Suchar maltański

Suchar maltański to jak mówisz, że lecisz na Maltę i jako odpowiedź słyszysz: hehe, na tę poznańską, hehe?

Po czym poznać, że społeczeństwu się powodzi? Po tym, że nikt nie opowiada suchara maltańskiego.
Na ogół przyjmowano nas ze zrozumieniem: ok, więc lecicie na Maltę – taką wyspę na Morzu Śródziemnym, 80 km na południe od Sycylii.
Wszystkie riposty obmyślone zawczasu mogłam sobie wsadzić gdzieś.

Żadni z nas poszukiwacze przygód, ale żeby zaraz: my i Malta? Przecież my nie przepadamy za wyspami (wyjątek: Islandia), a plażowanie mamy w pierwszej dziesiątce Top 100 wakacyjnych aktywności – ale od końca.
Gdyby to chodziło o nas, pewnie polecielibyśmy na Maltę nie prędzej niż na starość – ale to nie chodziło o nas. Bo była to pierwsza wycieczka w tak niezwyczajnym (a przecież tak zwyczajnym) składzie: mama, tata, syn i ja – synowa.

Żeby nie było za egzotycznie. Żeby było ciepło, kiedy u nas zimno. Żeby były: i miasta i zabytki, ale: i górki i morze. Żeby dało się wypożyczyć samochód, ale żeby odległości nie były za wielkie. Żeby leciało się na weekend, najlepiej z Poznania.
Już wiecie, czemu Malta?
Była to pierwsza wycieczka zagraniczna rodziców ze wszystkimi konsekwencjami: pierwszy lot samolotem (myśleli, że będzie gorzej; dopiero na końcu przyznali, że w domu na biurku leży testament), pierwsi spotkani nie-Słowianie (ale przynajmniej katolicy), pierwsze morze nie-Bałtyckie. Jak się udał eksperyment?

Spoiler: jeśli chcecie poczuć ducha slow travel – zabierzcie na wyjazd rodziców.

Może i zwiedzilibyśmy więcej, gdybyśmy byli tam sami. Może i poszlibyśmy z Tomkiem na owoce morza. Ale gdy słyszysz jak rodzice mówią: tego nie można opowiedzieć. To trzeba zobaczyć. – to wiesz, że postąpiłeś słusznie. A zwiedzanie odbijesz sobie kiedy indziej.

Czy powtórzymy? Kiedyś na pewno, z naciskiem na kiedyś. Myślę, że każdemu było chwilami ciężko – ja dobrze wiem, że za łatwo się denerwuję, bo ciężko mi udźwignąć odpowiedzialność: 4 osobom tak zaplanować wycieczkę, żeby wszystkim zrobić dobrze. Rodzice z kolei czuli się zależni od nas – bo nie znają języka i nie chcieli się narzucać. Pomogły dwa wieczory spędzone osobno – my z Tomkiem podgoniliśmy ze zwiedzaniem, a rodzice mogli odpocząć w domu. Potem wszyscy piliśmy wino z Lidla w domu i szafa grała.
Trochę odczekam, pójdę na jogę i możemy jechać razem znowu.

Kiedyś na pewno przyjdą takie dni, że przestaniemy wybierać najtańsze noclegi, skoro służą tylko do spania i jako bezpłatna przechowalnia bagaży. Nie wiem jeszcze kiedy, ale wiem że z rodzicami trochę nie wypadało nocować w 10-osobowym dormitorium w hostelu.

Więc Airbnb.
Różne już mieszkania wynajmowaliśmy, ale to było naj pod każdym względem. Najstarsze (XVII w.), najwyższe (5 metrów do sufitu), najkonsekwentniej umeblowane. Na wyposażeniu także kieliszki do każdego rodzaju alkoholu, adapter i mandolina. Kuchnia w loggi. I witraże w oknach.
Widok – na główny placyk Iż Żejtun.
Mało? Do mieszkania wchodziło się przez salon fryzjerski. Do tej pory nie wiem, czy to była poważna propozycja, ale w niedzielę mieliśmy do dyspozycji cały dom, z salonem włącznie. Z usług fryzjerskich mamy nie korzystam odkąd obcięła mnie na zaczarowany ołówek, ale i tak – kocham takie smaczki.

To teraz najlepsze: podobną cenę (100 zł/2 os./noc) rodzice płacili w tym roku – w Świnoujściu. I nie wchodziło się do ich mieszkania przez salon fryzjerski. Gdzie Rzym, gdzie Krym?
PS: tu jest zniżka na Twój pierwszy nocleg na Airbnb!

Inne informacje praktyczne:
– Podobno na Malcie najbardziej opłaca się jeździć autobusami, ale jednak ponad wszystko cenimy sobie wiatr we włosach – stąd wynajem auta. Wypożyczenie w jednej z sieciówek kosztowało nas 220 zł/3 dni (i napisz ze pan nas chciał z avisa wyruchać i bez pytania dorzucił ubezpieczenie za 80€). Paliwa spaliliśmy za 20 euro.
– Ceny w sklepach trochę wyższe niż w Polsce i – pamiętajcie! – że w niedzielę nie ma tak jak u nas, że wszystko wszędzie otwarte. Dotyczy także stacji benzynowych. To znaczy są automaty – ale tylko na gotówkę. I nie zawsze działają.
– Malta: mała wyspa, wielkie korki. Zawsze bierzcie poprawkę na duży ruch – to że coś jest 20 km stąd, nie znaczy że dojedziecie tam w 20 minut.
– nie rozglądaliśmy się na tyle uważnie, żeby zauważyć parkometry, więc na własny użytek przyjmujemy, że na Malcie parkingi są darmowe. Pamiętajcie tylko, żeby parkować w białych liniach (nie żółtych) i gitara (mandolina) gra. Chyba.

PS: największy wybór samochodów znajdziecie na TUTAJ.






I proszę, a niby w małych miasteczkach się nic nie dzieje. Nie w Iż-Żejtun.
Na przykład w niedzielę o 21:00, to ja już śpię. W niedzielę o 21 w Iż-Żejtun rozkręca się procesja.
W czasach studenckich nie miałam tak bujnego życia towarzyskiego jak starsi panowie na Malcie:
Godzina 6 rano – siedzą. Godzina 15 popołudniu – siedzą. O 21 siedzą i o 4 rano siedzą! Czasem pod jednym barem, czasem pod drugim. Czasem pierwszy bar jest otwarty, a drugi zamknięty – a oni i tak siedzą pod drugim. Czasem oba bary są otwarte, a oni siedzą na rynku.
Dwie największe zagadki ludzkości: gdzie jest Bursztynowa Komnata? Od czego zależy gdzie i o której siedzą starsi Maltańczycy?



Nie będę kłamać, że Malta nas zauroczyła, bo taka jest cena za częste wyjeżdżanie: coraz mniej miejsc jest nas w stanie zmusić do zrobienia wow. Malta miała być miejscem na łatwy start rodzicow w zagraniczne podróże – i była. Z naszych młodych zblazowanych piersi nie wyrwał się jęk zachwytu – ale też i nie było na co narzekać. Jeszcze nie upadłam na głowę, żeby nie ruszało mnie morze tak niebieskie, że aż granatowe.

Zamiast relacji godzina-po-godzinie zrobiłam relację miejsce-po-miejscu. Więc jeśli jakiejś atrakcji nie ma na zdjęciach – to znaczy, że nie warto o tym wspominać. Selekcja naturalna.
Zabraknie więc Mdiny i Rabatu (Mdina nam się nie podobała i zabrała czas na Rabat), klifów Dingli (meh), Blue Grotto i Melieha (nie byliśmy). Rotunda w Moście robi wrażenie, ale nie zmieściła się na bloga, w końcu to trzecia największa taka na świecie.

Malta National Aquarium. Myślę, że są gdzieś na świecie akwaria, w których warto wydać dużo na bilet. Akwarium na Malcie wyceniłabym na 5 euro, a i to tylko za tunel z rekinem i płaszczką. Reszta średnio – może to lokalny patriotyzm, ale wolę akwarium i herpetarium w ZOO w Płocku. 14 zł vs 14 euro.








Valetta. Z Valettą mam zgryz. Po pierwszym spacerze czułam niedosyt, nie mogłam się napatrzeć na strome ulice i kolorowe balkony. Po drugim spacerze niczego więcej nie znalazłam niż: strome ulice i kolorowe balkony. Nie twierdzę, że nic tam nie ma, twierdzę że za mało dokładnie szukałam. W mieście jest ponad 300 zabytków, stwierdziliśmy, że skoro i tak nie damy rady, to po co się męczyć – po prostu spacerujmy.
Na pewno radę dają: Ogrody Barrakka i prom do Sliemy (i z powrotem).





Pieniędzy starczyło na bilety do Europy, ale zabrakło na fotografa? Szczęście, że akurat przechodzi w pobliżu Nieśmigielska!
Żartuję, chociaż korciło mnie strasznie, to nie podeszłam. Ekspansja na rynek dalekowschodni – tak, ale w 2019.







Wyżywić się na Malcie można tanio, wystarczy jeść pastizzi z groszkiem albo ricottą na śniadanie, obiad i kolację.
Co innego, gdy w grę wchodzi królik. W szampanie.
Nie wejdę przecież do pierwszego lepszego miejsca i nie wyłożę z kieszeni 50 euro – a tyle kosztuje kolacja dla dwojga chcących spróbować lokalnego specjału. Do sprawy podeszliśmy poważnie, najpierw research. Poczytałam i stwierdziłam, że co jak co, ale gorzej niż Jamie Oliver nie będę jadła i poszliśmy do Angelici w Valetcie. Opinie: od dreadful po nice and juicy. One of malta’s best vs tourist trap. Nasza opnia: ani dreadful ani nice. Ale cena nie przełożyła się na jakość.
Bardzo chciałabym móc powiedzieć coś innego, ale co jeśli ten królik naprawdę smakował jak kurczak? Po kościach poznałam, że to jednak był królik (albo: że to na pewno nie był kurczak). Mięso chude, raczej suche. Bardzo słone. Przydałaby się jakaś sałatka, żeby odpocząć od smaku mięsa, ale chyba miałam za dużo oczekiwania od dania za 20 euro.
A czy gdziekolwiek indziej byłby lepszy? Małe szanse, że kiedyś będę miała porównanie, nie stać mnie.
PS: kawa? Pominę milczeniem. Tak blisko do Włoch, a jednak tak daleko.
PS II: napój Kinnie smakuje jak płyn do baniek mydlanych.

Teraz przewrócę Wasz świat do góry nogami. Malta to nie wyspa – to archipelag. Nieźle, nie?

Ciekawe, że wystarczy przeszkoda w postaci promu, którym trzeba się przeprawić (30 minut) i już liczba chętnych na wyspę Gozo spada. Ale to dobrze, bo i Gozo jest o ¾ mniejsze, wszyscy byśmy się tam nie pomieścili.
Po aferze promowej (mamy dwie różne wersje: Tomek twierdzi, że się zgubiłam, ja – że po prostu wysiadłam trochę później i do nich doszłam, o co ten hałas?) gazujemy do top rated atrakcji na Gozo – Azure Window.
Co to ja, łuku skalnego nie widziałam? Ja byłam w Parku Narodowym Arches, tam jest więcej łuków niż psów. A jednak Azure Window robi duże wrażenie, jak i cały ten fragment wybrzeża.
I, hej, czy to nie tam Daenerys straciła wianek w Grze o Tron? (ten serial to moja guilty pleasure, przyznaję).

Na Gozo warto też popatrzeć na solniska na północnym wybrzeżu. I znów – co to ja, solniska nie widziałam? A jednak salt pans na Gozo nam się podobały. Dobrze wiedzieć, że nie jesteśmy jeszcze tak doszczętnie zepsuci.













Ramla Bay – plaża z twistem. Po pierwsze, bo piaszczysta – co nie jest takie oczywiste na Gozo. Po drugie, bo pomarańczowa. Złote piaski nabierają tu całkiem dosłownego znaczenia. A najlepszy widok na plażę jest jednocześnie jaskinią. 2-in-1 feature!
Plaża. Te ciała powykręcane, jak w konwulsjach, jakby przeszła tędy zaraza i nie było komu grzebać zmarłych. Niby błogi relaks, ale po dwóch godzinach ci ludzie obudzą się z kapciem w ustach i poparzonym karkiem. W czym tkwi klucz do czerpania przyjemności z plażowania? Czy starczy mi życia, żeby go odnaleźć?





Niedzielny targ w Marsakloxx zaprasza wszystkich chętnych. Jest część z badziewiem dla turystów (magnesy, koszulki, pocztówki), jest część z badziewiem dla lokalsów (majtki, garnki, torebki damskie), pośrodku, tam gdzie sprzedają ryby, strefy wpływów się zazębiają. Jedni kupują, drudzy – fotografują.
Gdybym wiedziała co wiem teraz, to poprzestałabym na spacerze po porcie. Problem w tym, że wypadało coś zjeść. Gdzie na świeżą rybke, jak nie w Marsakloxx? Otóż – wszędzie indziej. Zjedliśmy tam chyba najgorszy posiłek w życiu. Człowiek sam jest sobie winien, idzie prosto w paszczę pułapki turystycznej ale łudzi się, że akurat jemu uda się zjeść coś smacznego i wartego swojej ceny.









St Peters Pool – ma mój głos w plebiscycie na najładniejsze miejsce na Malcie AD 2016.
Dziwna plaża, bo bez piasku – ale na co komu piasek, jak może rozłożyć kocyk na białym wapiennym klifie? A im ten klif wydaje się bielszy, tym bardziej turkusowa wydaje się woda.
I teraz najlepsze: w tę wodę się skacze. To znaczy, nie żeby my, chociaż każdy się zarzekał, że gdyby tylko miał kąpielówki… Dziwnym zbiegiem okoliczności, nikt kąpielówek nie wziął.









Na Blue Lagoon można albo wieszać psy (bo na pocztówkach nie jest tak zatłoczona), albo się zachwycić, bo niezależnie od tego ile osób przypada na plaży na metr kwadratowy, widok jest niesamowity. Plaża tam malutka, właściwie mówimy o piaszczystym skrawku, więc albo bądźcie tam z samego rana i trzymajcie się twardo swojego leżaka, albo nastawcie się na plażowanie wyżej, na skałach. Albo przypłyńcie własnym jachtem, problem z miejscem odpada.

Blue Lagoon dos and donts:
Do:
– popłynąć tam i wrócić – tak po prostu. Zawsze atrakcja dla kogoś, to nie wychował się nad morzem (ja!) i nie pływał za często łódką. Bonus: w drodze powrotnej podpływa się do jaskiń.
– wejść na Wieżę Św. Marii
– przejść wyspę wzdłuż i wszerz – do zrobienia w godzinę (co daje wyobrażenie jak duża jest wyspa Comino). To było doświadczenie najbardziej zbliżone do trekkingu (bardzo krótkiego trekkingu), a widoki naprawdę mocne. No dobra, może nawet zrobiłam cichutkie wow.

Don’t:
– iść na plażę położoną po drugiej stronie wyspy. W porównaniu z Blue Lagoon jest bezludna, ale ujmę to dyplomatycznie: nie bez przyczyny. To ja już bym wolała kisić się w tłumie, ale z widokiem na turkusową wodę. W końcu, gdybym chciała zobaczyć zwykłą plażę, to bym pojechała nad Bałtyk, zawsze parę złotych taniej.










Z Malty to już wszystko – chyba, że chcecie zobaczyć pamiątkową fotę pod palmą. Rodzina Adamsów pozdrawia!

A ja w przyszłym tygodniu zapraszam znowu na Stany. Tak długo odwlekałam, że teraz zaspamuję cały internet.

  • Pamietam ten dzień, piątek, wróciłam z pracy o 19.30, zjadłam i z powrotem otworzyłam laptop a tam niesmigielska pozdrawia z Malty. Pomyślałam wtedy sobie, że co ja robię ze swoim życiem, skoro w piątek po południu można być na Malcie, a nie w pracy…

    • a Ty myslisz że zazwyczaj moje piątki to jak wyglądają? siedzę i obrabiam zdjęcia na bloga ;)

  • z tymi płaszczkami, to ja miałam podobnie z ZOO w Singapurze. 100 zł (33 dolarów singapurskich) wydane, a o wiele fajniej było w Warszawie.
    nieźle ta Malta wygląda na zdjęciach, co chcesz! ach, a o plażowaniu myślę podobnie, no, chyba, że jest to plaża w Kołobrzegu, event pole dancowy, a ty masz fajne towarzystwo. a plaża nad Bałtykiem wcale nie jest zwyczajna! szczerze, to plaże akurat mamy piękne. takich na Malcie nawet nie mają.

    • z tym bałtykiem to zalezy, bo mam wrażenie że u nas każda plaza jest inna, chociaz mają wspólny mianownik – ale nie jest to na pewno turkusowa woda w morzu ;) i przez to, że to ‚nasze, polskie’, to typowa bałtycka plaża wydaje mi się zwyczajna własnie, bo ją znam. nie mowie, że jest brzydka.

      • no tak, dla większości Polaków to pierwszy punkt odniesienia, wiem, o co Ci chodzi :) ale chciałam tylko zauważyć, że trudno znaleźć miejsce, które miałoby tak idealny, drobny, złoto-biały piasek jak plaże nad Bałtykiem. ja osobiście widziałam takie cudo chyba tylko w Tunezji, a byłam już na tylu plażach, że ho ho. według mnie, nie mamy się czego wstydzić z tym Bałtykiem ;)

    • A była któraś z Was w Afrykarium we Wrocławiu? Też jest tunel, pinwiny i manaty ;)

      • własnie nie, a myśle że kiedyś warto by sie wybrac. a ten tunel to jaki? na wypasie czy tak se?

        • W sumie nie mam porównania, mi się podobało, tylko trzeba tak trafić, żeby nie było nikogo. W tłoku to żadna przyjemność. No i jednak bilet kosztuje 40zł, ale to na całe zoo + afrykarium. Tunel ma 18 metrów :D Jak żółw Stefan przepływa nad głową, to jest ekstra.

  • Beata Stawiarska

    ‚Plaża. Te ciała powykręcane, jak w konwulsjach, jakby przeszła tędy zaraza i nie było komu grzebać zmarłych. Niby błogi relaks, ale po dwóch godzinach ci ludzie obudzą się z kapciem w ustach i poparzonym karkiem. W czym tkwi klucz do czerpania przyjemności z plażowania? Czy starczy mi życia, żeby go odnaleźć?’ haha, boskie. Moge przybic piatke? Moge?

    • ale najpierw plujemy, jak w zbuntowanym aniele!

      • Beata Stawiarska

        a to sie rozumie!

  • Też byłam w tym roku na Malcie i też nie doznałam efektu wow, choć ogólnie było przyjemnie. Też jadłam w Angelice oraz w jednej z knajp w Marsaxlokk i moje wrażenia są następujące: Angelica – totalna chujnia; Ir-Rizzu w Marsaxlokk – przepyszna ryba i owoce morza.
    A abstrahując od Malty, to:
    Cześć Nieśmigielska! Odkryłam Twojego bloga parę miesięcy temu i chyba się uzależniłam. Co tydzień z niecierpliwością czekam na nowy wpis. Uwielbiam Twoje teksty (im bardziej niewybredne tym lepiej) i jestem pod ogromnym wrażeniem Twoich zdjęć – są naprawdę zajebiste, lepsze nawet od moich, wrrrr! :) :) :) Pozdrawiam serdecznie!

    • no wiem, że źle zrobiłam bo nie poczytałam rekomendacji w marsakloxx:( ale zeby aż tak wdepnąc? na oko te knajpy wydawały się wszystkie takie same.
      cześć! naprawdę ktoś czeka na moje wpisy? i w dodatku wie że publikuję razy w tygodniu? ale jaja, wzruszyłam się. dzieki za ten komentarz!

  • Travelling Milady

    Ha ha, dobrze, że przeczytałam ten post zanim pojechałam na Maltę, a byłam tam 2 razy. Pierwszy raz dawno temu – efekt wow, drugi efekt wina zmiksowanego z doborowym towarzystwem, więc nie gorzej. W Marsaxlokk akurat zjadłam bardzo dobrą ośmiornicę, a w Bugibbie świeżego tuńczyka, który rzucił mnie na łopatki, więc mam dużo przyjemniejsze wspomnienia z jedzeniem. Gdybym jednak bywała tam gdzie Wy bywacie w swoich wojażach to pewnie tydzień później już bym tego wyjazdu nie pamiętała. Dobrze, że ma się bloga :)

    • no własnie żałuję, że nie poczytałam wcześniej gdzie zjeść w marsakloxx, tylko po prostu przeszliśmy sie wzdluż portu, już bardzo głodni, i wybraliśmy na chybił trafił. to było miejsce, w którym mama zamówila pierś z kurczaka i nawet to skopali (tzn. te nasze ryby były ok, tylko i aż, ale cala oprawa: suche fryty z mrożonka, sucha surówka z kapusty). niestety nie pamiętam nazwy, więc nie moge odradzić :(

  • piąteczka, też jestem bardzo daleka od maltańskich zachwytów. było przyzwoicie, i tyle.

  • Zu

    Zawsze wydawało mi się, że to jedno z tych miejsc ciekawych inaczej i spodziewałam się trochę więcej hejtów, ale się miło zaskoczyłam. Nie byłam i raczej się nie wybieram, ale ładne zdjęcia pooglądać zawsze miło.

    • nie jechalibyśmy do miejsca, ktore z góry byśmy hejtowali, to byłoby bez sensu ;) malta miała być ok – i była ok. hejt by był, gdyby coś miało być super, a wyszłoby odwrotnie.

  • jeszcze chyba nigdy nie udało mi się na wyjeździe tak po prostu kupic lokalnych skladnikow i ugotować bardziej wymyślnego posilku niz chorizo z sadzonym jajkiem i bułką w patagonii ;)
    jem śladowe ilości chleba, więc nie przyszlo mi do glowy szukac go w piekarniach, teraz mi smutno.
    a królika chcialam zjeść bo jeszcze nigdy w życiu go nie jadlam (tak, wiem, można kupic w kazdym lidlu) ;)

    • Kamila

      uuuu slabo, nie zaliczylas chleba na Malcie, musicie wrócic:))

  • To zdjęcie z dziewczyną w czerwonym kostiumie nad klifem – do żurnala i reklamować kostiumy! :O
    Malta mnie intryguje od jakiegoś czasu, mam się coraz bardziej ochotę wybrać, a nie jest to tak nierealne jak Ameryka Południowa, więc w przyszłym roku, kto wie, kto wie..

  • nadrabiam zaległości od tyłu, ale muszę przyznać że jak Malta wydawała mi się taka całkiem spoko – ani nie ziębi, ani nie grzeje – tak już sama nie wiem teraz, widzę tu w niej Krynicę Morską i czuję że miłości to nie będzie ;D

    • siemka, wróciliście? :)
      ale malta jest taka całkiem spoko, ani nie ziebi ani nie grzeje. a Wasze zdjęcia z krynicy kocham, więc może warto :D

      • noo, wczoraj rano jeszcze jedliśmy śniadanie i jeździliśmy metrem po Bangkoku, a o 21.00 byliśmy już w Warszawie ;( niech żyje magia stref czasowych! a teraz jestem na etapie wypierania rzeczywistości i depresji powyjazdowej, to chyba mój najcięższy dotychczasowy powrót do codziennego życia… ;)

  • Blue Lagoon i St Peter’s Pool najbardziej mi się podobają, chociaż wątpię, że wytrzymałabym na takim twardym podłożu chociaż 5 minut. Materac pod ręcznik obowiązkowy! I jak można nie wziąć kąpielówek jak jedzie się na plażę… ;)

  • No bajeeecznie! Właśnie ostatnio myślałam o terminie ‚slow travel’, bo wszędzie te ‚slow food’, ‚slow beauty’, a wcześniej jakoś nie słyszałam o slow travel właśnie. Może ignorancja prasy branżowej? :D
    Ja się jednak zastanawiam jak rozwlec tak pięknie zdjęcia na całą szerokość? Jest wtyczka na to czy kod specjalny? :) Będę wniebowzięta, jeśli się dowiem :D

  • St Peters Pool i Blue Lagoon też zdecydowanie wygrywa ranking u mnie :D choć na Malcie nie byłam, ale wierzę w słowo i zdjęcie fotografów, ot co :D U Was Malta z rodzinką, mnie teraz czeka Rzym z rodzinką – i btw – 4 osoby to wcale nie tak dużo do planowania – wyobraź sobie 6-7, polecam się z radą przy takich ekipach jakby co :D
    Suchar maltański mnie urzekł, gdybym była z Poznania, lub w Poznaniu mieszkała, mogłabyś liczyć na takiego ode mnie <3 bo z tym sucharem maltańskim to on tak poznańsko zakorzeniony jest :3 Warszawa ma Prage, Poznań ma Malte, a Wrocław, kij w oko :(

    • 6 osób w rzymie? po mojemu nieogarnialne, zwłaszcza na mieście. szacuneczek. będzie na blogu? bo tak bardzo mało kojarzę Cie z miastami i ciekawa jestem strasznie!

      • na Rzym akurat tylko 3 więc luz :D ale Islandia – 7 osób, Maroko – 6 osób – polecam :D
        będzie, chyba :D mam taką nadzieję
        właśnie z Natalią (Zapiski ze świata) doszłyśmy do takiego samego wniosku odnośnie mojej miejskości :D że ja prawie w ogóle miast europejskich nie znam, stolic – jedynie Oslo, Ateny, Madryt, Pragę, Amsterdam i Paryż znam, no dobra jeszcze Reykjavik, ale to się nie liczy bo jest wielkości Opola :D a w reszcie nigdy nie byłam :O nawet w takim Londynie czy Berlinie (byłam stopą na przesiadkach, ale w życiu nie widziałam ani pół zabytku tam)

  • Te zdjęcia są niesamowite. No co tu dużo mówić… widać kunszt fotografa :P W niektórych miejscach się pare lat temu bywało i chyba je rozpoznaję :D Ale te zdjęcia wyglądają po tysiąckroć lepiej, niż w rzeczywistości. Łał!!! (nie żeby rzeczywiście wyglądało to gorzej, ale te zdjęcia to jakaś czarna magia) ;) Kawał dobrej roboty :)

  • O jezusiczku nazareński, ile zdjęć wody! Cudownej wody! <3 <3 <3 Podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu byłam delfinem i z tego wcielenia zostały mi jeszcze jakieś ciągoty!

    I właśnie sobie zdałam sprawę, dlaczego jestem średnim turystą pod względem zwiedzania. Bo wszędzie gdzie mam możliwość moczenia swojego cielska w wodzie vs. zwiedzać jakieś fajne miejsca, na 100 pro będę pływać dopóki moja skóra nie pomarszczy się na rodzynkę.

    Zdjęcie dziewczyny w czerwonym kostiumie siedzącej nad brzegiem wody – OMG! Mogłabym się w nie wpatrywać godzinami! (Dobrze, że nie mam jednak tyle czasu :D)

    • to może ja dlatego tak zwiedzam, bo nie lubie pływać ;) nie mam problemu z wysokościami, ale już np. w wodzie czuję się średnio komfortowo.

      • Ja od dzieciństwa byłam wychowywana w „kulcie wody” pływać się nauczyłam w jakieś 5 minut i od tej pory ciężko mnie było z tej wody wyciągnąć ;) Czy to z jeziora, czy basenu, czy tam morza :D

        Chociaż jak pojawiła mi się wada wzroku, to mój komfort nieco się zmniejszył, bo ciężko mi było realnie ocenić odległość od brzegu czy np. skał przy których sobie pływałam (nie mówiąc już o dnie…), ale w końcu kupiłam dobrą maskę do snorkelingu, do której nie wlewa mi się woda – więc teraz chodzę pływać w soczewkach. Boże pamiętam jak zastosowałam ten patent pierwszy raz i zobaczyłam te wszystkie ryby, roślinki itp – uczucie jakbym wygrała 5tys w totka! :D

        Dlatego jeżeli jadę gdzieś żeby cokolwiek zwiedzać, to musi być na tyle chłodno, żebym nie dała rady wejść do wody (rekordem była woda o temperaturze 11 stopni, ale tego nie chciałabym już powtarzać…..) ;)

  • Wyśmienite zdjęcia!
    Grzebię sobie w internetach, nastrajając się przed swoimi ciepłymi wakacjami. Chcę sobie narobić jeszcze większej ochoty na letnie przygody. No i u Ciebie znalazłam naprawdę mocne bodźce! Chcę się już wyżywać na swoim aparacie!
    z pozdrowieniami,