niekończący się koszmar i swoją okropnością przyćmiewa dzień pierwszy i w życiu nie pozwolę na wyciągnięcie średniej. Szlak otrzymuje wielką czerwoną pieczątkę NIE POLECAM, ADAMSKA. To chyba pierwszy taki w historii.

Pozytywy? Są, a jakże. Obejrzeliśmy trochę starej i nowej klasyki kina: Notting Hill i Big Short. No i motyle były super. I strasznie lubię pisać posty, w których mogę sobie ponarzekać. Ale całej reszty nie wymażę z pamięci. El Choro, pamiętamy!


el choro trek

el choro trek
el choro trek
el choro trek
el choro trek

el choro trek
el choro trek

Rzutem na taśmę dorzucę jeszcze kilka migawek z La Paz, które nie zmieściły się w ostatnim poście (musiałam zrobić miejsce na wrestling cholit). Patrzę na nie i wzdycham. La Paz – wróciłabym.

Jak już się tak rozpędziłam, to dołożę dwie propozycje miniwycieczek z La Paz. Jeszcze jest się w mieście, ale już jakby poza.










 class=

a) Muela del Diablo.
Formacja skalna, która wygląda jak ząb. A że taki wielki ząb mógłby mieć chyba tylko sam diabeł, no to jest – ząb diabła. Okolica jest konsekwentnie creepy. Pojechaliśmy tam dwa dni po Huayna Potosi i muszę powiedzieć, że coś nas tam na górze złamało. Na Muela del Diablo ledwo się wczłapaliśmy i wyobrażam sobie komentarze, że tacy młodzi a już siły nie mają. A my tu sześciotysięcznik zdobyliśmy dwa dni wcześniej, bujać się!
Widok na miasto bardzo w porządku.
Jeśli nie przeszkadza Wam nocowanie pod zębem diabła (ominous music), to weźcie namiot i obejrzyjcie sobie stamtąd zachód i wschód następnego dnia. Mała szansa, że ktoś Was będzie niepokoił (chyba że złe duchy, hehe), a i wiata jest, i stół piknikowy. Bardzo żałuję, że na to nie wpadliśmy.

muela del diablo




valle de la luna

b) I jedna z flagowych propozycji do zwiedzania w La Paz. Valle de la Luna. #unikalny #krajobraz #jak #z #księżyca #wow #visitbolivia #travelblog. Tu już śliska kwestia, bo na ogół ludziom bardzo się tam podoba i polecają jak szaleni – ale nie my. Godzinę jedziesz, żeby pół godziny pochodzić, żeby godzinę czekać na autobus, żeby godzinę wracać. Może gdyby słońce było niżej. Może gdybyśmy od tego zaczęli zwiedzanie La Paz. Może.



To bardzo niebezpieczny mechanizm, takie zajadanie smutków, ale naprawdę czuliśmy, że zasłużyliśmy na fancy kolację przy świecach – na przykład szaszłyki z mięsem lamy. Mam podejrzenia, że było to mięso z lamy dla gringo, czyli dajmy im krowę, i tak się nie poznają. Ale niech tam, zjedzone – zaliczone, i tak będę opowiadać, że jedliśmy lamę, w końcu za co zapłaciliśmy, jak nie za to?
Dość powiedzieć, że mięso było twardawe i łykowate. Zdecydowanie wolimy alpaki.

Zdjęcia mięsa z lamy się nie zachowało, ale mamy dla Was zdjęcia salchipapy (aka boliwijski kebab). Może być?
Merry Christmas!

I teaser następnego posta. Będzie się działo. Karnawał w La Paz to prawdziwa rzeźnia.

  • Lubię posty, w których narzekasz :D

    • ja też :d same się piszą, tu właściwie nie musiałam dużo dopisywać, wszystko miałam zawczasu w głowie/w dzienniku, miałam dużo czasu wtedy na przemyślenia :d

    • DOKŁADNIE! ja też jestem fanką marudo-postów od Eli <3

  • o popatrz, twój wnerw na szlaku był pewnie porównywalny z moim w hostelu, stąd widzę ciągoty do odmian „jebany” i łaciny zaawansowanej:3 :D

    • cos w tym jest, myślę że to słowo jest po prostu najdobitniejsze ze wszystkich bluzgów ;)

  • Jeju, ale te pierwsze zamglone zdjęcia gór są malownicze! Chociaż doskonale rozumiem, że denerwowały, ostatnio co pojadę w góry (pod Śnieżkę, na Śnieżnik) tylko mgła i chmury!

    • haha, znam to doskonale! sama słońce pod snieżką miałam raz jedyny w życiu. ja lubie mgłę w górach, naprawdę, może nawet bardziej niz samo słońce – ale nie przez calutki czas. najoptymalniej jak najpierw jest jedno, a dopiero potem drugie.

  • Nawet z niczego wyciągniesz świetne zdjęcia – nawet upatrzyłam sobie moje ulubione. Z lamami oczywiście ;) Zapisuję i wykreślam – na el Choro moja noga nie postanie!

    • zastanawiam się zawsze, czy nie pisze tego zbyt pochopnie, a potem ktoś przeze mnie straci ;) ale nie, naprawdę w boliwii są ciekawsze atrakcje, szkoda czasu na el choro.

  • Ela, bez obrazy, ale gdzie Ty miałaś oczy – nawet google images nie pokazuje, że może być pięknie. słyszałam jednak że na wysokościach trudniej się kojarzy, więc może coś było na rzeczy :d <3

  • Karolina

    Twoje kadry są niesamowite!
    Jakim sprzętem fotograficznym się posługujesz? Dużo podróżujesz stąd kieruję do Ciebie pytanie, polecasz szczególnie jakiś obiektyw na wyprawy? Bo rozumiem, że nie zamieniasz co chwilę obiektywów pod kontem otoczenia, sytuacji itp.

  • Travelling Milady

    Jak ja Cię lubię. I najgorsze, że nie wiem czy bardziej w tekście czy w zdjęciach. Jedno jest pewne, pisz i fotografuj, bo masz prawdziwy dar hipnotyzowania słowem i obrazem. A co do szlaku to ja bym z pewnością płakała i co 15 minut ogłaszała odwrót. Mam nadzieję, że pomiędzy psem i twoją nogą, jednak do niczego nie doszło. Chyba, że oboje chcieli:)

    • nie ogłosiłabyś, bo myśl o powrocie pod górę była po prostu niemozliwa, trzeba by pokonac naprawdę duża róznicę wysokości :( ten szlak to pulapka.
      jakos udalo mi się zgubić adoratora, ale muszę przyznac, że był bardzo wytrwały ;)

  • W końcu mogłam na spokojnie usiąść poczytać i ponapawać się nowym tekstem i fotami u Ciebie.

    Lubisz pisać teksty, gdzie można pomarudzić – ja je w Twoim wykonaniu uwielbiam czytać <3 Są najlepsze!

    I te najgorsze przygody w rzeczywistości właśnie świetnie się przekładają na papier tudzież klawiaturę. Jest to smaczne a nie mdłe – mimo że przepłacone krwią, potem i łzami. Ja dziś wspominałam jak podtruwałam siebie i znajomych przez pół wyjazdu w Maroko :D TOTALNIE NIEŚWIADOMA (mam takie typowe blond-momenty) – ale cóż, jedyne co teraz robię – to śmieje się z tego, nie potrafię inaczej.

    Mit o Pachamamie ląduje w moich ulubionych mitach :-D miałam bardzo podobny epizod w Bergen, jak tego samego dnia po przylocie (i zarwanej nocce) – wszyscy stwierdzili "hej wchodzimy na urliken!" – a potem "hej, wracajmy innym szlakiem" – i wracaliśmy, takim, że spotkaliśmy kolesia po drodze calutkiego mokregoo, który dosłownie czołgał się po kamieniach z pytaniem "czy mamy wodę" i żebyśmy nie szli tym szlakiem bo tam jest przepaść i ślisko i wodospad i owce to wydeptały, tu nie ma przejścia…

    I ten krajobraz z 'ząbkami' – ej, on wygląda spoko! :-D

  • Jak ja Cię rozumiem z tym cholernym pod górę, gdy miało być w dół. Płaczę tak i przeklinam w Tatrach, zwykle po trzydziestym kilometrze. Zdjęcia tego nudnego miejsca oceniam na 20 w skali do 10. Jesteś tak niesamowita, że normalnie nie chce mi się tego pisać, bo i tak nie odda.

    • agata! <3
      ale… po… 30-tym? kilometrze? po trzydziestym kilometrze usiadłabym na ziemi i już nie wstała. może chodź na krotsze trasy? ;)