Co u Ciebie zimą? (2018)

Słyszeliście kiedyś, żeby okno pogodowe trwało kilka lat?

Bo moje trwa nieprzerwanie od 2012 roku. Dokładnie wtedy wszystko zaczęło iść po dobremu: podróże, pasja, praca, dom. I zawsze kiedy myślę, że w następnym roku to już naprawdę dostanę raka i umrę – każdy kolejny jest lepszy od poprzedniego.
Czym sobie zasłużyłam? Czy to biblijne 7 lat tłustych, a po nich przyjdzie 7 lat chudych? A jeśli tak, to czy podczas lat chudych uda mi się wreszcie zgubić te 3 kilo w udach i pośladkach?

Nie robię oficjalnych postanowień, żeby potem nie musieć stawać z nimi twarzą w twarz.

Jeśli już, to zapisuję je mimochodem – i potem przypadkiem na nie trafiam. Jak się okazuje, z konfrontacji z Nieśmigielską AD 2017 wyszłam z tarczą: tylko jedna rzecz mi się nie udała, za to inne – powyżej normy.

Co mi się udało w 2017?

    zarobić bardziej regularne hajsy na fotografii (tylko ten podatek…)

    poznać nowych ludzi (odszczekuję: blogerskie zloty mają sens)

    kupić zooma (Sigma ART 24-105/4)
    zapoznać się z kręceniem i montażem filmów.
    Ściślej mówiąc: planowałam zmontować jedno video, żeby zobaczyć, z czym to się je. Teraz chodzi mi po głowie chwilówka na zakup Lumixa GH5 i gimbala. I mikrofonu, i legalnego oprogramowania.

    Trochę żartuję, a trochę nie – na chwilę obecną jestem jeszcze lata świetlne od inwestowania w sprzęt, ale kto wie, kto wie?

    pracować zdalnie
    wydrukować tekst w gazecie
    przeprowadzić projekt dokumentalny dzięki udziałowi w warsztatach i wziąć udział w wystawie

    przeczytać książkę po angielsku (i cóż, że Kubusia Puchatka? Książka jest książka.)


Co mi się nie udało?

Najważniejsze.

Nie uważam, żeby poziom mojej fotografii się znacząco podniósł. Nie udało mi się przebić do wyróżnionych osób na Wielkopolska Press Photo (w zeszłym roku byłam zakwalifikowana do wystawy; ale udało mi się wejść do finału Coolturalny Poznań).
Nie wymyśliłam wielkiego projektu, który by z miejsca wygrywał konkursy.
A ambitne reporterskie plany zawsze przegrywały z planami wyjazdowymi.

Cel:

1. Nowy projekt. Wielomiesięczny albo nawet długoletni. Ale długoletni nie w sensie, że myślę nad nim kilka lat, a potem robię w miesiąc. Tylko wymyślam go w miesiąc i robię kilka lat.

2. Więcej się dokształcać.

3. Video. Za rok od dzisiaj chcę się wstydzić tych, które już zmontowałam.

Zima to czas premier.
Kto powiedział, że tylko kinowych?

Też tak macie, że za potencjalnie fajną rzecz zabieracie się jak do jeża, a potem nie możecie się od niej oderwać?
Ja jeśli obiecuję sobie, że usiądę do filmu w niedzielę rano, to usiądę w niedzielę rano – ale trzy tygodnie później. I przez następnych kilka dni będą chodzić spać o drugiej w nocy. (Ja! Ranny ptaszek!)

Nieśmigielska Pictures proudly presents: Nowa Zelandia i Lizbona.
Nie w kinach. Na Waszych monitorach.

To jak mi jest w nowej pracy, ale tak szczerze?

A jak ma mi być w pracy, w której podczas wigilii firmowej obowiązywały tańce i dress code z lat ‘80?
W pracy, w której poniedziałek to dla mnie początek tygodnia, nie początek depresji?
Teraz do toalety chodzę, bo muszę – a nie, bo nie mam gdzie iść popłakać.

Co robię w pracy?
Dzisiaj na przykład dla inspiracji przeglądałam kocie memy, całkowicie legalnie.

A szerzej: piszę, wymyślam.
Uczę się, prezentuję.
Czytam brify, uczestniczę w kolach, czekam na akcepty i czasem popełniam fakapy.
Raz w tygodniu kupuję śniadanie od Pana Kanapki.

A jednocześnie nie robię w korpo, tylko w średniej wielkości firmie, gdzie wszyscy się znają (wszyscy też znają mojego bloga, pozdrawiam!).

Niżej: a tak wyglądam jak tańczę na bankiecie z okazji premiery Dynastii. To ja i mój dancefloor face.
Mam tę rzadką umiejętność, że jak już zaczynam tańczyć, to tańczę jak szatan i nawet muzyka mi nie przeszkadza.
To znaczy miałam – dopóki nie znalazłam się na video z koncertu, na którym ostatnio byłam.






W kwestii świątecznych dekoracji, historia zatoczyła koło.

Przeszłam chyba już wszystkie fazy: od totalnej olewki (2013) przez własnoręcznie wykonane zawieszki do prezentów (2014). W tym roku ze względu na to, że cały listopad spędziliśmy na antypodach, nie miałam kiedy złapać wirusa świątecznej gorączki i po raz pierwszy od kilku lat nie kupiliśmy choinki. Co nie znaczy, że choinki nie było.

Że ładnie mamy w domu? Że książki poukładane kolorami? To zjedźcie niżej i zobaczcie jak wyglądał pełny obrazek.

Świąteczna atmosfera pełną gębą, do której Tomasz dołożył swoje 3 grosze i litr smaru.



Czy są tu grzeczne dzieci?

Mikołaju, tu są same grzeczne dzieci, w wieku od 8 miesięcy do 33 lat!

Muszę powiedzieć, że w tym roku trafił nam się Mikołaj raczej srogi i wymagający.
To musi być prawda, co mówią o puszystych ludziach – są z natury sympatyczniejsi. Po prostu nasz Mikołaj był za chudy. Albo zapomniał rano wziąć leki.
Podam przykład: aby dostać prezent, nie wystarczyło usiąść Mikołajowi na kolanach i powiedzieć ładnie wierszyk. Nie, trzeba było odpowiedzieć na pytanie: co dobrego zrobiłeś/zrobiłaś w tym roku? Fory miały te z nas, które mogły powiedzieć, że urodziły dziecko (pod warunkiem, że dziecko jako żywy dowód znajdowało się w pokoju).

Dobrze, że najmłodsi z nas nie zapamiętają tego spotkania, mogliby mieć traumę.

A na serio: tradycja jest tradycją. Święta mogą się odbyć bez choinki, ale bez świątecznego przyjęcia? Po moim trupie! (przyczyna zgonu: przejedzenie).

Przychodzą, chociaż boją się naszego kota.
Siedzą w świątecznych swetrach, chociaż jest gorąco w mieszkaniu. (I często nie ma na czym siedzieć.)
Pieką bezową choinkę z kremem kokosowym.
Przebierają się za bałwanka (bałwankę?).
Przygotowują własnoręcznie prezenty.

Kto? Nasi goście. Dla nich hostuję imprezę z przyjemnością, nawet jeśli oznacza to sprzątanie do 3:00 nad ranem. Sprzątałabym i do 13:00, warto.




















Dobry wieczór we Wrocławiu

Przyznaję, nie znam umiaru. To, że dwa tygodnie wcześniej wróciłam z Nowej Zelandii, nie znaczy, że nie mogę na weekend chcieć pojechać w góry.
A jeśli nie w góry, to chociaż do Wrocławia.
A jeśli nie ze swoim mężem, to chociaż z cudzym.
Nie moja wina, że Tomasz odmówił. Na szczęście znam kogoś, kto wizyty w ZOO i pacierza nigdy nie odmawia. Więc jeśli widzieliście mnie pewnej grudniowej soboty z obcym mężczyzną w centrum Wrocławia, to odwołajcie Pudelka, wszystko odbyło pod kontrolą.

Ani z Biegunów dziękuję za wypożyczenie męża. Mogłaś sobie wziąć w tym czasie mojego.

Teraz będzie wyznanie.
Możecie się śmiać. Pytanie, czy jest z czego.

Jestem taka zachłanna na tworzenie wspomnień, bo w razie gdyby jakiś ciemny rozdział historii miał się powtórzyć i nie zdążylibyśmy uciec na czas do Nowej Zelandii, chcę mieć gdzie się schować w swojej głowie.







Z kamerą wśród zwierząt

Jako dziecko nie przepadałam za programem Gucwińskich w TVP, ale faktem jest, że zawsze o wrocławskim ogrodzie zoologicznym myślałam, jak o wesołym miasteczku dla zwierząt. Gdybym była nosorożcem, dałabym się złapać, tylko po to, żeby trafić do Wrocławia. Do babci Hani i dziadka Antoniego.

Już w Berlinie pozbyłam się złudzeń, że w Europie ZOO są rajem dla zwierząt. To znaczy może są, ale dla wybranych. Co z tego, że pingwiny pływają w wypasionym basenie na świeżym powietrzu w Afrykarium, skoro taki szympans siedzi w brudnej betonowej klatce?
Siedzi i patrzy. Patrzy Ci w oczy takim wzrokiem, że zaczynasz szukać w kieszeni spinki wsuwki (w filmach nie takimi rzeczami otwierają kłódki).
















Wpis zawiera lokowanie produktu.

Jak widzicie, jeden fizelinowy strój Mikołaja z Auchan za 5 zł obsłużył 3 imprezy. I obsłuży jeszcze 3, bo się nie podarł! Najlepsza inwestycja roku.

Uwielbiam fotografować święta w naszych domach. Macie przed sobą kilkanaście dowodów (niektóre na fullscreenie), że z rodziną naprawdę dobrze wychodzi się na zdjęciach.

Nie wiem tylko, czy potwierdzą to nasze umęczone mamy. Bo podejrzanie często typowe polskie święta wyglądają tak:
























Myślałby kto, że po powrocie z miesiąca w Nowej Zelandii należy się ustawowy miesiąc wolnego na dojście do siebie.

Oczekiwania znowu przegrały starcie z rzeczywistością i dwa dni później zamiast leczyć jetlag zaczynałam nową pracę, a 3 dni po powrocie – robiłam zdjęcia ślubne.
Ale nie żałuję, bo para super, ślub przyjemny, a szczeniak rasy whippet – uroczy. Plus, jetlag pozwolił zabrać się za obróbkę zdjęć o 3:00 nad ranem.









Urzędnik też człowiek

Zdaję sobie sprawę, że pomiędzy osobami, którym wyświetlają się moje posty na facebooku (polubisz?) a tymi, które otrzymały newslettera (zapiszesz się?), zieje spora luka.
Tym osobom się pochwalę, że dzięki warsztatom fotografii dokumentalnej w poznańskiej galerii PIX House udało mi się doprowadzić do końca projekt, który wymyśliłam sobie całe lata temu.

Jako insider chciałam opowiedzieć o pracy urzędnika. Nie tyle od kuchni, co od pomieszczenia socjalnego.
O tym, co się dzieje z drugiej strony okienka.
O tym, że my (oni, bo już nie jestem członkiem tego plemienia) to też ludzie: mają poczucie humoru, czasem są przytłoczeni obowiązkami, czasem przeciwnie.

Te zdjęcia nie są sexy. Fotografia dokumentalna nie jest sexy. Bycie urzędnikiem nie jest sexy.
Te zdjęcia są tak samo siermiężne, jak i moje byłe środowisko pracy; są jak meble w bukowej okleinie (wczesne ’00s) i przestarzałe komputery ze stacją dyskietek, nie dysków (późne ’00s).

Wystawa się odbyła i zniknęła (niżej znajdują się zdjęcia z przygotowań), ale moje prace możecie obejrzeć bezterminowo w portfolio: klik.






Śnieżne Kotły zimą: znamy się tylko z widzenia
(widziałam Was na google images)

Miało być dziewczyńsko, potem miało nie być wcale. Potem zlitował się nade mną Tomasz, który w sumie pochodziłby sobie zimą po górach. W końcu Mikołaj oprócz oparów kontrowersji zostawił nam po parze raków pod choinką nie po to, żeby się kurzyły – tylko żeby rdzewiały w pokrowcu, po tym jak zapomniałam ich wytrzeć z karkonoskiego śniegu.

W czwartek bukowałam nocleg* i upewniałam się, że na Szrenicy przyjmą nas na podłogę, a w piątek wieczorem byliśmy już w górach.

*gdyby akcja Grand Budapest Hotel toczyła się 50 lat później (przełom lat ‘70 i ‘80), na ochotnika powinien zgłosić się OW Rzemieślnik w Szklarskiej Porębie.
Tu ulotny czar kwiatowych kalkomanii na uchwycie na papier toaletowy został zatrzymany na zawsze. Nie polecam fanom luksusu, ale autentycznych smaczków z PRLu – jak najbardziej!

Ale góry.

W skrócie: przybyliśmy, nic nie zobaczyliśmy, knedlícky zjedliśmy, do domu wróciliśmy.
Widok Śnieżnych Kotłów zimą oficjalnie wchodzi mi na ambicję, jako rzecz do zrobienia przed śmiercią. Nawet jeśli będzie to ostatnie, co w życiu zrobię.



















Kronika podróżnika

Jak to podsumował Tomasz ostatnio: czy Ty wiesz, ile wydaliśmy na paliwo w tym roku?

Najpierw, za radą Mariusza Szczygła zrobiliśmy sobie raj. Czeski Raj, 3 godziny na południowy zachód od Wrocławia. W Czeskim Raju nakręciłam Czeski Film. Niedługo do przeczytania i obejrzenia na blogu.

A że z Czech do Austrii jest tyle, co rzut – może nie beretem, ale oszczepem już na pewno – siłą rozpędu dotoczyliśmy się na alpejskie szczyty. I o tym już można przeczytać na blogu, tutaj.