Japonia bez mundurka. Co robi Japończyk, kiedy nie pracuje?

Pozostałe posty z Japonii znajdziecie TUTAJ.


Chillax po japońsku? Brzmi jak oksymoron.

Jak dobrze, że są stereotypy, inaczej nie byłoby czego obalać na blogu.

W dzisiejszym poście maszeruje Japonia bez mundurka. Japonia po pracy. Japonia w dresach i adidasach. Japonia w kombinezonie z lycry. Japonia w samych majtkach, z piwem w ręce i dziurą na tyłku.

Co łączy mecz baseballa, paradę równości w Tokio i różowe kwiaty pod górą Fuji?
Dla nas to okazje, żeby podejrzeć, jak zachowuje się społeczeństwo japońskie z opuszczoną gardą.

Czy wiesz, że cichy salaryman, który stoi koło Ciebie w metrze, po pracy kibicuje swojej drużynie baseballu jak dziki? Albo ta elegancka kobieta, którą mijasz na ulicy. Kto wie, czy po 18:00 nie przechodzi w tryb Zentai: zrzuca garsonkę, obcasy, presję społeczną i narzuca lycrę.

Prawdopodobnie nie wiesz. No, więc dzisiaj się dowiesz. Już raz pisałam o kulturze pracy po japońsku – wyszedł z tego jeden z najlepszych, ale i najbardziej smuteczkowych tekstów na tym blogu.

Dzisiaj dla odmiany przyglądamy się Japonii, która nic nie musi. Która pierdoli, nie robi.

Disclaimer:

Mam świadomość, że orientacji seksualnej nie wpisuje się w rubryce “hobby”. Wrzucam do jednego worka walkę o prawa osób LGBT i zimne piwko na meczyku, ale wiedzcie, że worek workowi nierówny. To nie jest worek z napisem “rozrywka”, tylko “Japończycy w stanie spocznij”.




salaryman japonia


Piłka jest okrągła, a strajki są trzy: baseball w Japonii

Dobra ziomeczki, gramy o milion jenów.

Najpopularniejszy sport w Japonii to:

a) sumo
b) manga
c) baseball
d) to, w co grał Kapitan Tsubasa

Jak nie wiecie, to zadzwońcie do przyjaciela, tj. do Nieśmigielskiej. Ona Wam powie, że w Japonii baseball, baseball uber alles, a kto nie skacze, ten z policji. Skąd to wiem? Bo i ja tam byłam i na trybunach Tokyo Dome mecz yakyū śledziłam (z wikipedią otwartą na zakładce zasady).
To, czego nie udało nam się skreślić z bucket listy w Buenos Aires, Auckland i Neapolu, udało nam się w Tokio: obejrzeć mecz lokalnej drużyny (mniejsza o dyscyplinę).

Jak donosi wikipedia: baseball w Japonii jest tak popularny, że niektórzy Japończycy są zaskoczeni, kiedy się dowiadują, że niektórzy Amerykanie uważają go za swój sport narodowy.
Nasz? Baseball? Z dziada pradziada?

A tak, bo odkąd Japonia w XIX otworzyła granice (czy może raczej: odkąd otworzono jej granice), z Amerykanami zachodziła regularna wymiana kulturowa: wy nam sushi i Pearl Harbor, my wam baseball i Hiroszimę.

Stoicie? To usiądźcie. Siedzicie? To zapnijcie pasy.

Miłość Japończyków do baseballa jest tak wielka, że gdyby występowała na Eurowizji, śpiewałaby keine grenzen w białym płaszczu i wypuszczała gołębie pokoju. Wiecie, jaką nazwę rozważano dla odrodzonej po wojnie drużyny z Hiroszimy?
.
.
.
THE ATOMS.

Ostatecznie wybrano Hiroshima Toyo Carp, ale i tak czacha dymi.

mecz baseballa w japonii
baseball w japonii
baseball w japonii
baseball w japonii
mecz baseballa w tokio
tokyo dome baseball



Po co iść na długi, nudny mecz dyscypliny, której zasad się nie rozumie?

Bo w Japonii mecz baseballu to experience like a local w wersji 500+.

Jednym z narodowych wentyli bezpieczeństwa jest stadion Tokyo Dome. To tu uchodzi para z Japończyków.
Ten cichy naród, który nie zwróci Ci uwagi nawet jeśli przez 40 minut w metrze wcierałeś im swój plecak w twarz, podczas meczu baseballu kibicuje jak szatan. Szatan Serduszko.
Jak donosi internet, różnica między kibicowaniem w Japonii, a kibicowaniem gdziekolwiek indziej polega na dopingowaniu swojej drużyny, a nie hejtowaniu przeciwnika.

Czyli:
Yomiuri Giants to jest potęga, Yomiuri Giants najlepsze jest – TAK.
Yakult Swallows kurwa, Yakult Swallows kurwa, Tokyo Yakult Swallows starą kurwą jest – NIE.

To trochę jakby Japończycy kumulowali wszystkie nieokazywane na co dzień w przestrzeni publicznej emocje i tłumili je, czekając na home run swojego zawodnika. Wybuchnąłbym, ale pojutrze mecz. Poczekam.

Jak kupić bilety na mecz baseballa w Japonii?

Jeśli próbowaliście kiedykolwiek cokolwiek zamówić przez japońską stronę internetową, to już wiecie, że najłatwiej będzie iść do kasy i zrobić to stacjonarnie.

Generalnie nie ma problemu z dostępnością: mecze w sezonie tak często, stadion w Tokio taki duży. Kupiliśmy bilety na pół godziny przed godziną zero i jeszcze zostało trochę wolnych miejsc.
Niemniej, niektóre internety radzą, żeby w przypadku meczy wypadających w święta i/lub japońskiego El Clásico, bilety kupować z wyprzedzeniem.

Cena: możecie mnie zatłuc kijem do baseballa, ale nie jestem w stanie sprawdzić, ile zapłaciliśmy. Na pewno najmniej, ile się dało, zgodnie z cennikiem poznańskiej gospodarności. Według znalezionych w sieci informacji, najtańszy bilet to ok. 1000 jenów (30 zł).

Blog podróżniczy, hehe.

Kibicami Yomiuri Giants zostaliśmy z przypadku.
Po prostu: przybyliśmy na (najbliższy) stadion, kupiliśmy (najtańsze) bilety na (jakikolwiek) mecz i usiedliśmy. Dopiero teraz doczytałam, że poszliśmy na mecz japońskiej Legii, bo jak inaczej nazwać drużynę, która przez swoich jest najbardziej kochana, a cała reszta ligi kocha ich nienawidzić?


japonia po pracy mecz baseballa
yakyu japan
kibice yomiuri giants







Zapamiętajcie:

Nie NHL, nie DHL, tylko NPB (Nippon Proffesional Baseball).
(Nippon jak Japonia, Proffesional jak Profesjonalny, Baseball jak baseball.)

I nie Robert Lewandowski, tylko Yamada Tetsuto.

Poza tym, mecz jak mecz. Po dwóch godzinach nie dość, że wypstrykałam całą kliszę, to jeszcze nadal nie wiedzieliśmy dlaczego ta drużyna, która wygrywa, wygrywa. Ani kiedy będzie koniec. To nie piłka nożna, że dwie połowy, karne, ustawka i do domu. Rozgrywka może trwać ponad 3 godziny, tylko rozrywka kończy się po 2-óch.

Zanim jednak dopijemy piwko, dojemy hot doga i wsiądziemy do metra powiedzcie mi, kto zasługuje na większy szacuneczek:
czy zawodnicy na boisku podczas meczu najbardziej statycznej dyscypliny na świecie?
Czy może dziewczyny sprzedające piwo (tzw. uriko), które przez kilka godzin biegają po schodach w górę i w dół z kegiem pełnym piwa na plecach?

No kto?









Największe zaskoczenie tego wyjazdu?

Ten jeden, jedyny raz kiedy znaleźliśmy w Tokio papierki porozrzucane na ulicy (!!!).
Okazało się, że wyjście ze stadionu prowadzi przez sklep z pamiątkami, a dalej – jaskinię bukmacherów.
Atmosfera raczej luźna, tu ktoś piwko otworzy, tam szluga od szluga odpali. Szok, niedowierzanie i pety na chodniku.

Trochę jakbyśmy szukali śladów obcej cywilizacji we wszechświecie i trafili na sygnał.
Houston, więc jednak są ludzie w Japonii, którzy nie noszą spodni w kant. Over and out.



LGBT a sprawa japońska

Kwitnące wiśnie są zbyt mainstreamowe? Wybierz się do Japonii na początku maja.
Nie dość, że kwitną wisterie, nie dość że w Polsce majówka = jesteście o dwa dni urlopu do przodu, to jeszcze w Japonii też jest majówka. Jesteście o kilka festiwali do przodu.

W tym Tokyo Pride. W Polsce znane jako Parada Równości.

5000 ludzi niesie tęczowe flagi przez stolicę kraju i ani jednej kontrmanifestacji na horyzoncie. Myślisz sobie: ta Japonia to jest dopiero. A u nas dalej mężczyźni boją się schylić po mydło pod prysznicem.

Dopiero w domu, kiedy brokat opadnie, zaczynasz czytać o sytuacji osób LGBT w Japonii i wychodzi szydło z worka: przez pozostałe 364 dni w roku nie jest tak tęczowo.

Teoretycznie, niektóre samorządy (dokładnie… 7, stan na luty 2018) wystawiają certyfikaty dla par tej samej płci, a niektórzy usługodawcy (telefonia komórkowa, banki) oferują pakiety dla homoseksualnych par. Jakie to miłe.
W praktyce, o sprawach małżeństwa decyduje administracja rządowa – więc co z tego, że możecie wyprawić ceremonię w Disneylandzie (true story), skoro nie możecie wspólnie rozliczyć podatków za tę imprezę. W świetle prawa nie jesteście małżeństwem.

Teoretycznie w Japonii nikt nikogo nie dyskryminuje, a każdy każdego szanuje. W praktyce nie ma (nie było, ale opieram się na danych z lutego 2015 roku) prawnych rozwiązań przeciwko dyskryminacji (na jakimkolwiek polu: płci, orientacji, rasy).

Raz premierowa pojawia się na paradzie równości, a raz członek parlamentu publicznie mówi, że ludzie LBGT są w społeczeństwie zbędni, bo nie produkują dzieci.

Z jednej strony niektóre szkoły wprowadziły unisexowe mundurki. Z drugiej: 60% osób o odmiennej orientacji doświadczyło prześladowania w szkole i bezczynności ze strony nauczyciela.

Można powiedzieć, że widać światełko w tunelu. Bardzo, bardzo długim tunelu.

PS: Tokio to Tokio. Duże miasto to duże miasto. A we wsi Nishimeya w prefekturze Aomori może pisać się zupełnie inna bajka z tragicznym zakończeniem. Tam tunel jest jeszcze dłuższy.












Marsz Równości stoi na czerwonym

U nas w Poznaniu jak jest marsz, to wszyscy idziemy środkiem ulicy i tańczymy do Freedom George’a Michaela.
Logiczne więc, że próbujemy tej samej sztuczki w Tokio. I napotykamy ścianę.

– Przepraszamy, jak możemy dołączyć do parady?
– Ale jak to, dołączyć? Trzeba się było zapisać.
– Ale jak to, zapisać? To nie można dołączyć?

I tak oto, w wieku 29 lat odkryłam różnicę między marszem a paradą. Brawo ja.

Parada = przemarsz zorganizowanych grup, często sponsorowanych przez podmioty zewnętrzne. Swoją platformę (albo po prostu baner) może mieć Amazon (Glamazon), tokijska policja, Towarzystwo Ochrony Zwierząt i tak dalej. Możesz patrzyć, ale nie możesz dotykać. Dołączyć.

Najpierw pomyślałam Jakie to japońskie. Zasady, zasady, zasady, ale kiedy w Auckland na paradzie Mikołajów schemat się powtórzył, zrozumiałam, że to ja źle zrozumiałam. Tak po prostu wyglądają parady i co im zrobisz. Od wspólnego maszerowania są marsze.

Bardzo japoński za to był fakt, że to nie ruch uliczny został zatrzymany dla parady. To parada stała na czerwonym. Porządek musi być.

Cała reszta podobnie jak u nas (minus narodowcy).
Nie znamy japońskiego, nie wiemy co znaczyły transparenty, ale wychodzimy z założenia, że miłość nie potrzebuje google translatora.

Było pięknie (i zdecydowanie bardziej na bogato jeśli chodzi o stroje). Peace!

















Tokyo Zentai Club

Podziwiam Japończyków. Kiedy się powściągają, to się powściągają, ale kiedy wychodzą z szafy, to nic ich nie zatrzyma.
Ja na swój szczyt nonkonformizmu weszłam, kiedy pracując w urzędzie jako pani z okienka przyszłam w poniedziałek z włosami ufarbowanymi na różowo. Oczywiście zmywalną farbą, bo co ludzie powiedzą.

Tymczasem w Tokio mężczyzna przebrany za gothic lolitę nikogo nie szokuje. W Poznaniu takie rzeczy przechodzą tylko na Pyrkonie.
Z całej parady najbardziej zainteresowała mnie grupa ludzi w rajstopach od stóp do głów. Wyglądali jak kitowcy z Power Rangers w Boże Ciało i maszerowali z transparentem Tokyo Zentai Club.

Wyszukiwać, nie wyszukiwać? Było ryzyko, że wpisanie słowa “zentai” w google zaprowadzi mnie na sam koniec internetu, gdzie nic nie da się odzobaczyć, wszystko zostaje w pamięci.
Ale nie. Zentai to nie hentai.

Zentai, czyli: przebieranie się w lycrowe kombinezony. Niektórych faktycznie to podnieca, niektórzy uwalniają się w ten sposób od presji społecznej. Nie widać mojej twarzy = mogę być kimkolwiek. Szef nie zobaczy, rodzina nie rozpozna, społeczeństwo nie oceni.
Tak jak nie da się uprawiać seksu przez rajstopy, tak fetyszystom zentai chodzi raczej o dotyk niż stosunek; cała reszta cieszy się byciem anonimowym.

Ela-filozof: czy w Japonii zdjąć maskę, to znaczy założyć maskę?

PS: A przy okazji kombinezonów, koniecznie zobaczcie to (suitable for children):

tokyo pride









Shibazakura czyli jak stracić dzień z życia i załamać się nerwowo?

Shibazakura: jeden z japońskich festiwali kwitnących kwiatów (uwierzcie mi, że jest ich kilka).
Jedyny z widokiem na górę Fuji.
Dla nas – festiwal przekwitłych nadziei. Ale po kolei.

Wolałabym się nie urodzić, niż być japońskim salarymanem.

Wyobraźcie sobie – jedziesz do pracy pierwszym pociągiem. Wracasz ostatnim. Wolne masz wtedy, kiedy wszyscy, więc w ramach odpoczynku stoisz w 3-godzinnym korku pod górą Fuji. Na drugie śniadanie – onigiri ze spalinami. Na obiad – bento z tłumionym road ragem. Wieczorem wracasz do domu, nastawiasz budzik. Jutro znowu na 8:00 do pracy, ileż można wypoczywać?

Jedźcie do Tokio podczas Golden Week*, mówili.
Zapomnieli dodać: tylko przypadkiem się stamtąd nie ruszajcie.

Wiecie, gdzie są ci wszyscy ludzie, których nie ma wtedy na mieście?
Wystarczy, że 1% z nich pojedzie oglądać floksy pod górą Fuji i już mamy szkic scenariusza horroru. Tytuł roboczy: Urlop salarymana.

Zaczęło się od trzęsienia ziemi, a potem napięcie rosło.

Najpierw: zarezerwowaliśmy auto. Żadna okazja na road trip nie może się zmarnować!
Niestety w Japonii zasady są wszystkim, a jednostka, która zapomniała spakować międzynarodowe prawo jazdy, niczym – o czym dowiedzieliśmy się 12 godzin przed odebraniem samochodu z wypożyczalni.

Więc autobus. Do Kawaguchiko (miasteczko pod górą Fuji, 120 km od Tokio) jedzie się dwie godziny, co godzina, ze stacji Tokio.
Pierwszy bus – pełny. Drugi – pełny. Trzeci – wsiadamy. Jedziemy.
Za którymś zakrętem ukazuje się góra Fuji. Na tle błękitnego nieba wygląda nierealnie. Odcina się jak wycinanka. Morale nam rosną, jeszcze będzie przepięknie.

Pierwszy bus – odjechał nam sprzed nosa. Drugi – pełny. Trzeci – wsiadamy. “Jedziemy”.
20 (dwadzieścia). Kilometrów. W 3 (trzy). Godziny.
W jedną stronę.

Jedyne, co mnie uratowało od szaleństwa, to kawałeczek wolnej podłogi w autobusie i fakt że Amerykańska sielanka Philipa Rotha liczy 600 stron.

*Golden Week to japoński długi weekend. Tak długi, że nasz długi weekend wydaje się przy nim krótki (trwa od 28 kwietnia do 7 maja).


sakura gora fuji


Nadeszła chwila prawdy.

No kwiatki. No kwitną. Nie wiem, czemu spodziewałam się czegoś więcej, ale w starciu instagram vs rzeczywistość muszą być ofiary. Tylko czemu to musiałam być ja?

Shibazakura to 4 ścieżki na krzyż, 2 punkty widokowe, 1 jeziorko i 70 zł za osobę.

Ile można wąchać kwiatki, zwłaszcza że nie można ich deptać? Z widokiem na górę Fuji nie pachną bardziej.

Cała ta odyseja tylko po to, żeby przez pół godziny oglądać floksy i uchylać się od selfie sticków. Mogłabym przedłużyć czas spędzony na miejscu przez prosty zabieg stanięcia w kolejce do toalety – wtedy wyszłaby okrągła godzina. Okrągła jak kropka nienawiści.

Myślicie, że to już wszystko? Chwileczkę, jeszcze trzeba wbić gwóźdź do trumny.
Gdyby nie korek, zdążylibyśmy zwiedzić miasteczko Kawaguchiko, w którym wszystko co robisz, robisz z widokiem na górę Fuji (a do którego jednodniowy wypad z Tokio jest podobno bardzo spoko pomysłem).
Gdyby nie korek, zdążylibyśmy przed zamknięciem kolejki linowej w Kawaguchiko. Niewiele nas ominęło, tylko panorama z górą Fuji o zachodzie słońca.

Ostatnim autobusem wróciliśmy do Tokio.
Płaczu było co niemiara.

CHWD floksom. Tylko kaktusy. Nawet bez widoku na górę Fuji.

To nie jest ASZdziennik i nic tu nie było zmyślone. Chociaż ostatni akapit bardzo bym chciała.

Spoiler: do Japonii jeszcze wrócimy – ale już tylko raz. Ostatni raz, nim skończy się ten bal.

shibazakura fuji
shibazakura fuji
shibazakura fuji
shibazakura pod gora fuji
kwiaty po gora fuji











góra fuji z kawaguchiko