Sarajewo bez spiny

Poprzedni wpis o Sarajewie (słowo kluczowe: wojna na Bałkanach) publikowałam z duszą na ramieniu.

Próbowałam sobie wyobrazić, że jestem Sarajewianinem, trafiam na niesmigielska.com (mniejsza, jakim cudem) i widzę, że jedyne, nad czym spuszcza się blogerka z Polski w swoim wpisie dotyczącym mojego miasta to wojna, wojna, wojna.

Wkurwiłabym się.

Bo czemu nie: życie, życie, życie? Sarajewo to 400 000 żyć.

Sarajewo to tysiące kawiarni, w których po południu nie ma ani jednego wolnego stolika. Sarajewo to piękne młode dziewczyny – jedna w chuście, jedna bez – robiące sobie selfie pod pomnikiem Jana Pawła II.
Sarajewo to codziennie piękne zachody słońca. 6 na 6 trafionych na 10/10.

A gdyby tak potraktować Sarajewo jak jedno z tych miast, do których się po prostu, bez spiny leci na kilka dni? Które się zwiedza, po których się łazi, w których się pije wino na murku?
Wojna wojną, pamięć pamięcią, ale atrakcje Sarajewa atrakcjami Sarajewa.

Ten wpis dedykuję zaglądaczom do cudzych podwórek. Voyeurom stoisk z majtkami na osiedlowych bazarach.
Miejskim alpinistom, którzy wierzą, że na każdej górce odkryją panoramę.
Flâneurom, którzy każdego dnia na liczniku mają 25+ km w nogach i już od południa obawiają się wieczora – bo trzeba będzie zdjąć buty.

Ten wpis to moje osobiste Top atrakcji Sarajewa. Na niektóre trafilibyście na pierwszym spacerze, na inne nie trafilibyście za Chiny.
Nie znajdziecie tu Mostu Łacińskiego (na którym zastrzelono arcyksięcia Franciszka Ferdynanda; I wojna światowa, anyone?), bo i po co? Most jak most. Golden Gate to nie jest.
Znajdziecie za to kozy skubiące trawę z widokiem na najwyższy budynek na Bałkanach.

Disclaimer: nie da się uczynić Sarajewa strefą wolną od wzdychania.
Nawet jeśli prędzej czy później wszystkie domy zostaną otynkowane, a wszystkie dziury po pociskach zaszpachlowane – zawsze zostaną cmentarze.
Bo gdyby z planu miasta usunąć cmentarze, zniknęłaby ¼ jego powierzchni. A Sarajewo nie jest duże. Sarajewo jest 3 razy mniejsze od Warszawy.


Co ma Sarajewo, a czego nie ma wiele innych stolic?
Sielski charme.

Tylko od Waszego tempa zależy, czy z miasta na wieś przeniesiecie się w 15, 20 czy 30 minut – wystarczy odejść od centrum w dowolnym kierunku (ale zawsze pod górę).
I nie mówię tu o wsi a’la ogródki działkowe. Mówię o wsi prawilnej: krowa muczy, kura gdacze, ciągnik ciągnie.
Człowiek może wyjść ze wsi… i trafić prosto do Sarajewa.

Polecam, pod warunkiem, że o złotej godzinie i podczas złotej jesieni.

Jeśli taką furorę wśród hipsterów robią drewniane domki fińskie na warszawskim Jazdowie, to co powiecie na to, alternatywni turyści?






W kategorii: najbardziej niezwykłe miejsce w Sarajewie
palmę pierwszeństwa przyznaję cmentarzowi żydowskiemu na stokach Trebevica.

Nawet nie dlatego, że pierwsze groby pochodzą z XVI wieku. I nie ze względu na skomplikowaną historię (cmentarz jest ulokowany na wzgórzu, więc wygodnie się z niego strzelało do przechodniów). Ani nawet ze względu na niespotykany kształt nagrobków.

Może to złota godzina, a może fakt, że stoisz zupełnie sam z widokiem na miasto i w jednym kadrze mieszczą Ci się: rzędy nagrobków, suszące się pranie i post-modernistyczny wycinek centrum Sarajewa.

PS: wolny od min since 1996!

Ładnie? Wstrzymajcie konie z zachwytami, bo idziemy wyżej. Popołudnie dopiero się zaczęło.




Vraca Memorial Park

Na pozór nic specjalnego. Pomnik ofiar faszyzmu z sowieckim sznytem. Na osi czasu bliżej mu do całkowitego rozkładu niż do stanu świetności.

Nie trzeba być fanem betonów odlanych w ZSRR (lub SFRJ), żeby zachwycić się tym surrealistycznym obrazkiem:

– beton – to jedno;

– ale babcie dziergające na drutach na tle panoramy miasta (centralnie vis-à-vis najwyższego wieżowca na Półwyspie Bałkańskim) – to już poruszyło bardzo wiele strun w moim sercu.
Takie Bałkany w pigułce. W złotej polewie z zachodzącego słońca.
Aha, czy wspominałam, że koło babć pasą się kozy, a o nogi ocierają nam się małe kotki?

Nie gwarantuję, że jak tam traficie, to wszystkie elementy układanki ułożą się tak samo. Możliwe, że pogoda będzie pod psem, po kotach ani śladu, babcie zmarły ze starości, a kozy z głodu, bo nie miał ich kto karmić.
Zawsze zostanie Wam panorama Sarajewa. I jugosłowiańskie betony.

Ładnie? Idziemy wyżej.

A kiedy wejdziemy wystarczająco wysoko, będziemy w stanie zajrzeć na drugą stronę gór, gdzie wieś tańczy, śpiewa, orze jak może, wiesza pranie na sznurkach i generalnie jest miodem dla oczu.
A jeśli poczekamy chwilę dłużej, nadejdzie fioletowo-różowy zachód słońca. Wtedy jak na komendę: wszyscy muezzini w mieście zaczną wzywać na modlitwę i wszystkie psy w mieście zaczną wyć na potęgę (przypadek?).

Jeden z tych obrazków, co to się człowiek wzrusza na ich wspomnienie. Nawet jeśli potem musi schodzić do domu boso, bo znowu wolał włożyć buty ładne zamiast wygodnych.











Baščaršija – miejsce do którego traficie na pewno

A jeśli nie, to znaczy, że zrobiliście coś źle.

W Nowym Jorku by na to mówili Little Turkey, ale w Sarajewie mówią Baščaršija. Ktoś w XVI wieku zrobił kopiuj wklej ze Stambułu i tak powstała najczęściej przedstawiana na pocztówkach część Sarajewa.
Największe stężenie meczetów, kramów z rękodziełem i shisha barów na kilometr kwadratowy. To stąd rozchodzi się zapach orientu.

Można powiedzieć, że Baščaršija to sarajewski odpowiednik starówki, nawet gołębie się zgadzają.
Nie karmiłeś gołębi pod drewnianą fontanną (Sebilj) na głównym placu Baščaršiji – może i nie musisz robić testu na boreliozę, ale to tak jakbyś nie słuchał hejnału pod kościołem Mariackim.

















Ogólnie zachody słońca to jest sarajewski hit.


Miasto powinno opatentować ten motyw i sprzedawać na stockach, magnesach i kubkach.

Wcale się nie dziwię, że w internetach można znaleźć rankingi najlepszych miejsc w Sarajewie na zachód słońca (1., 2.).
I szczerze współczuję każdemu, kto będzie miał takiego pecha, że z przyczyn pogodowych nie załapie się na ani jeden. Tyle przegrać.

Czy ta złota poświata, w której toną i wieżowce, i wieże meczetów to wina smogu? Tak.
Czy mi to przeszkadza? Na zdjęciach na pewno nie.

Ja jestem z Poznania, ja smog mam we krwi.

Niżej: zachód słońca z Żółtej Twierdzy. Za Baščaršiją w lewo i pod górę.

PS: jest jeszcze Biała Twierdza. Za Żółtą Twierdzą w lewo i pod górę. Podobno #1 w mieście na podobne akcje.
Niestety, tak jest ten świat dziwnie urządzony, że zachód słońca trafia się tylko raz dziennie. I tego jednego dnia mi zabrakło. Więc wierzę, ale potwierdzić nie mogę, bo byłam tam tylko w południe. To się nazywa odpowiedzialne blogerstwo!

Pr0 tip: gdziekolwiek w Sarajewie doświadczacie zachodu słońca, nie odchodźcie z posterunku, dopóki muezini nie zaczną wzywać na wieczorną modlitwę. Ciarki gwarantowane, a jak nie, to zwracam kasę za bilety.
Nie ma za co!









Taras widokowy na 10. piętrze hotelu Hecco Deluxe

Jak często zdarza się Wam wejść do 4-gwiazdkowego hotelu jak do siebie i wjechać na ostatnie piętro windą, jak gdyby nigdy nic?

Co prawda jeszcze nie spotkałam osoby, która polecałaby stamtąd jedzenie (my nie polecamy nawet kawy), ale jeśli w cenie przesłodzonej nescafe z syropem bananowym dostanę panoramiczny widok na centrum Sarajewa, to wchodzę w to. A nawet wjeżdżam na to, bo przecież nie będę szła schodami na 10-te piętro.





Park Princeva

A to już niezły trolling (i trekking). Bo Park Princeva to żaden park – to kawiarnia położona tak, że nawet jeśli miałeś ochotę na gorącą kawę, to po takim spacerze marzysz już tylko o zimnym piwie.

Alternatywą dla Parku Princeva jest:
– restauracja Kod Bibana (Hošin brijeg 95)
– turecka kawiarnia Gönül Kahvesi (Timurhanova 3)
– asfaltowa droga pomiędzy.
Nie ma za co!

Obojętnie, który pułap cenowy i tlenowy wybierzecie – warto zobaczyć to, co tam się odjaniepawla o zachodzie słońca.

park princeva sarajevo sunset
park princeva sarajewo zachód słońca
park princeva sarajevo

Wzgórze Hum (Brdo Hum)

Na żelazną logikę: jeśli z każdego punktu w mieście widać wieżę RTV na wzgórzu Hum, to z punktu pod wieżą będzie widać całe miasto.

Prawda czy fałsz?

Trochę prawda, trochę fałsz.
To znaczy, z samej wieży prawda na 100%, ale jeśli nie jesteś pracownikiem bośniackiej telekomunikacji, to zostaje Ci oglądanie zachodu słońca ze wzgórza. A tam proporcje rozkładają się jak 6 części drzew do 4 części miasta. A im mniej masz wzrostu, tym bardziej rośnie udział drzew.

Nie będę Was namawiać do wejścia na Hum, bo nie chcę potem dostawać hejterskich maili, że straciliście przeze mnie pół dnia. Atrakcja tylko dla najbardziej zatwardziałych fanów Sarajewa. Ja weszłam i nie żałuję, ale ja spędziłam tydzień w Sarajewie i przeszłam je wcześniej wszerz i wzdłuż. Kilka razy.

Umówmy się tak: ja Wam wypiszę plusy i minusy, Wy zrobicie sobie matematykę. Bez ściągania.

Plusy:

    – satysfakcja z wejścia i odznaka alternatywnego turysty
    – jak już coś uda się zobaczyć, to jest ładnie
    – trzeba minąć po drodze Ciglane (patrz następny akapit), a potem idzie się przez domki-domeczki, działki-działeczki (patrz drugi akapit).

Minusy:

    – daleko
    – nie można wejść na samą wieżę (chyba, że znacie jakiś sposób na przekupienie psów i zaklinanie ochroniarzy)
    – brak czystego widoku na Sarajewo















Osiedle Ciglane

To już propozycja dla zboczeńców.

Sama nie wiem, co przytłacza bardziej: wielka płyta, wielki bazar czy wielki cmentarz. Wiem, że nie żałuję ani minuty spędzonej na betonowym osiedlu, bo bloki zawsze prawdę Wam powiedzą: nie wszyscy mieszkańcy Marrakeszu mieszkają w medynie, a Lizbony w kamienicy z azulejos. Każde miasto na swoje Ciglane. To, że nie kupisz tam magnesu na lodówkę, nie znaczy że tam nie toczy się życie.

Tradycjonalistów turystycznych nie namawiam, ale jeśli wystarczy Wam czasu, zamiast iść po raz setny na Baščaršiję, warto zobaczyć bardziej przyziemne (chociaż wysoko położone) oblicze Sarajewa.










Incepcja

Atrakcja w atrakcji.

Na Ciglane można się dostać zwyczajnie, po schodach. A można wjechać kolejką linową.
Funikular dla ubogich. Kto nie załapał się na wjazd na Gubałówkę, ten wygrywa życie na sarajewskim osiedlu Ciglane.

Zjeżdżasz za darmo, wjeżdżasz za grosik. Grosik wyegzekwuje od Ciebie pan, który cały dzień na zmianę: pije kawę, czyta gazetę i po każdym udanym kursie windy stawia kreskę w zeszycie. Praca marzeń czy wręcz przeciwnie? Dajcie lajka (praca marzeń) lub serduszko (wręcz przeciwnie).

Zaraz po wyjściu z kolejki wejdźcie schodami na górę i voilà! Stoicie przed drzwiami kawiarni z widokiem na miasto. Nie ma za co!




Myśleliście, że zapomniałam o jedzeniu?


Prawdziwa Nieśmigielska zawsze pamięta o jedzeniu. Po prostu zostawiłam je na deser.

W Sarajewie nie tyle ważne było gdzie, ile co.
Bałkański kajmak prosto z opakowania mogłabym jeść nawet w tramwaju palcem brudnym od dotykania gołębi – i też by mi smakował.

W związku z tym zostawię tylko kilka adresów, swoją buregdzinicę musicie sobie wychodzić sami metodą węglowodanowych prób i wysokotłuszczowych błędów.

na kawę: to absurd polecać konkretny punkt w mieście 1000 i jednej kawiarni, ale jeśli szukacie dobrej kawy, nienachalnej muzyki i stabilnego wifi (i macie duży problem z podejmowaniem decyzji), to polecam EspressoLab, Zielenih beretki 18.
Najchetniej dupogodziny wysiadywałam właśnie tam.
Uwaga: tu wolno palić – praktycznie w każdej kawiarni. Też byście palili, jakby papierosy znowu kosztowały 9 zł.
Proponuję albo nie chodzić do kawiarni (tylko jak tu wtedy wypić kawę?), albo zapalić jednego i już zapach przestanie Wam przeszkadzać. Nie ma za co!

– na cevapcici czyli najbardziej konkretny kebab świata (żadnego pitu-pitu surówką z kapusty, tylko pita i wołowe mięso) – jak te lemingi prosto z tripadvisora poszliśmy do Ćevabdžinicy Hodžić (Bascarsija 22).
Uwaga: mierzcie siły na zamiary. Ja nie dojadłam swojej porcji, zdolność spożywania posiłków odzyskałam po sześciu godzinach, a i tak wszystko, na co było mnie stać, to mała paczka chipsów.

na słodkie: najpierw jest Paryż, potem Maison Coco (Kranjceviceva 4A), a potem długo, długo nic.
Kto by pomyślał, że w tej niepozornej budce kilka kroków od domu znajdziemy najlepsze croissanty na wschód od Paryża? No kto?
Uwaga: produkt wysokoglutenowy. Tuczy od pierwszego gryza.

na coś tradycyjnego Dana i Mirza od razu skierowali nas do Ascinicy Hadžibajrić (Curciluk Veliki 59). No to poszliśmy. Od tego jest host na Airbnb, żeby wiedział lepiej.
A że właściciel knajpy po angielsku mówił tyle, co my po bośniacku, dostaliśmy do michy po prostu miks. Miks czego z czym? Nie wiem, ale bardzo nam smakowało.
Uwaga:> raczej nie dla wegatarian. Jeśli nie lubisz podrobów, to prawdopodobnie też nie dla Ciebie (ale czy to ważne, skoro i tak nie wiesz co jesz?).

– na wino: nieważne gdzie, ważne z kim. Najlepsze wino wypiłam w domu, z naszymi hostami, ich kuzynem z Kanady i koleżanką ze Szwajcarii.
Uwaga: mimo że hymn Jugosławii ma identyczną melodię jak nasz (serio, sprawdźcie), to w Bośni lepiej nie śpiewać go zbyt głośno.

Dlaczego? Polecicie, to się dowiecie.