Życie jak w Toyocie. Jak ogarnąć road trip i zachować godność osobistą?

Pozostałe posty ze Stanów znajdziecie TUTAJ.

Prysznic w misce albo wcale.
Zrolowane ciuchy pod głową zamiast poduszki.
Rwa kulszowa na dzień dobry.
Gotowanie w czapce i rękawiczkach na dobranoc.
Niebo gwiaździste nade mną
i spaghetti with meatballs za jedyne 0,98$ ze sklepu Dollar Tree we mnie.

Nie ma to jak road trip.

Dlaczego właściwie chce nam się tak męczyć? Dlaczego wolimy spać w aucie i jeść półprodukty z puszki?
Dlaczego najfajniejsze chwile na wyjeździe to te, kiedy wyjeżdżamy wypożyczonym autem z lotniska, a najsmutniejsze – kiedy je oddajemy (no bo jak tu oddać komuś obcemu kluczyki do domu)?

Ten pomysł chodził mi po głowie już od dawna, a murem za nim stanęło wieloletnie doświadczenie.
Przed Wami wszystko, co chcielibyście wiedzieć o road tripie, ale nie chcieliście wychodzić na cebulaków, więc baliście się zapytać. My zostaliśmy cebulakami za Was. Zawsze do usług.

Jak zaplanować, co jeść (przykładowy jadłospis), skąd wziąć auto i na co zwracać uwagę przy wypożyczaniu tegoż, aby żyć długo i szczęśliwie – czy to w Toyocie Raw 4, czy Oplu Corsie.

road trip w Stanach Zjednoczonych
road trip w USA
road trip w USA
road trip w USA
road trip w USA
road trip w USA jak zaplanować
road trip w USA jak zorganizować

Dlaczego road trip?

Żadne tam, że życie to droga. W moim rankingu lektur W drodze Kerouaca wypada pomiędzy Potopem a Przedwiośniem. To ta książka, którą wkładasz pod szafkę, żeby stała prosto, chociaż wcale nie stoi krzywo.

Po prostu: karuzela zdarzeń na road tripie jest nie do przebicia.

Budząc się rano nigdy nie wiesz, gdzie położysz się spać: kilometr, czy 800 kilometrów stąd. Oczywiście, w mieście też masz szansę przeżyć szalony dzień: ktoś może Cię dźgnąć nożem w drodze do metra, a wieczorem zamiast wracać (znowu…) do swojego Airbnb, przyłożysz głowę do poduszki na OIOMie. Wszystko możliwe.

Ale wyjaśnijcie mi, jak to jest, że:
– rano jemy śniadanie gdzieś w Montanie i zakładamy, że jedyne co się dzisiaj wydarzy, to przejechanie z punktu A do punktu B
– w południe chodzimy po wulkanicznych stożkach i zaglądamy do lawowych jaskiń
– a dzień kończymy popijając cappuccino z piasku i przytulając się na pożegnanie (za pozwoleniem rodzica) do pięciolatki w stroju pirata gdzieś w Idaho na wydmie, o której istnieniu rano jeszcze nie mieliśmy pojęcia?

A to road trip właśnie.










bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho
bruneau dunes idaho

b) kraj to nie tylko miasta

Nie cofnę czasu i nie urodzę się w Ameryce, ale dopiero kiedy nawigacja mówi, że następne skrzyżowanie będzie za 150 km, w radiu leci reklama firmy konsolidującej długi, a mijane pastwiska są tak malownicze, że w Polsce znajdowałyby się pod ochroną jako parki narodowe, zaczyna Ci świtać, co to za kraj, ta Ameryka. Co to za ludzie, ci Amerykanie.

Etos ciężkiej pracy. Nieograniczone możliwości. Religijność. To wszystko nabiera sensu gdzieś pomiędzy Fort Washakie, WY a Boise, ID. Niestety sensu nabiera też nominacja Bretta Kavanaugh na Sędziego Najwyższego.

Zastosowałabym prosty przelicznik: 1 dzień słuchania audycji radiowych to ekwiwalent 1 książki o Ameryce.

A skoro już przy książkach jesteśmy, te 3 przeczytałam przed tegorocznym road tripem i polecam:

1. Ameryka po nordycku. W poszukiwaniu lepszego życia Anu Partanen – ta książka ostatecznie odebrała mi resztki amerykańskiego snu. Jak dorosnę, chcę zostać Skandynawką!
2. Co z tą Ameryką? Dorota Warakomska. Co się stało z Ameryką, że zagłosowała na Trumpa i co się w związku z tym pozmieniało (jest też dobra wiadomość: mobilizacja środowisk, które być może, gdyby Hillary była prezydentką, nie czułyby potrzeby się zmobilizować.)
3. Wałkowanie Ameryki – Marek Wałkuski. Nie dość, że masa przydatnych informacji, to jeszcze podana w całkowicie przetrawialnej formie (gluten&lactose free).

Na długie godziny na siedzeniu pasażera, jak znalazł.

road trip usa
road trip usa
road trip usa
road trip usa
road trip usa
road trip usa
road trip usa

c) Na road tripie jest bardzo wygodnie
(poza tymi chwilami, kiedy jest niewygodnie).

Niewygodnie bywa głównie w nocy, kiedy łapie Cię rwa kulszowa.
Oraz, kiedy przypominasz sobie negatywny wpływ swojego wożenia dupy na środowisko.

Poza tym żyć nie umierać, chyba że z nudów (ale na to ludzkość wymyśliła: playlisty, podcasty i ebooki).

Natomiast porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy liczycie, że na road tripie schudniecie.
Na początku wszystko idzie jak w zegarku. Żyjecie miłością do mijanych krajobrazów, na diecie 1500 kcal nie dobijacie do tysiąca, a na trekkingi nogi Was niosą same.

Tak jest przez pierwszy tydzień.

W literaturze blogerskiej znany jest tzw. paradoks road tripu (zaraz obok recyklingu skarpetek):
pokonujemy więcej kilometrów, ale mniej się ruszamy.
Po co iść na 5-cio godzinny trekking, skoro można wyjść na 5-cio minutowy spacer na punkt widokowy?
Po co gotować, jak można kupić gotową sałatkę (i lody na deser)?

Prawda jest taka, że (drumroll) road trip rozleniwia. Ale jakie to przyjemne. W końcu na wakacjach jesteśmy, nie?

Wygoda, wygoda, każdej aktywnej chwili szkoda.













Jak zaplanować road trip?

Bardzo prosto.
Pokażę Wam magiczną sztuczkę. Nawet nie zauważysz, że właśnie ułożyłeś plan 3 tygodniowej wycieczki.

1. Nanieś na mapie (online używam My Maps) pinezki z interesującymi Ciebie miejscami.
Pr0 tip dla USA: Parki narodowe – zawsze. Parki stanowe – to zależy, zaleca się dodatkową kwerendę.
2. Oddal mapę i połącz punkty w pętlę. Presto!
3. Znajdź najbliższe międzynarodowe lotnisko.
4. Jeśli trasa jest wykonalna (czyli nie oznacza, że mamy pokonać np. 2000 km w 3 dni – RIP Mount Rushmore) – mamy to!

Ogarnąwszy powyższe, możecie kupować bilety i szukać auta na wynajem. Szczegółami zajmiecie się później.

Koniec trollingu: w końcu nie o to chodzi, aby połączyć kropki, ale żeby nanieść je.
Ja nie mam jednej sprawdzonej metody: tu coś znajdę na instagramie, tu wyszperam na blogu podróżniczym, zawsze coś ciekawego podpowie Atlas Obscura i oficjalne strony stanów Stanów.

Ale nawet najlepiej przygotowany plan zwiedzania będzie do niczego bez playlisty kierowcy.

Kierowcą nie powinna być osoba, która ma prawo jazdy.
Kierowcą powinna być osoba, która _lubi_ jeździć autem.
Ja lubię średnio, więc moment, w którym sama miałabym zacząć się wozić, to moment, w którym przestałabym jeździć na road tripy. Przecież to ani zdjęć porobić, ani książki poczytać.




Auto rzecz wypożyczona

Przede wszystkim: dlaczego osobówka, nie kamper? Bo zarabiamy w złotówkach, a na road tripy jeździmy w dolarach.

Kamper, poza tym że jest znany, z tego że jest droższy, jest także:
– więcej palący
– bardziej się w oczy rzucający
– parkowania na płatnym campingu wymagający.

Jak się nie obrócisz, finansowa dupa zawsze będzie z tyłu.

Po osobówce, nawet jeśli to SUV (preferowana opcja na 2+ noce) z przyciemniamymi szybami, nikt nie będzie się spodziewał, że w środku o niebieskich migdałach śnią dwa białasy.
W osobówce wszystkie parkingi są Wasze. Poza tymi, gdzie zabrania się stawania na noc.
PS: po czym poznać, że ktoś jest na road tripie? Bo każdą zatoczkę postojową ocenia pod kątem potencjalnego miejsca do spania (dodatkowe punkty za widok o wschodzie słońca i niedużą wysokość n.p.m.).

Nic tak skutecznie nie motywuje do zapoznania się z lokalnymi przepisami, jak mandat na 500 zł. Do końca wyjazdu w Nowej Zelandii budziliśmy się rano z pytaniem na ustach: dzisiaj też nam wlepili, czy nie wlepili?

Sprawdzone miejsca na parkowanie nocą?
– zatoczki dla tirów
– tzw. rest areas przy autostradach
– boczne drogi prowadzące w las
– parkingi sklepów czynnych 24h (w Stanach są to Walmart Supercenters, niektóre Targety, często też drogerie CVS)
– parkingi pod budynkami użyteczności publicznej, o których wiemy że w nocy nie są odwiedzane. Kościoły, baseny, urzędy (upewnijcie się, że nie ma kamery).

W Stanach starajcie się unikać nocowania w parkach narodowych. Zazwyczaj nawet jeśli nie widać znaku NO OVERNIGHT PARKING, to i tak są duże szanse, że małym druczkiem zastrzeżono nocleg tylko w wyznaczonych miejscach.

Jeśli park jest mniej popularny (albo to Wy jesteście po sezonie), można zaryzykować i spać w np. przy punktach widokowych. My ryzykowaliśmy i żyjemy, raz tylko zostaliśmy kulturalnie wyproszeni, ale przyznaję: bardzo popularny punkt widokowy na Wielki Kanion to nie do końca opcja low-key.

Dla własnego spokoju lepiej wyjechać poza granice parku… i stanąć w pierwszej zatoczce za nim, hehe.






Pierwsza rzecz, na którą zwracamy uwagę, zanim wypożyczymy samochód, to…

czy siedzenia rozkładają się na płasko.

Jeśli tak, to znaczy, że jesteśmy – nomen omen – w domu.
Na tak rozłożonych siedzeniach rozkładamy maty samopompujące, na to śpiwory i voila! Spanie jak marzenie.

Pr0 tip: jeśli jedziecie na dłużej gdzieś, gdzie noce są chłodne, to wiedzcie, że żaden śpiwór nie zastąpi Wam najzwyklejszej na świecie grubej kołdry. Żaden.

Po drugie, upewnij się, czy wypożyczalnia nie zakłada Wam kagańca na mile (mileage).
Może być tak, że macie limit na każdy dzień / cały okres wypożyczania, powyżej którego za każdy przejechany kilometr będziecie musieli dopłacać.
Krótko mówiąc, mileage = NIE (chyba, że jest wyższy niż liczba kilometrów, które sobie założyliście).






Po trzecie, wypożyczalnie w Stanach zazwyczaj określają, do których stanów możecie wjechać. I zazwyczaj są to najbliżsi sąsiedzi.
Co oznacza, że teoretycznie nie mogliśmy z Seattle pojechać prosto do Montany i Wyoming (żegnaj Yellowstone!) i uratowała nas przypadkowa wymiana zdań na lotnisku:

– Czy checie państwo urządzenie do pobierania opłat za autostrady?
– Raczej nie, jedziemy w stronę Yellowstone.
– Ooo, nie mogą państwo pojechać do Yellowstone. To daleko, bardzo daleko.
– :(
– No dobrze, jako że są państwo klientami międzynarodowymi, zrobimy wyjątek.

Do końca wyjazdu nie wiedzieliśmy, czy pan faktycznie odhaczył coś w naszych papierach (np. uruchomić GPS ASAP), czy przyjdzie nam zapłacić kilka tysięcy dolarów więcej.

Pr0 tip: Zależy od wypożyczalni, ale są duże szanse, że wypożyczając auto w Seattle będziecie mogli wyskoczyć po syrop klonowy do Kanady. My mogliśmy.

Po czwarte, ubezpieczony zawsze ubezpieczony.
Powiedzmy, że jak bierzemy auto na 3 dni, to jesteśmy w stanie machnąć na to ręką.
Ale tydzień i więcej to już obowiązek – jeszcze nam się nie zdarzył dłuższy wyjazd, na którym nie złapalibyśmy gumy (w najlepszym razie) lub nie wybiliby nam szyby i ukradli plecak (w najgorszym razie).
W żadnym z tych przypadków losowych nie musieliśmy wyskakiwać z kasy.



Częste mycie skraca życie
Nasze nieoficjalne motto.

BHP (Bezpieczeństwo i Higiena Podróży) w każdym kraju wygląda inaczej. W Nowej Zelandii prysznice były tanie i wszędzie. Raz kąpaliśmy się za przysłowiowy grosik w centrum informacji turystycznej.
Poprzysięgliśmy sobie, że tym razem nie będziemy wjeżdżać na campingi, brać prysznic i uciekać. Niestety, w USA zachowanie wysokich standardów moralnych kosztuje – płatność przyjmowana jest w dolarach, a dolar stoi po 3,75 pln.

Więc chusteczki nawilżane.

Ale co jeśli nie śpisz na campingu, ale czujesz, że nie możesz jechać na chusteczkach i suchym szamponie ani dnia dłużej?

– niektóre pralnie są wyposażone w prysznice na monety
– niektóre campingi w parkach narodowych są wyposażone w prysznice na monety (Yellowstone, PN Sekwoi, Crater Lake)
– baseny zawsze spoko. Warto zapłacić, bo w cenie biletu jest prysznic, pływanie i drugi prysznic.
– road trip nad morzem? Dobrze! Bywa, że plaże = prysznice. Kto sprawdzi, czy obmywasz się z soli, czy z brudu i trudów podróży?
– ostatecznie, zostaje Ci droga gruntowa i miska z ciepłą wodą (tzw. Montana shower). Nie powiem, że polecam, ale czasami człowiek musi. Inaczej z zamkniętymi szybami w aucie się udusi.
– albo Airbnb. Chociaż nie wiem, kto normalny chciałby zamienić wychłodzone auto na gorący prysznic i prawdziwe łóżko.
Pst, skorzystaj z kuponu na 100 zł na Twój pierwszy nocleg.







Co dzisiaj na obiad?

W sytuacji road tripowej pytanie nie tyle brzmi: co dzisiaj na obiad? ile: po czym jest najmniej zmywania?
Przypominam, że (raczej) nie macie bieżącej wody, a zmywanie = przepłukanie zimną wodą + wycieranie ręcznikiem papierowym.
Czyli: jajecznica na bekonie raczej niekoniecznie.

Pytanie pomocnicze brzmi: jak bardzo zimno jest na dworzu? Nie raz, nie dwa, kładliśmy się spać na głodnego, bo stanie nad turystyczna kuchenką i czekanie aż ugotuje się ryż przy temperaturze odczuwalnej 0 stopni do przyjemnych nie należy. Wtedy na kolację był odcinek serialu.

W pozostałych przypadkach wchodzi kuskus i sosy ze słoika, całe na biało.

Pr0 tipy:
1. Z parmezanem wszystko smakuje lepiej. Jeśli nie smakuje, to znaczy że wsypałeś za mało parmezanu.
W wersji wegańskiej nie wiem. Może sól?
2. Jedzenie trzymane pod podłogą bagażnika zachowuje świeżość dłużej.
3. Pierwsze zakupy na obcej ziemi powinny obejmować przynajmniej jeden duży (np. galonowy) pojemnik na wodę, uzupełniany przy każdej okazji. To Wasza woda do mycia, picia, zmywania, prysznica.
4. Wszystkie śmieci (resztki jedzenia to też śmieci) zabieracie ze sobą.
5. Do srania służą toitoie. Nie krzaki w lesie. Nie pobocze drogi. Kropka.

Jeśli nie chcecie, żeby władze stanowe zakazywały postojów przy drogach i wlepiały mandaty, zachowujcie się tak, by nie dawać im do tego powodu.




Przykładowe menu road tripera

Oszczędzę Wam czasu. Zamiast przeszukiwać w googlach frazę backpacking food ideas, lepiej od razu uświadomić sobie, że nie będzie Wam się chciało piec Dutch Oven Pineapple Upside-down Cake i skończy się jak zawsze, to jest na kabanosach.

Been there, done that. Prawdziwy dzienny jadłospis road tripera wygląda raczej tak:


Śniadanie:

Od lat śniadaniowym klasykiem jest granola z bakaliami, owocami i jogurtem. Mało roboty, mało zmywania. Dużo możliwych wariacji. Dla zwiększenia instagramowalności dodaj M&Msy, lajkują się jak szalone!

Drugie śniadanie:
Szakszuka po campersku (niedogotowane jajka + dużo parmezanu)

Podwieczorek:
Warzywa z hummusem/guacamole/innymi sosami. Ze słoika, same się nie zrobią.

Kolacja:
Chili z puszki na kuskusie. Z parmezanem.

To wszystko teoria. W praktyce wystarczy nie zjeść śniadania i minąć przy drodze znak EXIT 132 – Denny’s i nawet najsilniejsza wola łamie się jak zapałka.







Road trip to nie bułka z masłem,

to niedogotowane jajka i burdel na kółkach.

Dlaczego właściwie chce nam się tak męczyć? Dlaczego wolimy spać w aucie i jeść półprodukty z puszki?

Bo o ile porządną szakszukę mogę zrobić w domu, to żaden bizon nie przebiegnie mi drogi, jak będę jechać
do pracy. Dlatego.