Co u Ciebie wiosną (2018)?

Pozostałe posty z serii znajdziecie tutaj.

Trzy miesiące temu o tej porze napisałam list pożegnalny na facebooku, wylogowałam się z instagrama i byłam gotowa zawinąć się do grobu – a przynajmniej w grubą kołdrę ocieplaną smuteczkiem. I zostać tam do listopada. 2022 roku.

Już wiem, co mi było. Byłam chora na zimę.

Polecam kurację za pomocą medycyny naturalnej: wystarczyło trochę słońca na receptę i zmniejszenie codziennej dawki e-obowiązków. Do tego okłady z zimnego wina i inhalacje z fioletowego bzu.

Nagle czasu i siły zaczęło mi wystarczać na wszystko: łącznie z pieczeniem wegeburgerów o 7:00 rano w wolne dni i gotowaniem gruzińskiego gulaszu przy 30 stopniach upału. Ja nie upiekę? Ja nie ugotuję? Ja upiekę, ugotuję, pójdę na siłownię i wrócę na rowerze przez Swarzędz.

Zapraszam na przegląd wiosny w obrazkach: kwiecień i maj polecają się na czerwiec.

Różnica między marcem a majem?

W marcu szanse, że ruszę się z domu po pracy są jak 1:23.

W maju wystarczy jeden telefon – i jadę. 20 km w jedną stronę? Tym lepiej, może opalę nogi (nie opaliłam…).
Wystarczy złota godzina – i wyjmuję aparat.

Niektórzy lato utrwalają w słoikach – ja zapełniam nim karty pamięci.
Zimą zamiast skrobać dno słoika po dżemie truskawkowym (maj 2018), przeglądam zdjęcia z tych wszystkich pikników na trawie, grilów nad jeziorem i procentów na powietrzu.

Dżem truskawkowy niskosłodzony: 252 kcal/100 g
Zdjęcia z wakacji: 0 kcal/100 MB

Wybór jeszcze nigdy nie był tak oczywisty.

PS: ale mam dla Was gratkę!
Przed Wami syrena z Lusowa, bardzo rzadki okaz. Żywi się kwiatem paproci i czterolistną koniczyną. Podobno ukazuje się tylko raz do roku. Legenda głosi, że ten, kto ją zobaczy, ten poleci do Nowego Jorku jeszcze w tym samym roku. Oh wait, to chyba my!














A skoro już przy piknikach (i złotych godzinach) jesteśmy…

Patrzcie, kto wrócił do Polski! Ta okazja aż się prosi o grilla poznańskich blogerów podróżniczych, zanim znowu ⅓ naszego teamu gdzieś wypryśnie i szukaj wiatru na pustyni w Omanie.

(Chociaż biorąc pod uwagę stan opalenizny całej trójki (Luiza i Bartek – azjatycki mahoń; Olko – skandynawska biel), mam poważne podejrzenia, że Olko pilnował mieszkania pod nieobecność rodziców. )

Jak co roku te same twarze. Nie żebym miała coś przeciwko, bo uwielbiam tych ziomeczków, ale jak co roku apeluję:
nie bójcie się nas. My naprawdę nie porównujemy, kto ma większego.
Rozmawiamy o wszystkim błahym i o niczym istotnym.
Z ręką na sercu nie kojarzę, żeby przez cały piknik chociaż raz padło słowo hasztag. Kaszanka – owszem.

To nie kiełbasa wyborcza. To kiełbasa blogerska. Zgrillowana, z keczupem.

PS: Powiedzcie szczerze – czy #tutomasz nie wygląda jak creepy wujek z Waszego dzieciństwa?
Dziwny koleś z wąsem, w okularach, skarpetki podciągnięte do połowy łydki.

I teraz wielkie pytanie, które – gwarantuję – rozwali Wam mózg na nukleony.

Skąd wiecie, że Wasi creepy wujkowie z dzieciństwa nie byli po prostu hipsterami?














A skoro już przy jedzeniu jesteśmy…

To święta wielkanocne spędziliśmy u rodziców. Klasyczny Płock.






A skoro już przy Płocku jesteśmy…

Nie pytaj, co działka może zrobić dla Ciebie. Zapytaj co Ty możesz zrobić dla działki.

Zaangażowanie teściów do urządzania swojego własnego kawałka RODOS podziwiam tym mocniej, im bardziej usycha jedyny kwiat w naszym mieszkaniu.
Więc jak raz na jakiś czas mamy okazję się odwdzięczyć za te ogórki niepryskane i maliny prosto z krzaka, to wypadałoby.

Myślicie, że wystarczy skosić trawnik? O nie, kochani. Mama Tomka mierzy dalej i sięga wyżej, zwykły trawnik jest poniżej jej ambicji.

Mama Tomka odkąd zobaczyła prace Noriakiego, chciała mieć street art. Na działce. Działkart.

Mama Tomka mówi, mama Tomka ma.

A my czekamy na kolejne zlecenia. Czyje prace teraz mamy podrobić?

PS: wiecie, że jak się wyjmuje rzodkiewki spod ziemi, to one wcale nie rosną w pęczkach? Jeden krzaczek = 1 rzodkiewka. Zaskoczenie roku!








A skoro już przy rodzinie jesteśmy…

Drugi raz na spotkaniu blogerów podróżniczych w Cieszynie > pierwszy raz na spotkaniu blogerów podróżniczych w Cieszynie.

Za pierwszym razem strasznie się wstydziłam, że jestem jakaś nie taka. Musiałam na własnej skórze przekonać się, że blogerzy nie gryzą – chyba, że cieszyńskie kanapki ze śledziem.

Za drugim razem – wchodziłam jak do ciebie. Tu piąteczka, tam żółwik. Tu fajeczka, tam piweczko. No bajeczka.

To co mają powiedzieć ci, którzy jeszcze żadnego spotkania nie opuścili?

Jako zawodowy copywriter strzelam hasłami na każdą okazję. Na tę też mam: Cieszyn – i morda się cieszy.
Ale i trochę smuci, bo w prawdopodobnie w przyszłym roku zabraknie nas na balu.

Jak na klasycznej zabawie, proszę didżeja o przekazanie specjalnych pozdrowień dla:
– Kasi z Vanilla Island za mnóstwo słów ciepłych jak bułeczki z Lidla o 7:30 rano
Praktycznego Podróżnika, za bycie przeziomeczkiem
Wapniaków w drodze – jw.!
– Karoliny z Ethnopassion za nalewkę (dodatkowe pozdrowienia załączam dla taty – maratończyka uśmiechu!)
Kingi, bo gdyby nie ona, to do dzisiaj uważałabym, że Cieszyn nie jest dla mnie…
Marcina Nowaka za ostatnie pytanie w 1 z 10: blogger edition!










Blogerzy lubią plotkować.

Wiecie, jaka jest największa plotka tegorocznego Cieszyna?

Chociaż nie, nie powinnam. To są w końcu jego prywatne sprawy.

Albo dobra.

Ale nie powtarzajcie nikomu.

Pst, podobno…

… Filip z Głodny Świata po drodze do Cieszyna zatrzymał się na jedzenie w McDonaldzie!

Ale jakby co, to nie wiecie tego ode mnie.




















A skoro już przy Cieszynie jesteśmy…

Spodziewałam się, że #tutomasz skradnie mi całe show, ale nie spodziewałam się, że aż tak.
Kto tu był czyją plusjedynką?

Nie przypominam sobie, żeby do selfie ze mną ustawiały się kolejki – do #tutomasza tak.

Przecież on nawet nie miał* bloga!

*od niedawna subiektywne zapiski Tomasza możecie śledzić na jego blogu: Tutomasz. Fotografia i podróże.






A skoro już przy Śląsku jesteśmy…

Statystycznie copywriter w agencji jest tak samo przyklejony do biurka jak urzędnik samorządowy. Można powiedzieć, że zamieniłam biurko na biurko.

Tylko, że nie.

Różnica polega na tym, że czasami to biurko może stać wiele kilometrów od domu. Albo, że jak już od niego wstaję, to znaczy, że mam dobry powód.

Na przykład wizyta na planie filmowym na Dolnym Śląsku.
Na przykład zdjęcia na Górze Szybowcowej o zachodzie słońca z widokiem na Śnieżkę.
Na przykład marznięcie podczas zdjęć na Górze Szybowcowej o zachodzie słońca i chowanie się za blendą przed wiatrem. Nie wierzycie, że tam tak wieje? Spytajcie Mai Włoszczowskiej, akurat przejeżdżała. Może słyszała, że dzisiaj Nieśmigielska na mieście i chciała załapać się w kadr…

Albo spacery po lesie.
Albo poznawanie fajnych ziomeczków. Pozdro!

(Fot. na którym jestem – Marcin Jóźwiak)



















A skoro już przy pracy jesteśmy…

Moje miękkie alter ego wstało z zimowego snu, przetarło oczka i odwiedziło Olę i Adriana. Słowem: żyje, ogarnia i ma się dobrze.
Komu sesję, komu?

Fot. elzbieta.niesmigielska.com

fotografia ślubna poznań
fotograf ślubny poznań










A skoro już przy imprezach jesteśmy…

Do zrobienia przed śmiercią: pójść na mecz Kolejorza.

Jak podobał się mój pierwszy mecz? Nawet bardzo. Nawet miałam na sobie szalik. A wcale nie było mi zimno w szyję.

Jakim cudem osoba z alergią na hejt i homofobię wyniosła tak dobre wrażenia?
No cóż:
a) siedziałam w trybunie dla rodziców z dziećmi,
b) mecz był z Górnikiem Zabrze.
Dla wyjaśnienia: może nie mamy z Górnikiem zgody, ale kosy też nie. Mamy do siebie szacunek, co chyba oznacza że zamiast obrażać się nawzajem, obie drużyny obrażają Legię.

Ergo: stosunkowo mało hejtu docierało do moich uszu.

Tam gdzie siedziałam, morze szalików wyglądało wzruszająco, race – efektownie, a oprawa – autentycznie zrobiła na mnie wrażenie.

Sam mecz? Trochę nuda, ale na szczęście nie ma obowiązku patrzenia na murawę.
Tak to ja na meczyki mogę chodzić.

I właśnie wtedy, kiedy zaczęłam mieć zgodę z Kolejorzem, zaczęłam mieć kosę z osobą, z którą mogłabym chodzić na mecze. Co za ironia.

A skoro już przy Poznaniu jesteśmy…

Do dzisiaj, przejeżdżając ulicą Wawrzyniaka na Jeżycach ukradkiem ocieram łzę z tęsknoty za przestrzenią, której już nie ma.

Z drugiej strony – fajnych miejsc w Poznaniu nie brakuje. Właściwie jest ich tyle, że od nadmiaru przestałam ogarniać tę kuwetę – ale do Zakładu zawsze będę mieć szacunek i sentyment.
Dlatego się cieszę, że powstał ze zmarłych i jest większy niż kiedykolwiek.

Obczajcie ich stronę – jeśli robicie robótki ręczne (typu: szycie i spawania) może to jest właśnie miejsce, którego szukacie!

zaklad.org




A skoro już przy ciekawych miejscach jesteśmy…

Sekcja wyjazdowa ma tej wiosny wyjątkowo silną reprezentację:
– oglądaliśmy cuda na Kijowie
majówkę na Słowenii spędziliśmy we Włoszech, Chorwacji i w Austrii
– i tylko Sztokholm doczekał się zaskakująco pozytywnego wpisu na blogu.

Jak to mówią: wszystko w swoim czasie. Oraz: trzeba mieć priorytety.
Tak się składa, że latem moje priorytety to: najpierw przyjemność, potem obowiązek.

Zajebistego lata Wam życzę! Tylko nie przepierdolcie go na czytanie blogów.