Co u Ciebie przedwiośniem? (2018)

Pozostałe posty z serii znajdziecie tutaj.

W moim świecie przedwiośnie to taka magiczna pora roku, kiedy podziwiam pierwsze pączki na drzewach – a nie decyduję się przesiąść na auto, bo poniżej -5℃ na rowerze przestaje być śmiesznie, a zaczyna być strasznie.
W tym roku składam reklamację na przedwiośnie: towar był niezgodny z umową. Wnoszę o zwrot straconego czasu, w załączeniu przesyłam opinię rzeczoznawcy.

Zima mnie przemieliła dokładnie i wypluła tylko chrząstki. Jak już przestałam odmieniać przez wszystkie przypadki zwrot nie mam siły, to zaczęłam nie mieć czasu. Praca sama się nie zrobi, blog sam się nie poprowadzi, na siłowni samo się nie poćwiczy.

Wait, what?

Dobrze czytacie! Nieoczekiwanie dla samej siebie 3x w tygodniu ćwiczę przysiady sumo w dresach, zwiększam obciążenia, dodaję kolejne serie i nawet mnie to bawi. Jeszcze nie zaczęłam zamawiać worków z odżywkami białkowymi, ale rozumiem ludzi, którzy spędzają czas na youtubie, wyszukując nowe ćwiczenia na wewnętrzną stronę ud (właśnie, coś polecacie?).
Zatem uczciwa odpowiedź na pytanie co u ciebie brzmiałaby: dobrze, umiem zrobić planka przez 2’10”!

Poza brakiem czasu do koszyczka problemów pierwszego świata dokładam jeszcze kryzys blogowania. Blogów tak dużo, czasu tak mało, złudzeń żadnych – jak długo jeszcze będzie Wam się chciało czytać Nieśmigielską, która nie vloguje, nie instastoriesuje, a tylko pisze oldskulowo długie posty (bynajmniej nie eksperckie), do których dorzuca pierdabajt zdjęć?

PHU Niespodzianex. Przyjęcia-niespodzianki urodzinowe

Jaka to ulga wiedzieć, że kiedy będę chciała zmienić branżę, nie czeka mnie zamiatanie ulic. Pójdę w eventy.
Jeśli w dwa lata udało mi się 3 razy zaskoczyć przyjęciem-niespodzianką piękny umysł programisty, to znaczy że muszę być w konfetti i serpentyny naprawdę dobra.

Dla przypomnienia: w 2017 zastosowałam metodę na nieschowane pranie i ogólny bałagan (przecież nikt normalny nie przyjąłby gości z widokiem na suszące się gacie. Or would I?)

A w 2018? Metoda mieszana:
a) na dwa razy (dwa kameralne przyjęcia zamiast jednego większego)
b) na first minute: jubilat ma urodziny w sobotę? Urządź imprezę w czwartek, a najlepiej w środę.

Pamiętajcie, że innowacyjność jest kluczem rozwoju. Zwykła impreza urodzinowa? That’s so 2017.
W 2018 robi się imprezy tematyczne.

Motyw przewodni urodzin Tomasza: IT CROWD, no bo co innego? Jubilat prezenty przyjmuje tylko na dyskietkach 3,5”.

PS: niech wisienką na tym urodzinowym serniku będzie wiersz ułożony przez jednego z gości (dane autora do wiadomości redakcji):

Wszyscy zjedzmy dziś pączusia
Za pomyślność i zdrowie Tomusia

Wznieśmy w górę kieliszki wina
by Tomka nie dopadła angina!
Ani żadna zabójcza bakteria
bądź, co gorsza – męska klimakteria!

(…)

Dżentelmen i ekolog z naszego Tomusia
który będąc w potrzebie nawet krzaczka nie obsiusia
sprzątnie wymiociny i kuwetę swojego Kiciusia
żeby – oj, oj – nie zgorszyła się żadna paniusia

no i może nieszczególnie jest to typ… pracusia
ale przynajmniej daleko mu do lalusia!














Jakie mamy góry w Polsce?

No, Tatry. I trochę Karkonosze.

Reszta to jakieś pagórki. Mijasz je, jadąc autem do Zakopanego i myślisz: wejść na taki szczyt, to dla mnie jak splunąć.

Aż pojechaliśmy zimą w Beskid Śląski i podeszliśmy na Skrzyczne, 1257 m n.p.m. Spodziewałam się, że na taką górkę to ja wbiegnę (zbiegnę i jeszcze raz wbiegnę) jak Rocky. Zapomniało mi się o dwóch podstawowych prawdach:
1. Liczy się wysokość względna, bezwzględnie.
2. Zimą jest trudniej niż latem.

Na szczyt dotarliśmy zziajani jak psy i dlatego teraz odszczekam wszystkie teksty o biedagórach, jakie kiedykolwiek mogłam wypowiedzieć pod adresem Beskidów.

Niestety nie wiem, co widać ze Skrzycznego, bo w tym roku na 4 zimowe wyjazdy w góry przypadł dokładnie 1 dzień i 3 godziny słońca. I to nie było wtedy.

Wiecie, co to znaczy. Skrzyczne (jak i całe Beskidy) dołącza do listy miejsc (2. Szrenica 3. Śnieżne Kotły), które zobaczę zimą w pełnym słońcu, albo zginę próbując.
Raz połkniętego bakcyla nigdy nie wypluwam.






Katowice na stolicę

Uważam, że jestem mistrzem robienia lemoniady, kiedy życie daje Ci cytrynę.
Nocleg w schronisku w Beskidach? Chętnie, ale pod warunkiem, że zjemy kolację i śniadanie w Katowicach, przejdziemy się na spacer po Zawodziu i zrobimy rundkę po centrum. Byłoby tego więcej (cała Bielsko-Biała wypadła z planu), ale przy -15℃ nawet Nieśmigielska odpuszcza spacer szlakiem międzywojennego modernizmu na rzecz posiedzenia sobie w nagrzanym aucie.

Uważam, że jestem mistrzem robienia lemoniady, kiedy życie daje Ci cytrynę. Pod warunkiem, że nie jest zamrożona na kamień.

5 lat temu napisałam Katowice na stolicę i zdanie podtrzymuję. Jedyne, co wymaga uwzględnienia, to fakt, że w 2013 nie mogliście zjeść śniadania w Kafeju – a dzisiaj nie tylko możecie, ale nawet musicie.

Zwiedzanie Katowic raz na 6 lat to trochę za mało. My tu jeszcze wrócimy.











Czytaliście Czeski wpis?

Ten, w którego pierwszej połowie leci zachwyt nad czeskimi widokami, a w drugiej hejt na czeską Pragę?

Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że widoki nie kończą się tam, gdzie granice państwa. 30 km dalej Czeska Szwajcaria przechodzi w Saksońską Szwajcarię, a WOW staje się OMG. Tam połabskie piaskowce osiągają maksimum swoich możliwości – naukowcy obliczyli, że instapotencjał na Moście Bastei wynosi 1000 polubień na godzinę.

Mówiąc językiem zwykłych ludzi: ze wszystkich tych form skalnych na polsko-czesko-niemieckim pograniczu, w Bastei podobało mi się najbardziej.

Tak tylko podrzucam jeśli nie macie pomysłu, co ze sobą zrobić w weekend (bo chyba nie spać do 10:00 i odpoczywać po pracy?).











Góry Sowie: żeby tak mi się chciało, jak mi się nie chciało.

Jechać zimą w góry.

Serio.

Ile razy można jeździć 5 (lub 10) godzin w jedną stronę i nie zobaczyć nic (lub prawie nic)?

Ja wiem: trzy.
Trzy porażki pod rząd wystarczyły, żeby mnie złamać. W Góry Sowie jechałam tylko i wyłącznie dla towarzystwa Bieguni. Bo takich trzech, jak nas dwie, to nie ma ani jednej.

Zamiast zgagi po tym, jak karmiłam się nadzieją, nakarmiłam się zimnym piwem i sernikiem. A słońce wyszło w gratisie.












Niech żyje bal (karnawałowy)

Jak wino, to tylko białe półwytrawne.
Jak imprezy, to tylko przebierane.
Pacierza i okazji do przebrania się nigdy nie odmawiam. Zwykłe kalambury smakują lepiej, kiedy dorosła kobieta przebrana za ortodoksyjnego Żyda musi pokazać zawód audytora (tak, żeby pingwin, lekarz i Messi odgadli).

Halloween spędziliśmy kameralnie: we dwójkę, przebrani za turystów wylatujących na miesiąc do Nowej Zelandii. Też fajnie, ale brakowało towarzystwa.
Dlatego w karnawale musiał być bal. Najlepiej na 100 par, 24 fajerki i 43 metry kwadratowe.

Ja swój pomysł miałam ograny od roku. Szalom!
Ale Tomasza trzeba było wymyślić od zera.

Efekt?

To nie było zwykłe przebranie. To nowa tożsamość. Bo 24 lutego 2018 roku na nieboskłonie polskiego rapu pojawiła się supernowa.

Tak bardzo gangsta, że na 7 tatuaży nawet raz nie skrzywił się z bólu.
Tak bardzo SWAG, że nawet na kanapki kładzie sobie BLING BLING.

Przed Wami TM$ZDM$K. Możecie przesłuchać jego CHAM$KI MIXTAPE na Spotify.






Szkoda tylko, że w naszym klimacie okres karnawału przypada dokładnie w sam środek okresu grypowego.

Całą sobotę urywały się telefony.
Ale nie z prośbą o zapisanie na listę oczekujących, tylko z przeprosinami za brak obecności.

Jeśli myślicie, że Nieśmigielska jest cool, to powinniście mnie zobaczyć wtedy. Ta zapłakana dziewczynka z gilem pod nosem, która się żali, że nikt jej nie lubi? To ja.

Koniec końców kilkanaście osób jednak stanęło u progu naszych drzwi – oraz na wysokości zadania.
Axl Rose odmawiał komentarzy na temat daty premiery następnej płyty, Pierre i Nathalie z Paryża przepraszali za swój francuski, nadobna niewiasta pilnowała wianka, pingwin Humboldta przyniósł jako przekąskę najlepsze pieczone marchewki z masłem orzechowym ever (gdzie on się tego nauczył?), a rebe Weinberg i ksiądz Czajkowski doszli do ekumenicznego porozumienia.

No dobra, było fajnie. Może jeszcze jedną imprezę zahostuję (tym bardziej, że już mam gotowe przebranie!). Ostatnią!























Co robi Tomasz, kiedy się wkurzam o to, że nie sprząta?

Bierze mnie na przeczekanie.

On dobrze wie, że najpierw się nakrzyczę, potem się nagadam, potem stwierdzę, że szkoda mi siły na użeranie się o kocią sierść na podłodze, a na końcu odpuszczę – i będziemy żyli brudno i szczęśliwie.

I dokładnie tak samo robi nasz rząd.

Czarne poniedziałki, kobiece manify, protesty obywatelskie nie zbierają już tylu chętnych co na początku – bo ile można chodzić, moknąć, marznąć i wykrzykiwać te same hasła?
Mi samej się nie chce iść na kolejny protest w tym miesiącu.

Wygraliście. Ja już nie mam siły.

Prędzej wyjadę z tego kraju niż ten kraj się zmieni.













FoodHall w Poznaniu

Otwarcie FoodHall w Poznaniu było jednym z bardziej oczekiwanych przeze mnie wydarzeń przedwiośnia (prawdopodobnie dlatego, że przełożono je o miesiąc).

Gastrohub w hali dworca głównego? Wydawanie jedzenia przez okienka kas? Sernik z matchą w kasie biletów międzynarodowych? Banh mi z kurczakiem i sosem orzechowym zamiast ulgowego do Płocka przez Wrześnię, Konin, Kutno?

Yes, please!

Przed samym wejściem myślę sobie, że albo będzie wielka bieda, albo wielkie wow.

Było wow. Przez pierwszą godzinę. Pojedzone to do domu, bo co więcej robić?

Ogólnie pomysł uważam za trafiony. Ale na inną porę roku (lub w przypadku niepogody).
Trochę sobie nie wyobrażam, że po 6 miesiącach zimy zamiast chillować na leżaku pod słońcem Posnanii, z własnej woli wybiorę ciemną halę.

Teraz z niecierpliwością czekam na otwarcie Nocnego Targu Towarzyskiego. Też w klimatach kolejowych, też na terenach należących do PKP, ale jakby bardziej.








Wielka Triada polską włada

Jeśli nawet prowadzę listę rzeczy do zrobienia przed śmiercią (konkretnie: przed trzydziestką), to tylko po to, żeby mi nic nie uciekło. Wszystkie plany mam spisane w jednym miejscu.

Raz na kilka miesięcy wypadałoby zrewidować swoje postanowienia. I tak:
– ufarbować włosy na różowo: check!
– pojechać na narty: check!
– iść na mecz Kolejorza: cisza.

Mecz piłki nożnej to jedna z tych rzeczy, na które zawsze było dla mnie: za zimno, za szkoda pieniędzy, za bardzo nie ma nas w mieście. Pójdę pójdę, następnym razem.

Aż któregoś dnia przejeżdżaliśmy rowerem koło stadionu w dniu meczowym. I zobaczyłam ten niebiesko-biały strumień ludzi, którego jedna odnoga upijała się cytrynówką w Lasku Marcelińskim, a druga ledwo odrosła od ziemi, a już wie, kto wchodzi w skład Wielkiej Triady (która Polską włada).

Popatrzyłam na to wszystko i pomyślałam:

skoro coś jest ważne dla połowy mieszkańców miasta, w którym mieszkam od 10 lat, to może nie powinnam tego lekceważyć, tylko dlatego, że kiedyś jechałam pociągiem z kibicami Lecha i przez godzinę śpiewali jedną piosenkę z której morał był taki, że Legia jest kurwa, a Kolejorz jest mistrz.

Jak wrażenia po meczu? Karnetu na sezon jeszcze nie kupuję, ale na mecz z Legią już się wybieram.




Koncertu zespołu metalowego nie miałam na liście rzeczy do zrobienia przed śmiercią

ale skoro tak się złożyło, że mam to doświadczenie za sobą… równie dobrze mogę je wpisać, nie?

Jeśli chodzi o muzykę, nawet w swoich najbardziej zbuntowanych czasach nie posunęłam się dalej niż do słuchania płyt Marilyna Mansona (a i to ze względu na nieodwzajemnioną miłość do gitarzysty).
Glany – tak.
Bojówki i naszywki – tak.
Growlowanie i moshowanie (charczenie do mikrofonu i napierdalanie głową na koncertach) – nie.

Więc co do cholery robiłam na Molochu Letalisie we Wrześni? Na koncercie, na którym zorientowałam się, że wokalista śpiewał po polsku dopiero po tym jak, przeczytałam setlistę? (Ach, więc TO była „Piekielna kurwa”!)

Odpowiem pytaniem na pytanie: czego się nie robi dla znajomych?

Death metal fun facts: koncerty trwają maksymalnie pół godziny. Z jednej strony miła niespodzianka, z drugiej… tak długo czaiłam się, żeby podejść z aparatem pod scenę, że koncert zdążył się skończyć.







Wyjazdowo:

Czyżbym znalazła swoje ulubione miasto w Europie? Do dzisiaj jak się budzę, to jeszcze przez kilka chwil z zamkniętymi oczami udaję, że jestem w Neapolu. Potem szczypię się pod kołdrą – i za każdym razem jednak Poznań. Ale fałdka tłuszczu prawdziwa. Wyhodowana w 100% na neapolitańskiej pizzy.

I o tym będzie następny wpis. Czuj duch!