PERU: Huacachina czyli z piachu powstałeś

Bo na piach upadłeś. Bo próbowałeś sandboardingu pierwszy raz w życiu i Ci nie wyszło. Nie da Ci ojciec, nie da Ci matka, tego co da Ci Huacachina (Peru).

Pozostałe posty z Peru znajdziecie TUTAJ.

Mieliśmy zwiedzać Peru po bożemu, jak miliony przed nami i miliony po nas: CuscoMacchu Picchu – Arequipa – Kanion Colca. I byłoby tak, gdyby Tomek nie wziął spraw w swoje ręce i nie popierdolił biletów autobusowych.
To jest moment, na który czekałam, odkąd zaczęłam prowadzić bloga. Wszyscy ciągle żałują tego biednego Tomasza, dzisiaj pożałujcie mnie. Zapalcie znicza, wpiszcie miasto. Bo przyszedł taki moment, że to ja byłam naprawdę biedna. Jak chce się mi sprawić przykrość, wystarczy zapytać: jak mi się podobał Kanion Colca. Na google images wyglądał bardzo ładnie.
W Peru byłam, ale kanionu – nie zobaczyłam. Oto moja historia.

Autobus nocny Cusco-Arequipa. Ciężko się śpi, jak męczy rzyganie, więc wyobraźcie sobie moją ulgę, jak skończyliśmy dwunastogodzinną jazdę.
A teraz wyobraźcie sobie, że Wasz mąż z powodu braków w podstawowej wiedzy w jakim jest kraju i co tam się zwiedza, kupuje złe bilety. I zamiast oglądać kanion Colca, wsadza Cię do kolejnego autobusu. Na następnych 12 godzin.
Tak jest, ponieważ ja sobie po ciuchutku dogorywałam na podłodze dworca, Tomek dostał misję:
– sprawdzić skąd i o której jedzie się w okolice kanionu Colca
– sprawdzić skąd i o której jedzie się do Ici (Ica to nasz kolejny przystanek w Peru), żeby nie tracić czasu i od razu wsiąść potem do dobrego autobusu.
Wraca, trzyma bilety. A jaki zadowolony z siebie! Mam się zbierać, za 10 minut jedziemy. Do Ici.
Tak jest, pomylił się o dwa dni, 720 km i 150 zł. Dobrze, że na Macchu Picchu bilety ja kupowałam.

Miałam bardzo dużo czasu, bo aż cały dzień, żeby notować swoje obserwacje. Na przykład, mówisz Peru, raczej nie myślisz “piękne wybrzeże”. A Peru ma piękne wybrzeże. W ogóle zielone Peru z moich wyobrażeń jest w dużej części półpustynne, kamieniste. Gdybyśmy jechali nocnym, to bym tego nie wiedziała.
Albo zauważyłam, że jednymi rzeczami wymiotowałam, a innymi nie, kolejność posiłków nie grała roli. Dzięki Tomek, bez Ciebie nie pomyślałabym, że coś takiego w ogóle jest możliwe!
Na szczęście dwa dni później, w autobusie Ica-Lima podczytałam panu z siedzenia obok nagłówek z gazety: 12 GODZIN DESZCZU W AREQUIPIE. Nie żeby od razu schadenfreude, ale zawsze to jakiś kamyczek z serca.

huacachina peru
huacachina peru

No dobra, ale po co to wszystko? Czemu nie mogliśmy po prostu odpuścić tych 150 zł i zostać w Arequipie? A to dlatego, że o ile kanion już w życiu widziałam, o tyle na pustyni jeszcze nie byłam. A bardzo chciałam być, odkąd zobaczyłam u Styledigger tego posta. Jeszcze nie planowałam wyjazdu do Peru, ale już planowałam wyjazd do Huacachiny.

Jaka może być wioska wciśnięta pomiędzy wydmy, która wygląda na google images jak definicja oazy (the amazing oasis town that flourishes in the middle of the driest place on Earth)? Bardzo turystyczna. Czyli bardzo droga (w porównaniu z resztą Peru – wtedy nie byliśmy jeszcze w Limie). I oferująca gastrousługi bardzo średniej jakości. Mogłabym się poznęcać nad każdym posiłkiem, jaki tam zjedliśmy.
Normalnie by mi to przeszkadzało, ale w Huacachinie w zamian za podłe żarcie dostajemy wydmy wysokie na 40 m, parzący piasek i sandboarding. Biorę to.
Na szczęście, za wydmy nie trzeba płacić, ani nie trzeba ich jeść. A na dobre jedzenie jedzie się 10 minut tuk tukiem, do miasta. To znaczy tak obstawiam, bo pierwszego wieczoru daliśmy szansę pizzy (zły wybór), a drugiego wieczoru ugotowaliśmy sobie makaron i sos na kuchence (jeszcze gorszy wybór). Ale gdybyśmy tam zostali dzień dłużej, to już na pewno pojechalibyśmy do miasta.

Koniec gadania, teraz obrazki. Chociaż bardzo ciepło wspominam Słowiński Park Narodowy, to jednak wydmy w Huacachinie > wydmy w Czołpinie. Nawet przy świetle płaskim jak stół robią wrażenie, to co dopiero będzie popołudniu?

huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
oaza huacachina peru
oaza huacachina peru
pustynia peru
pustynia peru

Basen to nie taka fanaberia, jak mogłoby się wydawać. Jeszcze chętnie zanurzycie swoje umęczone i zapiaszczone ciało w chłodnej wodzie.

huacachina peru

Łatwiej w Huacachinie kupić dune buggy ride niż chleb. Nie bardzo wiedziałam o co chodzi z tą jazdą buggy po piasku, co w tym może być fajnego? Ale jechaliśmy do Huacachiny 23 godziny, trochę głupio byłoby nie spróbować.
Nie bardzo wiedziałam, co w tym fajnego, bo w mojej głowie wyglądało to jak jazda meleksem, 20 km/h. Wow, brzmi ekscytująco, ten wiatr we włosach.
Więc, nie. Więcej wspólnego ma taka przejażdżka z kolejką górską, krzyczałam dokładnie tak samo. Różnica polega na tym, że o ile poczytałam jak działa rollercoaster i wiem że szansa że wagonik się wykolei jest minimalna, o tyle przy zjeździe z pionowej górki wszystko zależy od reakcji kierowcy. Albo dwóch, jeśli w programie mają punkt udawajmy, że jedziemy na czołowe i w ostatniej chwili skręćmy (mieli). I weź tu potem wytłumacz przyczynę zgonu: moja córka zginęła podczas jazdy lekkim samochodem terenowym po wydmach w Peru? Trochę głupio brzmi.
Na pewno każdy mówi to samo, ale mam wrażenie że nasz kierowca był większym krejzolem niż inni. Spytałam raz, czy lubi swoją pracę. Tylko się uśmiechnął. Kto by nie lubił wożenia ludzi po wydmach z prędkością 100km/h? Myślę, że gdyby Tomkowi znudziło się kiedyś programowanie, odnalazłby się w Huacachinie.

Zastanawiałam się, jak dużą szkodę wyrządzamy środowisku, ale z punktu widzenia przyrody rozjeżdżamy coś, co i tak jest jałowe. Prawda?

PS: Jeździć można cały dzień, ale najlepszy stosunek cena/jakość daje jazda popołudniu/o zachodzie słońca.

huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru
huacachina peru

Punkt drugi programu artystycznego: sandboarding.
Właściwie “sandboarding”, bo nie żeby któremuś z nas wychodziło. Nie ma się co denerwować, że się nie umie na stojąco. Po co na stojąco, jak można na brzuchu? Na brzuchu każdy jest mistrzem sandboardingu. Tylko pamiętajcie: nie drzeć japy podczas zjazdu, żeby potem nie musieć sprawdzać w internecie ile kalorii ma piasek.

Każdy dostaje deskę ze sklejki i kawałek wosku – piasek nie jest śliski tak sam z siebie. Najpierw zjazd z małej górki – luzik. Potem z trochę większej. Luzik. A potem z tak wysokiej, że zdążysz przelecieć w myślach alfabet i jeszcze będziesz jechał. Stresik.

sandboarding peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru
sandboarding huacachina peru

Powstał problem: nie udało nam się zobaczyć ładnego zachodu słońca nad pustynią. Ale z kolei aż tyle atrakcji w Huacachine nie ma, żeby tam siedzieć kolejny dzień.
Wstydzę się, ale przyznam się: pojechaliśmy na wycieczkę.
Jeśli chodzi o naturę, to my bardziej za nieożywioną jesteśmy. Inaczej: w górach będę wypatrywać raczej gór niż kozic. Do ZOO pójdę chętnie, ale pod warunkiem, że już wszystkie alternatywy się wyczerpały.
Więc wycieczkę na Wyspy Ballestas (małe Galapagos, rezerwat ptakow i zwierząt morskich) traktowałam jako konieczny dodatek do Parku Narodowego Paracas (klify, plaże i pustynia). Wyszło dokładnie na odwrót.

W życiu bym nie pomyślała, że rejs łódką i dużo ptaków na raz = fun fun fun. Albo że będę się ekscytować lwami morskimi leżącymi tak blisko, że obiektyw 50 mm wystarczy, żeby je uchwycić. I widzieliśmy dwa pingwiny. Czaicie? Pingwiny!!!111
Za to w Paracas modliłam się, żebyśmy już mogli jechać. Największa atrakcja: martwy lew morski wyrzucony na brzeg. Fotografowałam bez wyrzutów sumienia, bo:
a) po raz pierwszy widziałam truchło napuchnięte od wody (no co?)
b) na szczęście to nie wina człowieka, podobno lwy morskie o samicę walczą na śmierć.
Uff!

wyspy ballestas
wyspy ballestas
wyspy ballestas
wyspy ballestas

wyspy ballestas

wyspy ballestas
wyspy ballestas
paracas peru
paracas peru
paracas peru
paracas peru
paracas peru

Popołudniu szlifowaliśmy naszego sandboardowego skilla, to znaczy zjechaliśmy jeszcze po dwa razy. Że mało? A zjeżdżajcie sobie do woli, tylko kto Was będzie do góry taszczył? Wyciągu w Huacachinie jeszcze nie zbudowali (luty 2016).
Weszłam już w życiu na kilka gór, ale w porównaniu z niektórymi, więcej wysiłku kosztowało wspięcie się na najwyższą wydmę w Huacachinie.

No i buty. Buty do chodzenia po wydmach to ważna kwestia, warto ją omówić.
Że rano jak założyliśmy klapeczki – normalka, błąd nowicjusza. Ale że popołudniu, uzbrojona w wiedzę, że PIASEK PARZY, zrobiłam to samo – to już głupota.
Na wydmy tylko buty trekkingowe. Tylko.




Dobrze, że daliśmy sobie dodatkowy dzień na zachód słońca. Bo ja, która wstaje codziennie przed piątą, miałam problem żeby wstać w Huacachinie na wschód. Miałam problem, bo nie mogłam tam spać, dwie noce leżałam i pisałam w głowie posty tak zgrabne, że polecałby Mariusz Szczygieł (gdyby powstały).
Ale może to i dobrze – i bez wschodu słońca foteczkami z wydm mogłabym wytapetować mieszkanie (Wy też możecie), na razie wytapetuję sobie bloga. Dopełniwszy formalności związanych z fotografowaniem zachodu słońca, mogliśmy wyjechać z Huacachiny.

Z Peru zostały jeszcze dwa posty. Jeden z gór, jeden z miasta. Odliczanie do Stanów czas zacząć.












  • Kamil Jankowiak

    Te zdjęcia są naprawdę dobre ;o

  • jak mi się te wydmy podobają! szczerze, to bardziej niż wszystkie inne krajobrazy do tej pory z tej długiej podróży.

    • no bo coś innego wreszcie ;) wydmy, wulkany i lodowce – niekoniecznie w tej kolejności, ale to chyba moje ulubione krajobrazy na ziemi. dopiero potem zwykłe góry.

  • foty – mistrz! i czyta się miło :) jak widać, czasem warto wybrać się na zorganizowaną wycieczkę :)

  • ale zazdro tych lwów morskich <3 i PINGWINÓW… o mamo <3 kurde pamiętam jak zobaczyłam foki leżące sobie ot tak na krach lodu, które były tak bliziutko – this same story – że nawet 50 mm wystarczyło – tak czy siak Wyspy Ballestas CZAD!

    spełniony obowiązek pozostania na zachód słońca pochwalam absolutnie <3 BYŁO WARTO

    a z tym kanionem Colca to wiesz – po prostu będziesz musiała jeszcze wrócić i nadrobić! tym razem sfocić kondora pięćdziesiątką ;-))

    ej ale tak patrze teraz na mapę i myślę sobie, że ta Huacachina to taka oszukańcza oaza trochę – zaledwie kilometr jakąś asfaltową drogą z Ica! a ja myślałam, że to taka prawdziwa oaza OAZA uh

    • no i oczywiście chciałam dodać „nieładnie Tomaszu, nieładnie”

      • i „biedna Elżbieto” też

    • haha, to prawda, nie napisałam tego wprost bo liczyłam że właśnie czytelnik sam zauważy zabudowania za winklem (http://farm6.staticflickr.com/5692/30229090156_aa6141a650_o.jpg) ;), ta oaza to wlaśnie z przymrużeniem oka. zwykły biznes. ale chyba po raz pierwszy doświadczyłam takiego zderzenia tej skrzeczącej rzeczywistości „oazy dla turystów” z pięknem wydm. tak jakby nic ich nie ruszało. w górach są wydeptywane szlaki, łamane rośliny, budowane schroniska – a tu trochę wiatru i nie ma śladów po człowieku (ok, poza śmieciami).

  • A to Tomasz gapa! Normalnie nie wierzę. Biedna Ty. Żałujemy Cię wszyscy. Naprawdę.

    Wydmy świetne, ale najbardziej podoba mi się zdjęcie jak ci ludzie (faceci głównie :D) idą z tymi deskami pod pachą. Jak z jakiegoś filmu normalnie! Czad!

    Już chcę być w tej Ameryce Płd. Przez Ciebie jeszcze bardziej. A tu trzeba czekać i planować inne tripy :P

  • Sandboarding – w ogóle, wszystko co ma w nazwie „boarding”, wydmy i pustynia – moje (jeszcze) niespełnione marzenie! Buty na pustynię kupiłam w zeszłym tygodniu, teraz do szczęścia brakuje tylko pustyni i deski ;d

  • Zu

    Zdjęcia pustyni niesamowite, miejsce też miazga. A sandboarding wygląda super.

    • sandboarding wygląda super. w praktyce zjeżdża się ciężko, bo te deski nie są jakieś profesjonalne no i mimo woskowania po piasku nie jest tak łatwo się ślizgać – chociaż nie mówię, byli tacy co zjeżdżali pięknie. problem w tym że naprawdę za ciężko jest podchodzić z powrotem pod górę, żeby zjechać więcej razy i się czegoś nauczyć ;)

  • Droga Elzbieto! Niesamowite jest, ze calkiem niedawno lazilismy tymi samymi szlakami! Huacachine zapamietam na dlugo. Niesamowite widoki, przejazdzka tym kosmiczym autem, zjezdzane na brzuchu, piwko w cieniu palm. No i tragiczne jedzenie – tu sie zgadzam w 100%.

    Paracas bylo naszym przedostatnim przystankiem i tam po prostu chillowalismy. Ale zarowno Park Narodowy jak i Wyspy zrobily na mnie spore wrazenie. Ej! Naprawde widzieliscie tylko dwa pingwiny? U nas byly spore stada! Relacja juz napisana, czekam tylko na odpowiedni moment na publikacje to Ci podesle moje pingwiny!