Nowa Zelandia: Rewelacja czy reklamacja?

Tym razem bardzo daleko szukałam wymówek, żeby ponad miesiąc nie pisać ma blogu – dokładnie 17 tysięcy kilometrów od domu.

Znalazłam. Cały listopad spędziliśmy na południowej półkuli.

Czy warto jechać do Nowej Zelandii? Czy może mama miała rację, mówiąc: gdzie się znowu włóczycie dzieciaki, nie lepiej siedzieć w domu?

Pierwszego dnia nie odważyłam się tego powiedzieć na głos – ale tak pomyślałam: miała rację, nie warto.
Serio, spędziłam 40 godzin próbując się wygodnie ułożyć na siedzeniu w samolocie / na krześle na lotnisku, żeby chłonąć morza szum, ptaków śpiew? Mniej więcej to samo, co nad Bałtykiem po sezonie (minus gofry)?

Na szczęście po miesiącu mogę odszczekać. A pierwszy dzień to był jet lag talking.

Prawo wojażera (nie mylić z Wojażerem): zblazowanie rośnie proporcjonalnie do ilości odwiedzonych destynacji. Na satysfakcję wpływają także: samopoczucie, poziom zmęczenia, kąt padania promieni słonecznych.

Zakładam, że (o ile nie wygraliście wcześniej wycieczki dookoła świata) planując wyjazd do Nowej Zelandii, macie na plecach już pewien bagaż doświadczeń. Przeszliście ścieżkę prawilnego backpackera: 1) odbębnić weekend w Bergamo 2) polecieć na inny kontynent 3) kupić bilet na najdłuższe połączenie lotnicze na świecie. Z niejednego pieca tandoor chleb jedliście. Czerpaliście hummus u źródła. Ciężko Was zaskoczyć.

Nam się wydaje, że skoro Nowa Zelandia jest tak daleko, to musi być zupełnie nie z tej ziemi.
Że skoro zainwestowaliśmy tyle czasu i hajsu, żeby się tam dostać, to już lądowanie w Auckland sprawi, że podzielimy swoje życie na: przed i po tej chwili. Co było przed Nową Zelandią, a nie jest, nie pisze się w podróżniczy rejestr.

Lecieć z takim nastawieniem, to jak publikować przez przypadek szkice postów na blogu. To błąd.

Bo potem patrzysz, a tam:
gejzery – jak na Islandii.
Owce – jak w Szkocji.
Wulkany – jak na Jawie.
Góry – jak w Zakopanem.
Domy – jak w Ameryce.
Ludzie – jak w Wielkiej Brytanii.
Rośliny – jak w ogrodzie botanicznym.

Piękno Nowej Zelandii nie polega na tym, że codziennie dostajesz coś zupełnie nowego.
Piękno Nowej Zelandii polega na tym, że wszystkie piękne rzeczy jakie znasz z pocztówek, są zebrane w jednym miejscu. Atlas geograficzny na żywo. Wulkany od gór, plaże od lodowców dzielą czasami godziny, a czasami minuty jazdy. A jak Ci się znudzi, to 3 godziny lotu i witamy w Australii!

Albo inaczej: nie ma żadnego miejsca w Nowej Zelandii, któremu dałabym 10/10. Ale zagęszczenie dziewiątek jest naprawdę imponujące.










JET LAG IS A BITCH

Najgorzej, że tak trudno się tam dostać. Od trzaśnięcia drzwiami do trzaśnięcia drzwiami wynajmowanego auta minęły 33 godziny. A potem jeszcze trzeba pokonać smoka.

Co to jest: dwójka Polaków powlekająca kołdrę o czwartej rano na randomowej plaży w Nowej Zelandii? To właśnie jest jet lag.

(Co to jest? Blondynka czyści umywalkę o pierwszej w nocy? To też jet lag, ale po powrocie. Do tej pory chodzę spać o 18:00.)

Zdelegalizować zespół nagłej zmiany strefy czasowej. Jeszcze nigdy żaden lot nie dał mi tak po dupie, jak Doha-Auckland. Znany również jako najdłuższe połączenie lotnicze na świecie. 17 godzin w samolocie – to przecież niemożliwe, żeby tyle utrzymywać się w powietrzu; na pewno jak wszyscy pasażerowie posnęli (a może dali nam głupiego jasia w deserku?), to mieliśmy międzylądowanie, żeby załoga mogła wyskoczyć gdzieś na miasto.

Jet lag to nie tylko chcenie spać w środku dnia i budzenie się w środku nocy. Jet lag to cały zespół nieprzyjemnych dolegliwości. Chroniczne zmęczenie, ból głowy, problemy z trawieniem, brak apetytu.
Nogi tak ciężkie, że za zrobienie trzech kroków pod górę należy się słoik nutelli.
Głowa tak obolała, że gdybym miała internet, googlowałabym objawy migreny.
Brzmi kiepsko? No to teraz pomyślcie, że dodatkowo przed wylotem złapałam przeziębienie.

Nie pozwalało mi się to cieszyć pierwszym dniem w Nowej Zelandii, za to pozwalało doświadczyć ciekawego uczucia, że nic nie dzieje się naprawdę, a tylko w mojej głowie – na trzeźwo. Jedyne tabsy, jakie łykałam, to te z krzyżykiem. Oh wait, a może to było serduszko?

Informacje praktyczne dla początkujących:

  • Lecieliśmy Qatar Airways: Warszawa – Doha – Auckland – Doha – Berlin. Bilety kupowaliśmy z półrocznym wyprzedzeniem – normalnie chodzą koło 6 tysięcy za osobę, my zapłaciliśmy 3300 zł.
  • Koszt wypożyczenia najtańszego auta (vana, nie campera), w którym można wygodnie gotować, zmywać i spać: 35 NZD (85 zł) za dzień. Możecie skorzystać z tej wyszukiwarki tanich samochodów.
  • Paliwo 4,60 – 5,40 zł/litr (na wyspie północnej tańsze).
  • 1 dolar nowozelandzki = 2,50 zł. Można prościej: 1 dolar nowozelandzki = 2 lody kaktusy na patyku.
  • Nowa Zelandia to więcej niż dwie wyspy. Badum-tss!



  • Informacje praktyczne dla średniozaawansowanych:

    wjeżdżając do Nowej Zelandii w portfelu musicie mieć:
    – paszport (duh)
    – karty płatnicze i trochę dolarów na rozruch (ehe).
    – wizę? Niekoniecznie. Jeśli jedziecie, tak jak my, na turystę z Polski – to wstęp na 3 miesiące wbiją Wam do paszportu na lotnisku. A jak przekroczycie 90 dni, to Was deportują.
    – czyste buty (serio, czytaj dalej)
    – prawo jazdy. Polskie i międzynarodowe. Jeśli jesteś wśród 99% turystów zwiedzających Nową Zelandię samochodem, to może być dla Ciebie ważna informacja.

    To straszne (i cudowne), ile rzeczy się dzieje przez przypadek.

    Przez przypadek Dominik z Wellington zobaczył na fejsie, że jedziemy do NZ.
    Przez przypadek wspomniał w rozmowie o międzynarodowym prawie jazdy. Ogólnie to taką książeczkę mamy, wyrobiliśmy dwa lata temu, żeby nie płacić łapówek policjantom na Bali.
    Mieliśmy też dwa dni do wyjazdu i 0% szansy, żeby sobie przypomnieć, gdzie ona leży.

    W Nowej Zelandii bez auta, jak bez ręki. W aucie mieliśmy nie tylko się przemieszczać, ale też: spać, gotować, oglądać seriale jak pada deszcz. Samochód w odróżnieniu od namiotu nie przecieka na deszczu. W samochodzie nie czujesz się bezdomny, mimo że nim jesteś.

    Przez przypadek tego dnia miałam przy sobie laptopa ze zdjęciami do wydruku. Przez przypadek spakowałam do torebki pendrive’a. Ten jeden raz na milion maszyna w Rossmannie do drukowania zdjęć działała. Akurat tego dnia Tomasz jechał autem do pracy i mogliśmy szybko podjechać do wydziału komunikacji. Zdążyliśmy.
    W Auckland okazało się, że kluczyki do auta i tak byśmy dostali (pytałam) – ale lepiej wtedy unikać policji. I trzymać się z daleka od wypadków.

    PS: mało brakowało, a nie polecielibyśmy wcale. Nie polecieć do Nowej Zelandii bo bus Płock-Warszawa wypadł z rozkładu? Trochę głupio. Już sobie pisałam w głowie posta na tę okoliczność (Jak nie polecieć do Nowej Zelandii: case study).




    ROAD TRIP ROAD TRIPOWI PRAWIE RÓWNY

    Można pojechać do Nowej Zelandii i nie wypożyczać auta. Można też pójść biegać w butach na obcasie. Da się, ale jesteś pewny, że będzie Ci wygodnie?

    Przy wyborze auta osiągnęliśmy kompromis pomiędzy wielkimi marzeniami o wypasionym kamperze, a małym autem osobowym. Stanęło na vanie.
    Samochód mieliśmy nie najmłodszy, nie najszybszy – ale za to najtańszy. Poza tym, na koniach mechanicznych się nie wyśpimy wygodnie, a na prawdziwym łóżku (i pod prawdziwą kołdrą) – już tak. Wolałabym tylko nie lądować dwa razy w ciągu miesiąca u mechanika, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi Toyotę Estimę, rocznik 1998.

    30 dni na miejscu. 8 tysięcy kilometrów na liczniku. W aucie, które służyło nam za dom (i nie było kamperem). Brzmi znajomo?

    Najbardziej oczywiste porównanie, to Stany (innego nie mamy).

    Road tripowi po Stanach daję 9,5/10.
    Road tripowi po Nowej Zelandii daję 9/10.

    Długo nad tym myślałam i pół gwiazdki więcej przyznaję Ameryce. Za kaniony, pustynie i skalne łuki. I śniadania w Denny’s (2000 kalorii i tylko jeden posiłek). America first, New Zealand second.

    Aby doświadczenie nie poszło na marne, w Wasze ręce oddaję przepis na road trip idealny. Może przeczyta go jakiś szejk arabski i z nudów za petrodolary wykopie wielki kanion w okolicach Christchurch?

      1. Weź ceny paliwa jak w Stanach – ale ceny żywności jak w Nowej Zelandii.
      2. Do widoków w Nowej Zelandii dorzuć szklankę piasku z pustyni w Nevadzie.
      3. W Stanach był wieczny problem z myciem się. W Nowej Zelandii był Campermate. Apka, która pokaże najtańsze prysznice i największe atrakcje okolicy (czasem to to samo). Bo muszę Wam się pochwalić, że w NZ chodziliśmy czasem głodni – ale niedomyci? Nigdy.

    Mycie włosów suchym szamponem i prysznic chusteczkami nawilżającymi – to dobre dla w Stanach, gdzie w cenie prysznica na campingu w Poznaniu zjadłabym dwudaniowy obiad na mieście.
    Dla backpackera Nowa Zelandia to raj: publiczne toalety z ciepłą wodą – w każdym mniejszym miasteczku. Publiczny prysznic w rozsądnej cenie – w każdym większym miasteczku. Pierwszy gorący prysznic zaliczyliśmy na lotnisku w Auckland i od razu poczuliśmy się rozpieszczeni (do pierwszego mandatu za spanie w aucie).













    Podróże rozwijają. To fakt.
    Na naszych harcerskich mundurkach możemy sobie doszyć nowe sprawności:

    Ja: junior left-hand traffic driver / curry master (to nic, że z półproduktów).

    Tomasz: instagram stories manager. Sensacja roku 2017 w blogosferze. Oskar za scenariusz i reżyserię.

    Przyznajcie, jakaś część z Was zawsze podejrzewała, że nie ma żadnego Tomasza. Do momentu, w którym zobaczyliście, jak na żywo opowiada, że (rzekomo; gdzie dowody?) śmierdzą mi skarpetki.

    Jak ten człowiek mnie zaskoczył. W domu oaza spokoju, na instagramie zwierzę sceniczne (pantera?). Nie wiedziałam, że Tomasz ma w sobie takie pokłady kreatywności – i zero poczucia żenady.
    Nie myślcie tylko, że ja jestem nudziarzem w naszym związku (a od kogo Tomasz uczył się poczucia humoru? Od youtuba?). Po prostu: ja mam raczej pisane niż gadane.

    Dla tych, którzy nie oglądali / oglądali i chcą jeszcze raz, mamy dobrą wiadomość: większość filmów mamy zarchiwizowane, a na święta wyjdzie DVD: the best of New Zealand. Preorder z autografem Tomasza rusza za 3, 2, 1…

    A na razie trailer.

    SOON.


    Gdyby ktoś zawiązał mi oczy, wsadził w samolot, wysadził w Nowej Zelandii i kazał zgadnąć – w którym kraju jestem? Zajęłoby mi sekundę, żeby zczaić: to proste, w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, co wygrałam?

    Tylko rośliny by się nie zgadzały, ale to szczegół, skoro domy, drogi, ulice, szyldy reklamowe – tak.
    To znaczy, do momentu, w którym ludzie nie otworzą ust i nie okaże się, że to Brytole, tylko że na skutek skurczu języka wymawiają ‘i’ zamiast ‘e’ (I’ll be there in teen meenuts). Wtedy bym zgłupiała.

    Nowa Zelandia = Ameryka na końcu świata zamieszkana przez Anglików. I Maorysów, ale może kwestię ludności zostawmy na później, jest trochę drażliwa.

    Moja teoria: Ameryka w tajemnicy przed ludzkością buduje sobie bazę na zadupiu świata (pod kryptonimem “Nowa Zelandia”), żeby mieć gdzie się odrodzić jako naród po III wojnie światowej. Żeby nikt ich nie rozpoznał, próbują mówić z brytyjskim akcentem.

    To by wyjaśniało – pardon my freench – serię pomników z dupy, rozsianych na obu wyspach. Gigantyczne marchewki, donuty (AHA!), pstrągi, kalosze. To wszystko amerykańska megalomania. Wilk zmienia sierść, ale nie zmienia natury.






    Zanim wjedziesz – wytrzyj buty

    Serio.

    Nowa Zelandia to taki kraj, w którym faktycznie rośnie (wije się, drepcze, skubie, wyżera uszczelki z okien) wiele endemicznych gatunków roślin i zwierząt. I Nowozelandczycy bardzo dbają, żebyś na butach (w namiocie, na kijku trekkingowym) nie przywiózł obcego nasionka, które przejmie kontrolę nad ich ekosystemem. Dłużej na lotnisku czekaliśmy, aż nam namiot wróci z prześwietlenia, niż w kontroli paszportowej. Wniosek: prawdziwy terrorysta to nie ten, kto ma bombę w plecaku, ale ten próbuje przemycić torbę szyszek.

    Ale już jak panie pakują Ci w sklepie zakupy w 10 toreb foliowych, to nie ma sprzeczności. Wzywam Kapitana Planetę!

    Ale tak, pierwsze co zauważyłam w Nowej Zelandii (zanim zorientowałam się, że to Ameryka w przebraniu) – to rośliny. Trochę jakby znajome, a trochę nie. Weźmy paprocie – w Nowej Zelandii są większe niż palmy. Choinkom igły rosną odwrotnie, ale to akurat da się wytłumaczyć logicznie – mówimy o południowej półkuli.




    Czy wiesz, że: zanim na Nową Zelandię przybyli ludzie, rządziły tam ptaki? Ale nie takie zwykłe ptaki, jak wróbelki elemelki i gołąbki pokoju. Raczej wielkie, mięsożerne orły Haasta i 3-metrowe Moa (strusie na sterydach?).
    Rządziły tak bardzo, że niektóre oduczyły się latać. Patrz: kiwi.

    Ludzie, psy i oposy są szybsze niż ewolucja więc jest szansa, że kiwi prędzej wyginie niż znowu nauczy się latać.

    Coś jednak nowozelandzkim ptakom ze złotych czasów zostało, bo są bezczelne i nie boją się niczego. Prędzej Ty uciekniesz przed papugą Kea niż ona przed Tobą.






    Pewnie podróż życia, co?

    Otóż, ja się rękami i nogami zapieram przed tym określeniem. Odbyć podróż życia w wieku 28 lat? Gdybym żyła 10 tysięcy lat temu i stała jedną nogą nad grobem – to może.
    Ale biorąc pod uwagę, że zostało mi jeszcze 3 razy tyle czasu, to nie mam zamiaru położyć się na łóżku i czekać na śmierć z różańcem w ręku, bo już najlepsze co mogło, to mnie w życiu spotkało.
    Za wcześnie na podróż życia.
    Ale tak, przy kolejnych kilku punktach z albumu Cuda natury (prezent komunijny i ważny wyznacznik kolejnych kierunków), postawiłam ptaszki.

    Jeśli nie podróż życia, to może chociaż najlepszy wyjazd do tej pory?

    Otóż… nie wiem. 9 na 10 na pewno – ale czy więcej, to jeszcze się zastanawiam.

    PS: i tak najbardziej kocham Dolomity.