Do trzech razy sztuka: Tongariro Alpine Crossing. Dramat w 3 aktach.

Pozostałe posty z Nowej Zelandii znajdziecie tutaj.

Do niedawna o Nowej Zelandii myślałam w kategoriach Pięknie tam. Ale żeby od razu lecieć 30 godzin?
Miałabym wydać górę hajsu żeby zobaczyć góry, owce, wulkany i lodowce? To ja sobie pojadę rowerem na lotnisko, polecę 4h, wyląduję na Islandii i będę mieć to samo. I też wydam górę hajsu, bo mały jogurt w sklepie kosztuje tam 5 zł.

– No tak, ale na Nowej Zelandii kręcili Władcę Pierścieni.
– A na Islandii kręcili Grę o Tron.

– No tak, ale na Nowej Zelandii żyją kiwi.
– Ale to nie jest tak, że one chodzą w biały dzień po ulicach, jak u nas gołębie.

– No tak, ale na Nowej Zelandii można przejść szlak Tongariro.
– …

Touché.

Tak się rodzą plotki w XXI wieku. Jedna pani drugiej pani polubiła na instagramie.
Od posta do posta, od zdjęcia do zdjęcia i nie wiedzieć kiedy szlak Tongariro na Wyspie Północnej Nowej Zelandii został okrzyknięty najpiękniejszym jednodniowym szlakiem na świecie.

Reklamodawcy, macie przed sobą koronny dowód na moc sprawczą blogosfery.

Bo gdyby nie jeden wpis i kilka zdjęć znalezionych na cudzym blogu, nie polecielibyśmy tak prędko do Nowej Zelandii.

U większości ludzi wyglądało to pewnie prościej.

Przybyli (do Nowej Zelandii), zobaczyli (przełęcz Tongariro), zwyciężyli.

Ale nie u nas. My do ostatniej minuty nie wiedzieliśmy, czy wrócimy na tarczy, czy ze zdjęciami na instagrama.

Mam dla Was klasyczną opowieść o pokonywaniu bardzo namacalnych przeciwności losu. Gotowy scenariusz na sztukę dla Teatru Telewizji (jestem otwarta na propozycje).
A że dramatyczna opowieść wymaga dramatycznej oprawy, napisałam dla Was epicki dramat.
Najwyższa pora zmienić kanon. Decyzją kapituły pierwsza trójka wybitnych dramaturgów przedstawia się następująco:
1. Homer Sofokles
2. Szekspir
3. Nieśmigielska.

Przed Wami Do trzech razy sztuka czyli Tongariro Alpine Crossing. Dramat w 3 aktach.

W roli ziejącego ogniem smoka występuje złośliwość rzeczy martwych.
Kłody pod nogi rzuca chujowa pogoda.
Tylko determinacja dwójki dzielnych bohaterów (i życzliwość jednego nowozelandzkiego mechanika) sprawia, że zamiast zamiast przełykać porażkę, przełykaliśmy kanapki z widokiem na czynny wulkan.


TONGARIRO ALPINE CROSSING
PROLOG

SCENA I

Sypialnia w typowym M3 na poznańskim osiedlu Grunwald.
Nieśmigielska siedzi pochylona nad biurkiem, patrzy w komputer. Na łóżku leży #tutomasz, patrzy w komputer.

Nieśmigielska: Patrz! (pokazuje mu coś na monitorze)

#tutomasz: No ładnie. Gdzie to?

Nieśmigielska: W Nowej Zelandii. Nie wiedziałam, że tam mają takie rzeczy. Ej, lecimy?

#tutomasz: Możemy.

Scena II

Ta sama scenografia, co w poprzedniej scenie. Z kalendarza ściennego wynika, że zostały 3 dni do wylotu.

Nieśmigielska (skacząc do góry z radości): Oja, za tydzień o tej porze będziemy na Tongariro!


Zaciemnienie. W tle słychać grzmoty.

AKT I

Scena I

Miejsce akcji: Nowa Zelandia. Park Narodowy Tongariro.
Mgła, deszcz, silny wiatr. Widoczność: 10 metrów. Ogólnie rzecz biorąc: nieprzyjemnie.

Nieśmigielska: Nie no, przecież to nie ma sensu. Do jutra pogoda się nie zmieni, a dłużej nie możemy tu siedzieć. Chcę umrzeć. Co robimy?

#tutomasz: Dobre pytanie.

Nieśmigielska: Ewentualnie możemy przełożyć Tongariro na koniec pobytu, a teraz popłynąć na Wyspę Południową. Pytanie, czy następny razem trafimy na lepszą pogodę.

#tutomasz. Ciężka sprawa.

Scena II

#tutomasz i #Nieśmigielska wsiadają na prom z Wellington do Picton. Nikt im nie macha chusteczką.
Jak na ironię, pogoda jest doskonała. Morza szum, ptaków śpiew. Złota plaża pośród drzew.

Nieśmigielska (odwraca się i grozi pięścią): Ja tu jeszcze wrócę!

Komentarz autora:
Jeśli planujecie, ilu to rzeczy nie zrobicie w trakcie trzech godzin przeprawy z wyspy na wyspę: ogarniecie maile (spam sam się nie usunie), odpiszecie na komcie na fejsbuku – porzućcie nadzieję, którzy na Interislandera wchodzicie.
Internet na promie działa tak wolno, że powinniście się cieszyć, jeśli na koniec rejsu ściągną Wam się powiadomienia na fejsie. Mi się nie załadowały.








AKT II

Scena I

Plansza „3 tygodnie później”. Ten sam prom, w przeciwnym kierunku.
Nieśmigielska i #tutomasz na dziobie promu Interislander Picton – Wellington.

#tutomasz: Zamknij oczy. Podaj mi rękę. Teraz wejdź na barierkę. Trzymaj się mocno. Potrafisz mi zaufać? Teraz otwórz oczy.

Nieśmigielska (powoli otwiera oczy): Ja latam!

Na twarzach zakwitają im uśmiechy pełne nadziei. Zachodzi słońce. Muzyka: Celine Dion – My heart will go on.







Przerywamy heheszki. Chcę, żebyście zrozumieli powagę sytuacji.

Wiem, że pogoda nie wybiera. Wiem, że nikt nie udzieli mi gwarancji na słońce _tego_konkretnego_dnia_ _w_tym_konkretnym_miejscu_.

Ale o ile nie ma co płakac nad rozlanym cappuccino w Dolomitach, bo tanie loty do Włoch są kilka razy w tygodniu, o tyle nieudanego trekkingu na drugim końcu świata raczej nie powtórzę za rok. Ani za dwa. Może za pięć. Jeśli będę żyła.

Mieliśmy naprawdę ostatnią szansę.
Mieliśmy też naprawdę duże szanse, że tym razem się uda.

Sprawdziliśmy prognozę pogody – bezchmurne niebo.
Sprawdziliśmy rozkład autobusów na szlak – z palcem w nosie zdążymy, ostatni odjeżdża o 12:00, a do przystanku mamy 25 kilometrów.

Co mogło pójść źle?

Powiem Wam, co mogło pójść źle.

Mogliśmy zaparkować w głuszy i złapać gumę po drodze.
I nie zorientować się aż do rana.

Jak to dobrze, że zapasowa opona była w bagażniku. Jaka szkoda, że w wypożyczalni nie dali nam specjalnego klucza, który pozwoliłby się do niej dostać.

SCENA II

Polna droga gdzieś na nowozelandzkim zadupiu. Widzimy szarą Toyotę Eminę Estimę rocznik ’98 z widocznym kapciem na prawym przednim kole.
#tutomasz wyciąga lewarek, zdejmuje koło, chce wyciągnąć z bagażnika dojazdówkę, ale co to – nie ma klucza. Zużyta opona dramatycznie leży na boku. Toyota stoi na 3 kołach i jednym lewarku. Nie wygląda to za dobrze.
Nieśmigielska na przemian załamuje ręce i robi zdjęcia (bo ładne światło).
Jako podkład muzyczny: IX Symfonia Beethovena (zmiksowana z tykaniem zegarka symbolizującego czas uciekający bezlitośnie.)

Nagle od strony wschodzącego słońca nadjeżdża rycerz na białym koniu.
Dopiero z bliska widzimy: to nie rycerz, a 60-latek w roboczym ubraniu. I nie na białym koniu, tylko w półciężarówce.

Też tak macie, że jak wszystko się wali, to w pewnym momencie dochodzicie do momentu granicznego, za którym są dwie opcje:
1. stajecie się wyciszonym kwiatem lotosu na zajebiście spokojnej tafli pierdolonego jeziora
2. odwożą Was na sygnale do psychiatryka.

Zupełnie jak nie ja, przeszłam przez bramkę nr 1. Wyszłam z siebie i przyjęłam pozę obserwatora: zobaczymy, w jaki jeszcze sposób los zagra na moim wielkim nosie. W oczekiwaniu na rozwój wydarzeń robiłam w głowie notatki do rodzinnej kroniki (a pamiętasz, jak nie udało nam się pójść na Tongariro bo złapaliśmy gumę i nie mieliśmy jak wymienić opony?).

Lata podróżowania działają trochę jak szczepionka na porażki.
Zamiast mówić: złapaliśmy gumę i nie udało nam się pójść na najpiękniejszy szlak na świecie.
Mówmy lepiej: złapaliśmy gumę i trafiliśmy do najbardziej niesamowitego warsztatu samochodowego na świecie.

Serio. Na Waszym miejscu w okolicach Horopito specjalnie wykręciłabym jakąś śrubkę z silnika, żeby tylko móc skorzystać z usług Horopito Motors. Kawa i buszowanie z aparatem po warsztacie gratis.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałam. Jak Czacz, tylko z samochodami.
Jak cmentarzysko z Króla Lwa, tyle że zamiast szkieletów słoni w słońcu bieleją (rdzewieją) szkielety wszystkich modeli samochodów świata wyprodukowanych w ciągu ostatnich 100 lat.

Założę się o hasło do mojego bloga, że jeśli ktoś szuka wahacza od modelu auta, którym w Sarajewie jechał arcyksiążę Franciszek Ferdynand w chwili zamachu – właśnie go znalazł. Nie ma za co!




















AKT III

Scena I

Parking pod Tongariro National Park Visitor Centre. Na scenę z piskiem opon wjeżdżają bohaterowie. Zostawiają Toyotę niedaleko tabliczki „zakaz parkowania” i wbiegają do busa. Bus natychmiast odjeżdża.

Muzyka: Queen – We are the champions

To był moment, w którym w teorii mogliśmy już powiedzieć hop, ale w praktyce jeszcze się baliśmy.
Mogliśmy złapać kolejną gumę. Kierowca busa mógł mieć myśli samobójcze.
My mamy po dwie nogi, które zawsze mogliśmy sobie połamać. Najlepiej na 10-tym kilometrze szlaku, żebyśmy mieli za daleko, żeby iść dalej i nie tak blisko, żebyśmy mogli się cofnąć. Tyle możliwości, a jednak nic więcej się nie wydarzyło. Tongariro – do trzech razy sztuka.
Zabawne, że nawet za czwartym razem Tomasz nie wymówi tej nazwy poprawnie.

Najpiękniejszy jednodniowy szlak na ziemi czas zacząć. Nic nas teraz nie powstrzyma… or can it?

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że Tongariro Alpine Crossing to 19,4 km czystego piękna. Bliższe prawdy są następujące liczby:
– 8 km marszu po jałowym wulkanicznym terenie (duże urozmaicenie po 3 tygodnia pasienia oczu soczyście zieloną trawą)
– 1x bardzo widowiskowa przełęcz
– kolorowe jeziorka (kilka turkusowych i jedno niebieskie)
– 9 km jak najszybszego zejścia przez aktywny wulkanicznie teren, żeby zdążyć na ostatni autobus powrotny
– 1x Mordor.

Tak jest, ten motyw z wrzucaniem pierścienia do Góry Przeznaczenia? To tam.
Orodruina tak naprawdę nazywa się Mt Ngauruhoe* (jakby to robiło różnicę) i jeśli macie ochotę zrobić sobie 3-godzinny detour na czynny wulkan – to jest Wasz moment. Bliżej nie będziecie.

My nie mieliśmy po co – Tomek nie mógł wrzucić pierścienia do ognia, bo wrzucił go wcześniej do wody. Przypominam, że obrączka Tomka leży od prawie roku w wodach przybrzeżnych jeziora Rusałka, na uczciwego znalazcę czeka nagroda.

*wierzcie lub nie, ale napisałam to z pamięci i bezbłędnie. Eyjafjallajökull?

 Tongariro Alpine Crossing
 Tongariro Alpine Crossing
Tongariro Alpine Crossing
Tongariro Alpine Crossing widok
Mt Ngauruhoe
Tongariro Alpine Crossing








To uczucie

Każdy szlak ma ten moment w którym dochodzisz do tego widoku, przeżywasz to uczucie i robisz to zdjęcie. Inaczej nie byłoby sensu iść.

I to uczucie na Tongariro oceniam na 9,5/10. Wyżej w mojej klasyfikacji są tylko Dolomity (Dynamity).

Stojąc na przełęczy, lepiej napatrzcie się na zapas. Bo jak już zejdziecie do szmaragdowych jezior to nie będzie takiej siły, która Was zmusi, żeby wrócić po jeszcze jedno zdjęcie.
Wiecie, jak wygląda wchodzenie na wulkan? Mniej więcej tak samo jak wchodzenie na wydmy: 1 krok w górę = 3 kroki w dół. Tongariro to także to uczucie, kiedy z daleka spodziewasz się litej skały, a z bliska widzisz, że to lichy żwir.

No co mam Wam powiedzieć? Za wszystkie ciężkie chwile Nowa Zelandia wypłaciła nam cashback z odsetkami. Warto było.

Jedyne na co (ewentualnie) mogłabym narzekać (gdybym śmiała) – to pora dnia. Mi osobiście przyjemniej wędruje się ze świadomością, że doczekam zachodu słońca na szlaku, ale biorąc pod uwagę, jak niewiele brakowało, żeby nie doczekać niczego – zamilknę. Daj Nieśmigielskiej palec, a urwie Ci całą rękę.















FAQ:

Ile czasu zajęło Wam przejście szlaku?
Ok. 4 godzin. Łącznie przeszliśmy 19,4 km.

Ważne: Tongariro Alpine Crossing to nie pętla. Chyba że zdecydujecie się dojść do przełęczy i wrócić tam, skąd przyszliście (ten widok wypada akurat w połowie drogi). Jeśli nie, to albo umówcie się, że ktoś Was odbierze na drugim parkingu, albo skorzystajcie z shuttle busa z najbliższej miejscowości. W listopadzie 2017 bus z Whakapapy kosztował 40 NZD (100 zł) za osobę.

Naszym skromnym zdaniem lepiej zacząć od parkingu Mangatepopo i dojść do parkingu Ketetahi niż odwrotnie. Mniej metrów do podejścia, lepsze widoki, same plusy.

Czy szlak jest ciężki?

Dla nas nie. Dla osoby z przeciętną/słabą kondycją – prawdopodobnie tak. Ale spokojnie można go przejść w jeden dzień, tym bardziej że znajdą się odcinki dla miłośników schodzenia w dół i chodzenia po płaskim. Dacie radę!

Czy dostaliście ten mandat za parkowanie?

Tym razem nie.

Jak skończyła się sztuka Tongariro Alpine Crossing. Dramat w 3 aktach?

Wszyscy giną w wypadku samochodowym.

Kurtyna!