Żryj Gruzję cz. III (Swanetia)

Pozostałe posty z Gruzji znajdziecie TUTAJ.

Tak dobrze żarło… i zdechło. Mowa o Gruzji.
Pierwsze 4 dni wspominamy czule, Gruzja była na najlepszej drodze do stania się jednym z tych krajów, do których wraca się często i chętnie, w kórych ma się swój drugi dom i tak dalej. Urocze Tbilisi, piękne Kazbegi, jedzenie lepsze niż u mamy (przykro mi, mamo), a teraz jeszcze półpustynne krajobrazy w drodze do monastyru Dawid Gareji (patrz niżej). Aż pojechaliśmy do Mestii – i bańka pękła. Właśnie dlatego, że miało być tak pięknie.

Niech przemówią liczby:
Z 4 dni wybrałam w sumie 70 zdjęć. Nie żeby były jakieś najlepsze, ale żeby były w ogóle. Piszę tego posta, bo chcę dokończyć Gruzję, bo jak nie dokończę Gruzji, to nie zacznę Izraela. Taka blogerska geopolityka. Więc dzisiejszy wpis jest jak danie jednogarnkowe: wrzuciłam i pustynię, i góry, i miasto – i wysmażyłam posta. Jakoś wyszło.
Smacznego. A przynajmniej: smacznawego.

Żartuję, nie jest tak źle. Po prostu nie jest też tak super, jakby się mogło wydawać że w miasteczku otoczonym pięciotysięcznikami będzie.

Ale najpierw co innego.

Określ Gruzję dwoma słowami. 1. Górzysta 2. Kompaktowa.
Gdzie się nie ruszysz – tam góry albo granica. Bywa, że granica przebiega przez góry.
Z Kazbegi mają bliżej do Rosji niż ja z domu do Auchan w Komornikach.
Z Batumi – Turcja wita, nie zdziwiłabym się gdyby komórki łapały turecką sieć.
Zwiedzając monastyr David Gareja możesz nawet nie zauważyć, a już stoisz w Azerbejdżanie. Uważaj, zanim straż graniczna rzuci Cię na glebę.

W skrócie David Gareja to wykuty w skale kompleks klasztorny założony w VI w. przez syryjskiego mnicha, Dawida.
Lub: David Gareja to piękne widoki na Równinę Azerbejdżańską (nazwa własna, po prostu od granicy widać jak ziemia staje się całkiem płaska). Co kto woli, my jechaliśmy raczej dla widoków.
Odkąd wystartowała Gareji Line, dojazd do monastyru jest prosty.
Codziennie (od kwietnia do listopada) o 11 na Placu Wolności, mówili. Za 25 GEL (~50 zł) zabierają wszystkich chętnych, mówili. I nie kłamali! Mimo że chętnych ewidentnie było więcej niż miejsc w autobusie i już szykowaliśmy się do odegrania scenki rodzajowej Polak na lotnisku (musi wejść pierwszy), to za winklem czekał drugi bus. I naprawdę zabrali wszystkich chętnych.
Wycieczka trwa 7-8 godzin, lub dłużej, jeśli Wasze współpasażerki się zgubią i spóźnią, a Ty będziesz na nie nerwowo czekać, bo masz wykupione bilety na pociąg nocny do Zugdidi.

W podróży akurat najbardziej lubimy te piosenki, których jeszcze nie znamy. A takiego krajobrazu nam jeszcze nie grali. Ni to pustynia, ni to step. Nie jest płasko, ale jednak w górach też nie jesteśmy. Paleta kolorów: odcienie żółci i brązu. Łykamy to.

gareji line tbilsi
gareji line
dawid gareja gruzja
dawid gareja
dawid gareja
swanetia
dawid gareja
dawid gareja
dawid gareja
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia

Do Dawid Gareja jedzie się przez Udabno. Co oznacza, że z David Gareja wraca się przez Udabno – ale głodnym, zmęczonym, z ochotą na zimne piwo i ciepły posiłek. A do Tbilisi daleko, dwie godziny drogi po wertepach.
Dwójka Polaków wiedziała co z tym zrobić i założyła Oasis Club: całkiem hipsterskie miejsce dokładnie pośrodku niczego. U nich zjesz klasyczną pomidorówkę na pustyni. Wyższy poziom egzotyki.

Plus random funny fact: nie spotkasz w Gruzji marszrutki, która nie miałaby popękanej przedniej szyby. Przypadek?
Nie, to zdecydowanie nie jest przypadek. Ale przynajmniej zdążyliśmy na pociąg.
Nocny, Tblisi-Zugdidi (dalej z dworca w Zugdidi do Mestii jedzie się marszrutką); bilet kupiliśmy przez internet. Wybraliśmy opcję soft seated carriage i okazało się, że mamy dla siebie cały przedział, a w nim dwie kuszetki wyściełane czerwonym aksamitem. Luksus, polecamy z całego serca.

swanetia
swanetia
swanetia
swanetia

GDZIE JEST KRZYŻ?

Boże mój, ile myśmy się naczytali, ze gruzińska Swanetia to absolutnie! najpiękniejsze! miejsce! na świecie!
Wdepnęliśmy w sam środek klasycznego przypadku: kiedy rzeczywistość nie jest w stanie sprostać wyśrubowanym oczekiwaniom i powoduje doła.

Umiem wymienić 3 powody, z czego dwa pogodozależne (a więc nasz pech).
1. Główny zarzut: na mój gust, w Mestii jest trochę za daleko do gór.
Jak jesteś w Zakopanem i idziesz na szlak, to najdalej po kilku godzinach godzinach jesteś w górach. W Mestii po kilku godzinach jesteś z widokiem na góry. Lepszym niż z miasteczka, ale nadal widzisz je raczej na odległość niż na wyciągnięcie ręki.
2. Czy pogoda może być za ładna? No chyba.
Możecie sobie gadać, że w dupie mi się poprzewracało, ale niebieskie niebo, zielona trawa i słońce wysoko – to są wymarzone warunki do trekkingu, ale nie dla robienia zdjęć. A dla mnie to drugie liczy się nawet bardziej niż to pierwsze. Niebo było tak błękitne, że aż mnie to denerwowało!
3. Pora roku. Po prostu przyjechaliśmy o miesiąc za wcześnie. Przyjechalibyśmy w październiku, słońce świeciłoby niżej, kolory jesienne – nie byłoby sprawy. Jak patrzę na warunki jakie mieli Karolina z Piotrkiem, to mnie skręca z zazdrości. W takiej Swanetii to i ja bym się zakochała.

PS: nie trzeba do Mestii jechać 12 godzin, można polecieć samolotem (samolotem-widmo). Nam się nie udało i do dziś nie wiemy czemu lotu nie było, ani czemu przez 2 dni ani razu nie widzieliśmy, żeby jakiś samolot tam lądował/stamtąd startował (mimo dobrej pogody i aktualnego rozkładu jazdy). Ale rozmawialiśmy z kimś, kto leciał, więc ten samolot to chyba niekoniecznie ściema. Co nie znaczy, że nie zabolało – po locie awionetką nad Kaukazem obiecywaliśmy sobie wiele, właściwie pół wyjazdu ułożyliśmy tak, żeby utrafić w grafik.

Nie ma co, zostawiamy plecaki i idziemy na szlaki. Kierunki zasadniczo są dwa: do lodowca Chalaadi (podobno droga nużąca, a widok nienajlepszy) i do krzyża (na wzgórzu nad Mestią stoi duży metalowy krzyż) – i dalej, do jeziorek Koruldi.

Im wyżej jesteś, tym bardziej się zastanawiasz: gdzie jest krzyż? Gdzie jest krzyż?!
Krzyż jest wysoko, o wiele wyżej niż się wydaje z dołu. Do samego krzyża idzie się dwie godziny i ani minuty krócej. Do jezior droga dłuższa, ale mniej pod górę; kolejna godzina. Muszę przyznać, że trochę się zmęczyłam.

Tu dochodzimy do sedna: jak mam napisać, że dech zapiera, skoro nie zapiera? Widzimy, że jest ładnie, ale jakaś struna w nas pozostaje nieporuszona.

Trekking w górach fajna rzecz, ale jeszcze jakby kończył się w bardziej widowiskowym miejscu… Dyplomatycznie: Morskie Oko to to nie jest. A dosadnie: Koruldi to coś pomiędzy małymi jeziorkami a dużymi kałużami.
Przynajmniej koniki się zgadzają – tyle, że przy Koruldi pasą się wolne, a nie ciągną wozy z turystami. Chociaż może, gdyby nie dało się tam dojechać samochodem, to by ciągnęły też.

Natychmiast powstał plan: iść wyżej, do przełęczy, z której byłoby widać Uszbę. Być może byłaby to najlepsza decyzja tego dnia – ale nie dowiemy się, bo Tomasz chciał wracać. Pan każe, sługa musi.

swanetia
mestia krzyż
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia

Spaliśmy, jak wszyscy u pani Nino Ratiani. I tak będziecie tam nocować, więc równie dobrze możecie skorzystać z mojego polecenia, za co wpadnie mi hajs na utrzymywanie bloga.
To świetnie że pani Nino rozkręciła taki biznes, jakiego ja nigdy w życiu nie rozkręcę. Ale gdzieś po drodze, pomiędzy skromnym guesthousem, a całkiem wypasionym pensjonatem zagubiła się nasza ostatnia nadzieja na domową gruzińską ucztę przy winie. Dla jasności: jedzenie było – dużo i smaczne. Ale całość przypominała hotelowy bufet, w którym każdy siedzi przy okrągłym stoliczku i zajada dania z podgrzewacza.

mestia nino ratiani
mestia nino ratiani
mestia nino ratiani
swanetia
swanetia
swanetia

Jeśli Swanetia ma być rajem na ziemi, to Uszguli – wisienką na swaneckim torcie. Wioseczka na końcu drogi, gdzie babuleńki na tle pięciotysięczników gór przerzucają gnój. Dojazd tam i z powrotem marszrutką jedyne 40 GEL za osobę!
Chciałoby się, żeby takie miejsca zostały, jakie są (zakładając, że mieszkańcy nie mają nic przeciwko), co nie? Ale to wtedy by się do takich Uszguli musiało nie przyjeżdżać, co nie?
Mam z tym problem. Widocznie nie aż tak wielki, żebym odpuściła fotografowanie, ale czuję że to nie do końca fair, że kilka razy dziennie wioskę napadają obcy ludzie z aparatami i zaglądają mieszkańcom do chlewa. Mam nadzieję, że kubdari (placek z mięsem), które zamówiliśmy w jednej z dwóch knajpek, chociaż trochę rekompensuje tę niedogodność.

Pragnę też zwrócić Waszą uwagę na wioseczkę Uszguli 2, które miało pecha i nie stoi na tle gór – chociaż kamienne wieże są.

uszguli
uszguli
uszguli
swanetia uszguli
swanetia uszguli
swanetia uszguli
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia
swanetia

Nasze prośby o mniej oczywistą pogodę zostały wysłuchane. To super, tylko czemu w najgorszym możliwym momencie?
Chcieliście chmurki? Macie chmurki. Burzowe. Nie byłoby w tym nic kontrowersyjnego, gdyby nie zaczęło grzmieć dokładnie w momencie, kiedy wsiedliśmy na chyba najdłuższy wyciąg krzesełkowy na świecie.

O tym, że jedną z atrakcji Mestii jest wyciąg krzesełkowy, który kończy się vis a vis najwyższych szczytów, się nie mówi. Dlaczego? To sprawa dla reportera.
Może dlatego, że nie da się tam ani dojść (tzn. my doszliśmy, z miasteczka, 10 km pod górę), ani dojechać publicznym transportem. Ale można zapłacić za taksówkę jak za zboże. Super ktoś to wymyślił.

Przyznaję: bałam się. Baliśmy się oboje. Zwłaszcza że wszystko na tym wyciągu było jakby bardziej: ze 3 razy dłuższy niż ten na Gubałówkę, o wiele wyżej nad ziemią. I jechał wolniej, i jeszcze co chwila się zatrzymywał, jakby się coś psuło, albo prądu brakowało. A grzmoty grzmią.
A jeszcze trzeba było wrócić.

To już dla nas za dużo, opuszczamy Swanetię. Oczywiście połączenie mgieł i słońca w idealnych proporcjach obserwowałam zza brudnej szyby marszrutki do Kutaisi.

swanetia

Wszyscy traktują Kutaisi przedmiotowo: tranzytem, byle na lotnisko.
Ale nie my. My (licząc na powtórkę z Tbilisi), zarezerwowaliśmy sobie w Kutaisi cały dzień. Wejdziemy na wzgórze z katedrą, przejdziemy się na spacer po dzielnicy żydowskiej, przejedziemy kolejką linową. Słowem: będziemy pierwszymi którzy odkryją Kutaisi dla świata, a na dowód wdzięczności naszym nazwiskiem nazwą główną ulicę.
Rzeczywistość: najpierw lało dwie godziny, potem katedra nas zawiodła, potem się okazało, że w Kutaisi nie ma starych domów z ozdobną snycerką, a na kolejkę już nam się nie chciało.

Co polecamy: halę targową. Kawiarnię koło centrum handlowego Qarvasla, której nazwy nie pamiętam, a nie mogę sprawdzić, bo google street view nie działa.
Polecamy nie zostawiać zakupu magnesów na ostatnia chwilę, bo w Kutaisi ich nie kupicie.
I polecamy restaurację El Depo.

kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja

Nie mogę przestać myśleć, że ktoś siedział i to łuskał. Szacun.

kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja
kutaisi gruzja

Skoro loty do Warszawy są o piątej rano, to równie dobrze możecie przyjechać wieczorem na lotnisko i zająć sobie miejsca do spania na sztucznej trawie. Cicho, wygodnie, ciepła woda w kranie. Spanie na lotnisku w Kutaisi wyceniam na 8/10.

Nie ma rzeczy niemożliwych. Można na przykład być na lotnisku na 10 godzin przed odlotem, a i tak spóźnić się na samolot. Ba, można siedzieć 5 metrów od bramki, a i tak przegapić lot. Wystarczy, że jedna osoba śpi, a druga czyta książkę. Attention passengers, this is the last call.
Najgorsze są te spojrzenia pasażerów, którzy już dawno siedzą na miejscach, podczas gdy Ty dopiero wchodzisz na pokład.

Gdybym tylko siedziała przy oknie i po drugiej stronie kabiny… niestety siedziałam od przejścia, więc warszawski skyline we mgle o świcie na zdjęciu zobaczą tylko najbardziej spostrzegawczy.

Niniejszym relację z Gruzji uważam za zakończoną.

 kutaisi warszawa wizzair
kutaisi warszawa wizzair

  • Sztuczna trawa do spania na lotnisku w Kutaisi rządzi!
    Widzę że jednak trochę nas ominęło przez zmianę planów i odrzucenie wycieczki za krzyż i do jeziorek. Ale to zawsze jakiś powód by wrócić i zrobić dłuższy trekking. Ale jednak dla równowagi dodam, że Kazbegi >>>> Mestia.
    Aaa, i przekazuję komentarz Piotrka który nigdy nie udziela się w blogosferze: ej zobacz, epickie te zdjęcia z samolotu są.

    • ja też jestem z frakcji kazbegi :)
      epickie to by były, jakbym siedziała po dobrej stronie i przy oknie, jeżu, jaki żal mnie brał. ale juz byla sygnalizacja o pasach włączona i nawet nie mogłam wstać.

      no, które czytało książke. z naszej dwojki. hm… wyjątkowo to moglam byc ja (amos oz, „judasz”).

      Wasz wpis trochę też, ale to absolutne rozumiem bo mieliście warunki jak z bajki – gdyby tylko była inna, mniej oczywista, pogoda, to podobałoby się nam bardziej. ale nie jesteście jedynymi, ktorzy chwalą swanetię, jest tego naprawdę dużo. więc spokojnie, nie mam absolutnie żadnych pretensji przecież :)

      • Hehe. No przez chwilę miałam nadzieję że to jednak Tomek wyniósł literaturę ponad potrzebę fizjologiczną ;-) Ale dzięki za cynk, akurat jutro chcę iść do biblioteki po nowe książki i już widzę, że jest ‚Judasz’ do wypożyczenia. Przeczytałam opis i mnie zaciekawił. Biere!
        Co do pretensji – przecież ja wiem. Poza tym, myślę że to bardzo fair że piszesz wprost, że było średnio i nie piejesz z zachwytu jak wszyscy. Na to się składa milion różnych rzeczy. Ja już sama zacieram rączki na myśl o poście hejtującym fragment Tajlandii :-D

  • „bo jak nie dokończę Gruzji, to nie zacznę Izraela. Taka blogerska geopolityka” – znam to, mam to samo, pozdro1000

    Ja też już czuję się zepsuta na ładne rzeczy. To przechodzi po czasie bez podróży, takim dłuższym, i jak już zgłodniejesz za jakimkolwiek tripem, to nawet wycieczka do Radomia będzie fantastyczna. Polecam.

    Co do niebieskiego nieba – AMEN. Cieszę się że nie tylko ja nie lubię kiedy błękit jest zbyt błękitny, te cienie odgórne, fujka. Jak się fotografuje to patrzenie na świat i na warunki pogodowe totalnie się wywracają do góry nogami. I niestety mało kto to rozumie – ogólnie, albo zaczyna rozumieć za późno. Choćby wczoraj znajomy mi pisał, że w październiku to już tylko chmury i deszcze, że sierpień słońce, lepiej, a ja na to, że pazdziernik fantastycznie.

    BTW Ja i tak chce do Gruzji i czuje się zachęcona

    I ogólnie – oczekiwania zawsze zabijają magię, rzeczywistość. Dobrze nie oczekiwać. Ale ja jeszcze nie umiem wyłączyć tej opcji, bo jednak zawsze się coś oczekuje, nawet tak podświadomie chyba.

    • ja też nie jestem jakoś za deszczami od razu, ale żeby była jakaś rownowaga chociaż. idealny dzień: rano chmurki i mgiełki, promyczki słończa. chmury w poludnie zamiast plaskiego światła jak smietana. a popoludnu chmury zaczynają się rozstępować, ale nie do końca, żeby zachód był odpowiednio widowiskowy. tak powinno być!

      wiem że troche musielibyśmy sie przeglodzić, żeby na nowo się umieć zachwycać, ale to jest z kolei decyzja które nie umiem podjąć. podejrzewam że predzej czy później pewnie wypłyną okoliczności, które na krotszy lub dluższy czas odetną nas od podróży – wtedy ok, trudno. ale dopoki mogę – to chcę, nawet kosztem tego że coś mi się mniej spodoba :)

      a z oczekiwaniami to wiem i stosuję, korzyści są duże. ale wyjątkiem są góry właśnie, jak można liczyć że w górach nie będzie pięknie? :D

  • magda

    Dobrze sobie zobaczyć co się przegapiło ;)
    Sama do krzyża, a tym bardziej do jeziorek nie doszłam, bo po zobaczeniu ściany czarnych chmur wylewających się zza gór podjęliśmy z mężem bardzo słuszną decyzję o zawróceniu, udało nam się tylko podejść na tyle, żeby zobaczyć Uszbę, potem dosłownie uciekaliśmy przed ulewą. Wyciąg natomiast nie działał, a raczej nie został uruchomiony z nieznanych nam przyczyn (lipiec, sezon, no jak nie wtedy, to już nie wiem kiedy miałby działać, chociaż z drugiej strony w ciągu godziny chciało nim wjechać szalone 7 osób).
    Nie wszyscy śpią u Nino, niektórzy śpią u Keti Margiani ;)
    Z tymi domowymi ucztami przy winie również nie przekonaliśmy się o co chodzi, a jedyny przejaw bezinteresownej gruzińskiej gościnności spotkał nas wtedy, kiedy kierowca marszrutki, który na marne podwiózł nas pod wyciąg, na otarcie łez poczęstował nas domowym serem i czaczą ;)
    Nam się jednak w Mestii bardzo podobało, to była nasza pierwsza wyprawa na wschód i jedyne na co się nastawiliśmy to to, że będzie inaczej, będziemy się objadać gruzińskim żarciem i patrzeć na góry, w sumie nawet ten deszcz wzięliśmy pod uwagę. Po Mestii zajechaliśmy jeszcze do Batumi, dla mnie to była tragedia, za to mąż zapałał do tego miasta jakimś niezrozumiałym dla mnie pozytywnym uczuciem (jak może się podobać taki kicz, jak?!).

    Co do pogody idealnej na zdjęcia – o mamo jak mnie to boli w Tatrach, kiedy widzę, że sobie połażę, ale ładnych zdjęć to z tego nie będzie!

    • uf, myslalam że jesteśmy jedynymi którzy nie przekonali się o fantastyczności gruzińskich uczt. ale z drugiej strony, nawet czaczą nas nikt nie poczęstowal… ewidentnie źle nam z oczu patrzy.
      co do batumi, to w pierwotnym planie było, ale ostatecznie się nie zmiesciło. myślę, że mgłabym trzymac sztamę z Twoim mężem, ale pod warunkiem ze jechałabym zobaczyć i fotografować kicz, bez innych oczekiwań. to jest nawet ciekawe, co siedzi w głowach ludzi, którzy odpowiadają za blichtr batumi :)

      jeden wyjątek, kiedy lubie jak świeci słońce i nie ma chmur – to zima w górach! slonce jest i tak na tyle nisko, że oświetlenie nie jest płaskie, no i uwielbiam ośniezone szczyty.

      • magda

        Ja podeszłam do Batumi, jak do wielkiego muzeum kiczu i królestwa koszmarów architektury, to miasto to właśnie taka ciekawostka i też bym chciała wiedzieć jak, po co i dlaczego to powstało, bo ta fantazja mi się w głowie nie mieści. Mój osobisty hit to koń pasący się pod opuszczonym wieżowcem uniwersytetu technologicznego w samym centrum :D
        http://68.media.tumblr.com/d9166a089d95cba88699e23786dcdcf0/tumblr_nrhjsiKYVa1u4r4zco1_1280.jpg

        Mojemu mężowi się to miasto jednak naprawdę PODOBAŁO, to już było coś więcej niż fascynacja kiczem, zachowywał się jak dziecko w lunaparku (w sumie to miasto wygląda nocą jak lunapark) i jeszcze powiedział, że musimy tam kiedyś wrócić, a w ogóle najlepiej to z dziećmi -.-‚

        Góry, słońce, śnieg – nigdy w życiu nie widziałam tych 3 rzeczy na raz ;)

        • haha, to brzmi tak uroczo z tym Twoim mężem, nie skreślałabym go :D

          polecam, bo to serio chyba najpiękniejsze co może być jeśli chodzi o krajobrazy!

  • ten samolot to chyba faktycznie jest widmo. jak byliśmy w Svanetii w grudniu, to też miał lecieć, ale jednak nie poleciał, bo niby za zimno. i jechaliśmy marszrutką przez tą oblodzoną drogę, raz musieliśmy cofać, bo jechało auto z naprzeciwka, a droga nie była na tyle odśnieżona, żebyśmy się mogli minąć. i zaczęliśmy się ślizgać w tył. :) od tego momentu zawsze kupuję ubezpieczenie podróżne.

    wydaje mi się, że byłam na tym samym wyciągu, ale głowy nie dam, bo widziałam te krajobrazy na biało. wyglądało to wszystko zupełnie inaczej. i one mi się pod śniegiem ogromnie podobały. jak wracaliśmy, to dosiadł się do nas jakiś gruziński młodzieniaszek i „podrywał” mnie tak, że mnie ciągnął za włosy. co najlepsze, nie ruszał go kompletnie fakt, że go Wojtek ode mnie odganiał a ja nie byłam wtedy najbardziej uprzejmą wersją siebie. strasznie, strasznie męcząca była to podróż wyciągiem, i nawet chwilę po, bo szedł z nami. i ciągle do tych włosów doskakiwał.

    a co do lotu, w Londynie zrobiliśmy to samo. byliśmy na stansted na noc. 12 h przed odlotem. można mieć jeszcze więcej czasu? :) i poszliśmy spać. i wstaliśmy 30 minut przed odlotem i dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że musimy przecież przejść przez kontrolę bezpieczeństwa. i zobaczyłam kolejkę na 10 minut czekania. to był pierwszy i ostatni raz jak prosiłam kogoś, żeby nas przepuścił, bo naprawdę spóźnimy się na lot. i jeszcze Wojtka zatrzymali do dodatkowego przeszukania. :P i weszliśmy ostatni na pokład. eh.

    • ale teraz nie bylo za zimno ani nie bylo za wietrznie a samolotu nie było, wtf?:D już nie mowie o tym ze byly dwa rozklady jazdy dostepne które sie od siebie różnily o jeden dzień.

      no zima to Ci powiem że swanetia mogłaby się zrehabilitować. ale czy pojadę jeszcze kiedyś to sprawdzić? wątpię ;)

      jeszcze nie prosiłam ludzi żeby nas przepuścili, ale zawsze innych puszczam i nie marudzę – właśnie dlatego, że kiedyś to moge być ja!

  • krajobrazy naprawdę fantastyczne:o

  • widziałam ten samolot widmo w Kutaisi dwa dni temu. Armagiedon pogodowy, nic praktycznie nie startowało/lądowało, a on cudownie tam się jakoś znalazł!

    też ostatnio Kutaisi odkrywałam i stwierdziłam, że to zaskakująco przyjemne miejsce. Ale chyba przyjemne to najwięcej co moge o nim powiedzieć, chociaz i tak polecam na pół dnia

    • czyli wtedy kiedy ma nie lecieć, to leci! wspaniale, wezmę pod uwagę jeśli jeszcze kiedyś tam polecę ;) czyli co, Ty byłaś uziemiona na lotnisku, a ten maly samolocik sobie polecial po prostu?

      • nas w którymś momencie odwieźli do hotelu i na obiad, a jak wróciliśmy samolocik sobie radośnie stał na płycie :)

        • skubaniutki. ale nie wiem czy bym chciala nim wtedy lecieć! :D

          • patrząc na te warunki piloci tam mają chyba tak samo ułańską fantazję jak kierowcy :D

  • Patrząc na te zdjęcia Koruldi powiedziałabym, że to taka biedniejsza wersja Szwajcarii. (Nie żebym kiedykolwiek tam była, ale zdjęcia widziałam – a studiowało się historię sztuki, więc trochę tych analiz porównawczych mam za sobą :D)

    Co do wyciągu przy akompaniamencie grzmotów – to chyba byłaby moja
    ostatnia jazda wyciągiem ever. Nie mam problemu z dużymi wysokościami,
    ale jednak co innego chodzić sobie ileś tam metrów nad poziomem morza,
    nawet nad przepaściami, a co innego wisieć w jakimś ustrojstwie. Brrrr.

    Ale teraz jest jedno baaaaaaaaardzo nurtujące mnie pytanie – nurtujące już od wielu postów, ale zawsze było coś ważniejszego, że w końcu go zapominałam zadać. Mianowicie – obiektywem o jakiej ogniskowej robisz te wszystkie portrety jedzących ludzi? Bo teraz sobie tak pomyślałam, jeżeli jest gdzieś ktoś ma moje zdjęcia z rozdziawioną gębą jak coś nią pochłaniam…. Nie ma chyba nic gorszego niż takie kryptofoty jedzeniowe :D (gorszego dla osoby fotografowanej, nie tej oglądającej :)) Więc chciałabym wiedzieć w jakiej odległości mogę się spodziewać jakiegoś paparazzo ;)

    • dłuższego niz 50 mm to nawet w tej chwili nie mam, więc albo 50-tka, albo i 24 mm jak jest duży tłok (kiedyś wreszcie dodam zdjęcia z londynu, z brick lane gdzie zaglądam do talerzy ;).
      natomiast nigdy nie robię takich zdjęć złośliwie, tylko albo z sympatia, albo – jak tutaj – bo zainteresowalo mnie, jak gruzini jedzą chinkali. no i sama jak widze że gdzies ktoś robi mi zdjęcia, to sie nie uchylam, staram się splacić dlug ;)

      • Eee, to przy takich ogniskowych to nie są już nawet kryptofoty ;) Myślałam, że siedzisz gdzieś po drugiej stronie knajpki i robisz zdjęcia ukryta za menu ;) Ja akurat nie mam problemu z „pozowaniem” do różnych (czasem naprawdę głupich) zdjęć, ale zdjęć podczas jedzenia nie pozwalam sobie robić. W chwili obecnej kojarzę 3 ;) W sumie nie wiem czemu jestem tak przeczulona na tym punkcie? ;)

  • Nie no, koniki robią temat. Kałuże też nie złe. Trekinkowałby.

  • Ej, bez przesady! Ja wiem, że Ty byłaś w TAKICH miejscach i widziałaś TAKIE rzeczy, których ja nie wiem czy będę w stanie kiedykolwiek zobaczyć, ale na mnie te zdjęcia robią naprawdę duże wrażenie. Bardzo fajna ta Gruzja, każda :)

  • Gruzja jest piękna jak się odjedzie od większych skupisk ludzkich, w których jest cała masa psiego dramatu.
    Wiem że ludzie nie mają tam lekko, ale mimo wszystko dla takiej psiary jak ja o był koszmar.
    Dokarmianie ich na każdym kroku wcale nie poprawiało sytuacji…