Co u Ciebie latem? 2018

Pozostałe posty z serii znajdziecie TUTAJ.

Nigdy jeszcze tak wiele nie próbowano zmieścić w tak niewielu.

Dwa miesiące lata i tylko jeden post.
Dwa miesiące jedzenia pięciu tysięcy kalorii dziennie.
Dwa miesiące różowych zachodów słońca.
Dwa miesiące win w plenerze, kilometrów na rowerze, lodów zjedzonych na spacerze i że to już koniec nie wierzę, najszczerzej.

Lato było wzorowe tego roku. Ukończyłam je z wysoką średnią popołudni spędzonych poza domem i czerwonym paskiem na udach od słońca. Tak trzeba żyć, szkoda że tylko przez kilka miesięcy w roku.

Koniec wstępu. Biorąc pod uwagę, że zamęczę Was maksimum pikseli, to może chociaż ograniczę się do minimum słów.
Lato 2018 jakie było, każdy zobaczy.






Niech żyję nam

Na co dzień jestem mocno skoncentrowana na sobie, ale w swoje urodziny przynajmniej mogę robić to otwarcie.
Albo inaczej: na co dzień nie można mi się oprzeć, ale tylko w moje urodziny nie można mi odmówić.

Ela chce dnia pełnego niespodzianek od przebudzenia po pójście spać? Ela znajduje balony w samochodzie, napis STO LAT (zamieniony przez chochlika na STO LEC) na lustrze, a o 21:00 dmucha świeczki na torcie.
Ela chce odhaczyć punkt z letniej listy rzeczy do zrobienia i pojeździć Wartostradą na rolkach? Tomasz cierpliwie czeka na ławeczce, aż Ela wpadnie w krzaki i powie, że na najbliższy rok ma dosyć (15 minut z założeniem rolek włącznie).
Ela chce popłynąć motorówką po Warcie – Ela płynie motorówką po Warcie.

Bo nie wiem, czy wiecie, ale w Poznaniu można latem na dowód osobisty wypożyczyć łódkę. Godzinka pozwala dopłynąć z Szeląga do wiaduktu na Hetmańskiej i, sorry za frazes, ale naprawdę pozwala zobaczyć Poznań zupełnie z innej perspektywy.
Perspektywy świata wędkarzy, którym płoszymy ryby i bezdomnych, którym przerywamy drzemkę.

Tylko trzeba się przygotować na to uczucie, że wszyscy na Ciebie patrzą jak na niunię, którą misio zabrał motorówką w piękny rejs. I że słychać Was z daleka, a ukryć się nie ma gdzie. To nie jacht że zejdziesz pod pokład żeby schować się przed paparazzi.
I to tyle z luksusu, bo na swoją piękna sukienkę musiałam zarzucić kamizelkę ratunkową, a prosecco nie piliśmy, bo na łódce nie wolno.











A myślałam, że w temacie imprez niespodzianek nikt mnie nie zaskoczy.

Sztukę zaskakiwania doskonalimy z roku na rok, z urodzin na urodziny. Im człowiek starszy, tym bardziej szczwany.

Dlatego cały tydzień poprzedzający swoje urodziny chodziłam pewna swego, opowiadając na prawo i lewo, że Tomasz mi urządzi imprezę – no bo było wiadomo, że urządzi; informację o zapotrzebowaniu na przyjęcie złożyłam na długo przed wydarzeniem. Zaznaczyłam też preferencje dotyczące ogólnego klimatu: ognisko w lesie i kiełby na patyku.

Zaskoczyć to ja, ale nie mnie.

Jak bardzo się myliłam. Jak bardzo Tomasz triumfował.
Niespodzianka zatoczyła tak szerokie kręgi, że zagarnęła nawet osoby, których albo nie widziałam milion lat (albo które widzę na co dzień w pracy!).

Dobra wiadomość: było cudownie.
Zła wiadomość: nie wiem Tomasz, jak przebijesz samego siebie w przyszłym roku, ale nie chciałabym być w Twojej skórze.











To nie jest przypadek, że tyle osób obchodzi urodziny właśnie latem.

To my, dzieci pierwszych jesiennych długich wieczorów, kiedy jeszcze nie wiedziano, co zrobić z tym nagłym nadmiarem czasu (chociaż ja akurat podobno jestem dzieckiem powrotu mojego taty do zdrowia po zawale).
Uważam, że nasi rodzice wykazali się skrajną nieodpowiedzialnością, płodząc nas właśnie wtedy.
Nigdy nie mogliśmy przynieść cukierków do szkoły. Nigdy nie mogliśmy urządzić urodzin – powodzenia z listą gości, kiedy połowa koleżanek właśnie robi sobie zdjęcie z misiem na Krupówkach, a druga połowa gra w cymbergaja w Darłowie. Picie Piccolo do lustra, to moje dzieciństwo.

(Ela psycholog dziecięcy) Obstawiam, że to dlatego im jesteśmy starsi, tym bardziej ciągnie nas do balonów z helem.

A co wychodzi z połączenia wygranego konkursu Mastercard, Alexandra Marcusa, Amelii, waty cukrowej, krewetek i helu? Urodziny Ani z bieguni.wordpress.com. I ja tam byłam i prosecco piłam.







Miało być pool party na tarasie penthouse’a.
Mieliśmy spakować kąpielówki.

Tymczasem okazało się, że basen jest wielkości rozłożonego zeszytu i można napełnić go konewką – i tylko penthouse był prawdziwy.
Naprawdę Bartek, przyszlibyśmy po prostu żeby zrobić przyjemność Luizie i pojeździć autkami z Olkiem, nie musiałeś nas podpuszczać z tym napuszczaniem wody do basenu.

Kolejne blogerskie urodziny, kolejne przyjęcie niespodzianka. Żeby w przyszłym roku naprawdę zrobić komuś niespodziankę, to trzeba by chyba nic nie robić. Ale by się ludzie zdziwili!













W letniej sekcji wyjazdowej: lekko nie było.

Nasze wyjazdy to nie plaża i drineczki, to mordercza walka z czasem i boksowanie z własną wytrzymałością.

Mieliśmy zaszczyt dołączyć do ekspedycji wysokogórskiej, Śródka Alpine Base Camp.
Dokonaliśmy pierwszego letniego wejścia na Śródkę (70 m n.p.m.) z dwulatkiem.

Czy było ciężko? Duh. A jak niby miało być w tak trudnych warunkach?

Przebywanie na takiej wysokości to nie żarty. Choroba wysokościowa nie wybiera i przypomina odrobinę objawy zatrucia alkoholowego: bełkotliwa mowa, niepewny chód, heheszki i brawura zamiast trzeźwej oceny rzeczywistości.
Namiot trzeba rozbić przed zmrokiem, bo po zachodzie słońca temperatura spada drastycznie i organizm naraża się na wychłodzenie. Za to widok rozgwieżdżonego nieba nad Poznaniem… na zawsze w mojej pamięci. Dla takich chwil warto żyć.

Jedyne, czego żałuję, to że nie spakowałam szerokokątnego obiektywu – do łapania zapierających górskich panoram o zachodzie i wschodzie słońca byłby jak znalazł – ale na tej wysokości każdy gram bagażu się liczy. Nawet szczoteczkę do zębów wzięliśmy jedną, na spółkę.

Ważne, że weszliśmy. I że zrobiliśmy to wszyscy razem.

Za zaproszenie do ekspedycji dziękuję ekipie z bloga Tu i Tam. I za ostatnie zdjęcie też!





Czym byłoby lato bez leżenia na kocyku?
Odpowiem: lato byłoby wtedy zimą.

Wszystko wskazuje na to, że nasz koc piknikowy w przyszłym roku nie będzie nadawał się do użycia, a ząb czasu nadgryzł go jak bullterier dokładnie tam, gdzie podszewka styka się z wierzchnią warstwą materiału. Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść niepokonanym. I kupić nowy koc piknikowy.

Ten koc był świadkiem wielu ważnych chwil w naszym życiu:
– jak wtedy, kiedy Tomasz zgubił obrączkę podczas gdy w siatkówkę wodną w Rusałce (ktoś powiedział, że sport to zdrowie – szkoda, że nie psychiczne)
– albo jak Maciej testował pierwszą w Polsce bioniczną nogę
– żaden grill, piknik ani czytanie książki w plenerze nie mogło się odbyć bez koca.
Po czym poznawaliśmy lato? Po tym, że nie chowaliśmy koca do szafy.

Ten koc był częścią naszego życia, jak skarpety Tomka porozrzucane po sypialni.
Semper in memoriam.













Najwięcej uczestników, najdłuższa trasa, najgrubszy kordon policji do ochrony.
Myślałby kto, że to 11 listopada w Warszawie.

A to Marsz Równości w Poznaniu.

Do tej pory tak duże ilości policji na raz widziałam… raz.
Musiał być wtedy jakiś ważny mecz na stadionie Lecha, bo sam przejazd radiowozów przez zamkniętą ulicę trwał tyle, że gdybym kupiła tego dnia litrowe lody, zdążyłyby się rozpuścić, zanim przepuściliby nas do domu. Od tamtej pory roztropnie kupuję tylko lody na patyku.

Z jednej strony wiesz, że na służbie policjanci powinni być bezstronni i są tam dla naszego bezpieczeństwa.
Z drugiej strony wiesz też, że pensje w policji są żenująco niskie i od jakiegoś czasu służby zatrudniają kogo popadnie (o ile ktoś popadnie).
Że testy psychologiczne? Testy szmesty.
Więc nie wiesz, czy ci sami ludzie, ale w cywilu, nie wybiliby Ci chętnie pałką tych lewackich bredni z głowy.

Czułam się winna, że tak radosna impreza musi przysparzać pracy tylu policjantom – już widzę jaka byłabym radosna, gdyby ktoś kazał mi przyjść do pracy w sobotę i nosić na plecach pojemniki z gazem pieprzowym w ten upał.
Z drugiej – to nie ja nazgłaszałam kilkadziesiąt (w większości fikcyjnych) kontrmanifestacji wzdłuż trasy marszu.

Niech się wstydzi ten, kto widzi. Niech się biczuje ten, kto hejtuje.

A sam Marsz? No piękny i pokojowy, jak zwykle.




















Marsz Równości to za mało?

Żeby mojemu lewackiemu wizerunkowi stało się zadość przesyłam tradycyjne foteczki z poznańskiego Łańcucha Światła.
Dla niewtajemniczonych: w Poznaniu protesty obywatelskie wyglądają tak:
– nie hejtujemy
– nie udzielamy głosu politykom
– wypowiadają się a) Poznaniacy w każdym wieku b) specjaliści z dziedziny prawa
– na końcu na kilka minut w ciszy zapalamy światełka i śpiewamy hymny.

Moszna? Moszna.
Polecam, Elżbieta Adamska.

A tak na serio, to najwyższy czas zacząć oddolnie zasypywać społeczne podziały.
Przestać się nabijać z wyborców PISu, a próbować rozmawiać, żeby próbować zrozumieć. Bo może się okazać, że i jednej i drugiej stronie z grubsza zależy na podobnych rzeczach, tylko inaczej rozkładamy akcenty.





Czy to fajny fotograf przyciąga fajne pary?
Czy to fajne pary wybierają tylko fajnych fotografów?

Co było pierwsze, jajko czy kura?

Tego nie wiem, ale wiem, że jeśli chodzi o klientów – mam zawsze duże szczęście: współpraca jest gładka, kontakt serdeczny, a torty weselne smaczne. A bywa, że w ramach obowiązków służbowych mogę bezkarnie wchodzić na bele siana (zdjęcie grupowe samo się nie zrobi) albo przewieźć oldskulowym amerykańskim samochodem (sesja plenerowa też), o czym marzyłam od dziecka.

W sezon ślubnym 2018 jeszcze nie powiedziałam ostatniego słowa, ale już układam usta w dzióbek.

Listopad to nie jest szczególnie ślubny miesiąc i nawet nie dlatego, że brakuje literki R (jako były pracownik USC podpowiem, że heheszki heheszkami ale jednak wolicie dmuchać na zimne i w maju i lipcu JEST mniej ślubów niż w czerwcu, sierpniu czy wrześniu), ale dla Was to ostatni dzwonek: jeśli chcecie, żeby Nieśmigielska fotografowała Wasz ślub, lepiej weźcie się za organizację teraz. Macie czas do końca roku.
Potem będzie za późno.




























Nasza (to jest, moja i Bieguni) fantazja nie zna granic
– a na pewno nie powstrzymają nas granice Europy.

Pamiętacie naszą epicką euroeskapadę przez Szwecję, Włochy i Francję, sfilmowaną zresztą przez znakomitych twórców współczesnego kina polskiego?

Teraz pojechałyśmy jeszcze dalej. I jeszcze grubiej. I jeszcze nie powiedziałyśmy ostatniego słowa (aczkolwiek Ania napisała już pierwsze).

Kto widział insta stories lub czytał newslettera (może się zapiszesz?), ten wie dokąd przywiał nas wiatr i przywiózł Tomasz za kierownicą Hondy Jazz.

Kto nie widział, może pobawić się w Sherlocka.
Gdzie byłyśmy? Poszlaki poniżej (ostatnie foto zrobiła Ania Sz-K.)




Na uspokojenie nastrojów i znak, że zbliżamy się do końca – kilka zdjęć z działki.

Nie ma chyba nic bardziej apolitycznego niż ogródek działkowy. Nasz wspólny polski mianownik.
Czy lewak, czy prawak; czy Tuska wina czy Kaczyński za wszystkim stoi – słodką gruszką prosto z drzewa nie pogardzi chyba żaden prawdziwy Polak.







Żeby życie miało smaczek…
raz dwutysięcznik, a raz trzytysięcznik.

W sekcji voyage, voyage lato na bogato:
Wypiliśmy po jednym modżajto na naszej Świnicy, i byliśmy trzy kroki od wejścia na szczyt trzytysięcznika.

Post z Dolomitów już na blogu, post z Tatr jeszcze nie.

Za tydzień: odkrywamy Amerykę. Nie po to jechaliśmy 1499 km w jedną stronę do Yellowstone, żeby teraz nie móc wozić się na postach z USA.