Pamiętajcie o pamiątkach (z podróży)

“Ech, to pokolenie Y. Włóczykije od siedmiu boleści. Kolekcjonują wspomnienia, nie rzeczy.
Doświadczeń im się zachciało, minimalistom zasranym.“

Krótko mówiąc, sprzedawcy pamiątek muszą nas nienawidzić.

I ja tam byłam, i kupnem pamiątek gardziłam.
Głosiłam pochwałę minimalizmu pamiątkowego – magnes to było maksimum.
Do czasu.

Teraz, kiedy wchodzę do sklepów z pamiątkami, wychodzę z nich z pustymi rękami – bo mam już wszystko, oprócz pomysłu: co jeszcze sobie kupić?

Co przywożę, dlaczego to robię, i jak to się stało, że najpierw byłam na nie, a teraz jestem na 3xTAK? Prześledźmy bieg wydarzeń.
Zapraszam do machiny czasu – bo żeby wyprostować fakty, musimy zagiąć czasoprzestrzeń.


Czas?
Zima 2016.
Miejsce? Mieszkanie Ani z bieguni.wordpress.com

To nie był zwykły wieczór, to był game changer. Przyszłam do znajomych na planszówki, wyszłam z mocnym postanowieniem poprawy. Lepiej niż po pierwszym piątku miesiąca w kościele.
Mieszkanie Ani to najgustowniej na świecie urządzony showroom z pamiątkami. Tylko ładniejszy, bo ze skandynawskim zacięciem. Ikea powinna się prosić z rocznym wyprzedzeniem o możliwość sesji zdjęciowej, a do wniosku załączać referencje od Pinteresta.

W porównaniu z mieszkaniem Ani, po naszym domu hulał wiatr, który miał stać się wiatrem zmian. A pierwsze, co zmiótł ze swojej drogi to moje negatywne nastawienie do pamiątek innych niż gigabajty na dysku. Niech żyje materializm!

Nieśmigielska Anno Domini 2018

każe pukać się w czoło Nieśmigielskiej AD 2016.

Dzięki pamiątkom – pamiętam. Nie chcecie zapomnieć? Pamiętajcie o pamiątkach. Proste.

Pamiątki to nie są pieniądze wyrzucone w błoto na guilty pleasure – pod warunkiem, że są użyteczne (dlatego w szufladzie trzymamy na przykład maskę smerfa).

Więc jeśli durnostojka – to taka, żeby patrzeć na nią codziennie.
Jeśli ubranie – to takie, które będę często nosić.

Papieros odpalony zapalniczką z Dżakarty nie będzie zawierał mniej nikotyny, a kurtka kupiona w San Francisco nie będzie grzała bardziej (dżins, wiadomo). Ale mi wystarczy, że każdym razem, kiedy ją zakładam, przypomnę sobie o zachodzie słońca z widokiem na Golden Gate. Na zewnątrz mogę trząść się z zimna (dżins, wiadomo…), ale na serduszku robi się cieplej.

Jeszcze nigdy nie żałowałam, że coś kupiłam. Ale żałowałam, że nie kupiłam – sitka do zlewu kuchennego nie mamy do dziś.
Spędziliśmy w La Paz łącznie kilkanaście dni, koło rynku z urządzeniami domowymi przechodziliśmy kilka razy. Wystarczyło zatrzymać się na chwilę i dzisiaj wyrzucałabym zgniłe resztki jedzenia ze zlewu z uśmiechem na ustach. Mądry bloger po szkodzie.

1. Magnesy na lodówkę



El Clásico.
Do niedawna jedyne szaleństwo zakupowe, na jakie sobie pozwalałam #zagranico.
Do dzisiaj do kwestii magnesów podchodzę z szacunkiem i wolę nie przywieźć żadnego niż przywieźć brzydkiego, a poszukiwanie tego jedynego jest żelaznym punktem każdej wyprawy.
I pretekstem do przyglądania się kramom z pamiątkami made in China nawet jeśli mówią Greetings from Spain.

Wyjątek: kiedy magnesy są tak brzydkie, że oglądając je czujesz się jakbyś doszedł do krańców internetu – ale w realu. Wtedy kupujemy tzw. magnes dla beki. To dlatego o wizycie w Atenach przypomina nam ptaszek Tweety.

Z czasem niektóre kraje wyrabiają się w temacie pamiątek.
Na Islandii w 2013: klękajcie narody, będzie mniej bolało przy padaniu ze śmiechu. Miałam wybór pomiędzy paskudnym gumowym maskonurem, a paskudnym gumowym wielorybem.
W 2016 piękne islandzkie magnesy były czubkiem góry lodowej, a na pamiątki przepuściłam mały majątek.

Pozwólcie, że przywdzieję na chwilę pozę mędrca, ale wieloletnie doświadczenie podróżnicze ze specjalnością magnesoznawcy nauczyło nas jednego:
nigdy nie odkładajcie kupna na ostatni dzień. Na 99% przepłacicie na lotnisku za coś bardzo, bardzo brzydkiego.

Dobra wiadomość jest taka, że z braku laku inne rzeczy z powodzeniem mogą udawać magnesy: plastikowe karty do metra, pocztówki, bilety wstępu. Na bezrybiu i paragon ryba.



2. Ubrania

Nówki z Tokio, śmigane z Nowej Zelandii – nieważne. Ważne, żeby spakować się zawsze odrobinę nieodpowiednio do pogody, a pretekst do zakupów pojawi się sam.

Nie należę do osób, które dla rozrywki zamawiają i odsyłają ubrania z Zalando. Ubrania kupuję wtedy, kiedy są mi potrzebne i jestem im wierna latami. Raczej wyrzucam niż dorzucam.

Zazwyczaj gdy pojawi się popyt, z podażą czekam na okazję. A okazję czynią podróże.
Zazwyczaj warto poczekać – idealnej szarej bluzy z kapturem szukałam tak długo, aż znalazłam ją w sklepie z pamiątkami na stacji kolejki linowej na Kasprowym Wierchu.
O ile w Polsce wizyta w centrum handlowym = napady duszności, wkurwiki w oczach i żal za straconym czasem, o tyle zagranicą jestem shopperem wyborowym i wybornym.

Kupuję, żeby nosić i noszę z dumą. Nawet, jeśli to tylko majtki z Izraela.

Jedyny minus: to uczucie, gdy ktoś mówi ładna spódnica, gdzie kupiłaś? Skłamać głupio, ale odpowiedzieć a wiesz, z Tokio też jakby krępująco.

PS: osobna subkategoria to Tomasz i jego spodnie, które pękają na dupie w najmniej oczekiwanym momencie (albo wadliwy materiał, albo francuskie wypieki i neapolitańska pizza).

Fot. nr 1 i 2 – Monika Lis.









3. Przebrania

Przebrania to taka specyficzna kategoria pamiątek, dla której jedyne sensowne zastosowanie to imprezy przebierane. Zazwyczaj zakupiona rzecz jest punktem wyjścia do całego kostiumu.

Spódnica z Peru okazała się zbyt strojna na polskie ulice, ale trafiona w dziesiątkę, kiedy w 2016 zostałam cholitą, a w sierpniu roku następnego – chodzącą flagą Portugalii (fot. Bieguni).
Wydawałoby się, że miejsce maski smerfa kupionej na karnawał w La Paz jest w koszu na odpady z tworzywa sztucznego? To zgadnijcie, kim byłam w tym roku na Halloween.

Plastikowemu daszkowi z Las Vegas też udało się ujrzeć światło dnia i tylko na czeską czapkę-kucyka pony nie znalazłam pomysłu. Jeszcze.









4. Kubki

Kubek potrzebna rzecz. Na wodę, na herbatę, na kawę. Do pracy, do domu. Nowy Jork, Islandia, Nowa Zelandia, Disneyland, Seattle, Łowicz. Moja miłość do kubków jest wielka – większa niż niechęć do Kubusia Puchatka, którego niskie IQ działało mi na nerwy nawet w czasach, kiedy sama ledwo składałam zdania. A jednak – tak bardzo chciałam przywieźć pamiątkę z Disneylandu, że przymknęłam oczy na jego głupotę, a otworzyłam serce na kubek z wizerunkiem misia o irytująco małym rozumku.

Kubki są też doskonałe na przełamanie lodów podczas pierwszego dnia w pracy. Dlatego wzięłam od razu dwa.

Niestety, kubki mają to do siebie, że im bardziej je lubisz, tym częściej ich używasz. A im częściej ich używasz, tym większa szansa, że je stłuczesz podczas mycia.

Nihil durat in aeternum, a już zwłaszcza kubki do kawy.
Zamiast opłakiwać stratę (Auckland, pamiętamy! [*]), spójrz na stratę jak na szansę. Jedno miejsce w szafce więcej.

Fun fact: moment kupna kubeczka z misiem i napisem Have a nice day zbiegł się w czasie, w którym ktoś włamywał się do naszego auta w San Francisco. Tobie też życzę miłego dnia, złodzieju. NOT.


5. Miseczki na owsiankę.

Tak się nazywają, chociaż już dawno nie chce mi się gotować owsianki na śniadanie.

Myślę, że miseczki na owsiankę wzięły się z nadmiaru kubków – nie mogłam już kupować kubków, więc wmówiłam sobie, że potrzebuję miseczek. Proste.
Jak widać, obsesja jest na wczesnym etapie, ale i wymagania mam bardziej wyśrubowane.

Wejścia do Tigera i pacierza nigdy nie odmawiam – stąd wzięła się miska we wzory (Triest, maj 2018).
Miskę-arbuza znalazłam w kwietniu na targach ceramiki w Kijowie.
Pst, pamiątki na Ukrainie mają doskonałe ratio: unikalność/design/cena.

6. Skarpetki

Pamiętacie jeszcze życie z czasów, kiedy nosiło się zwykłe sportowe skarpetki? Bo ja jak przez mgłę. Rok 1946? 1982? 2016?

Dziś fajne skarpetki są tak oczywiste, że żeby wyjść z mainstreamu należałoby wejść w białe frotte.
Dziś fajne skarpetki są tak obowiązkowe, że w tym roku nie fotografowałam jeszcze pana młodego, który założyłby gładkie czarne.
Dziś fajne skarpetki są tak dochodowe, że w największej księgarni w Nowym Jorku najdłużej stałam przed regałem ze skarpetami. Kto by kupował książki w księgarni, jak może kupić skarpetki!

Skarpetki to domena Tomasza. W sushi, w cycki, w japonki, w rogale marcińskie, w tancerki hula, w co chcecie.

Na szczęście, mam ten sam rozmiar buta, więc czasem pożyczam.
Na nieszczęście, mam ten sam rozmiar buta, więc żeby sfotografować niektóre pary, musiałam je wygrzebać z kosza na brudy i założyć na siebie. Jeśli nadal uważacie, że blogowanie to bułeczka z masełkiem maczana w oliwie, zamieńmy się miejscami. Try walking in my socks, jak śpiewali Depeche Mode.



7. Spożywka

Parmezan i ziarna kawy z Włoch. To nic, że kupione w Lidlu pod Neapolem.
Matcha z chińskiego marketu w Kanadzie. Masło z nerkowców. Pasta z migdałów. Lukrecjowa herbata z Vancouver, którą żaden gość nie chce się poczęstować. Tahini z pomarańczami z Cypru, której nie jem, bo ograniczam cukier.

Nic tak nie pomaga na zurückschmertz jak świeże ravioli z ricottą na pierwszy obiad po powrocie z Włoch.

Spożywka to ciekawy case, bo normalnie nigdy w życiu nie kupiłabym sobie masła z migdałów albo pasty z pistacji (za drogie…) – ale jako pamiątka z podróży? Urlop to stan umysłu. Inny mindset. Inny budżet.

Zdjęcie dla przyciągnięcia uwagi. Mogłam wybrać to, albo sfotografować wnętrze lodówki.

Gruzja czurczchele

8. Breloczek z Islandii

Substytut swetra. Na prawdziwą lopapejsę szkoda byłoby mi hajsów (wydać lekką ręką 600 zł na coś, co najpierw przepocę, a po pierwszym praniu skurczę? Czy ja zarabiam w dolarach australijskich?), ale znalazłam sprytny sposób – czary. Wełnę z islandzki owiec zaklęłam w metalu i od tego momentu noszę ją zawsze przy sobie.

Breloczki mają jedną wadę: daję radę nosić tylko jeden na raz. I bez tego wyglądam jak klucznik Hogwartu, ale zupełnie nie wiem, który z zupełnie niepotrzebnych mi kluczy miałabym odpiąć?


9. Pierdoły.

Jedyna kategoria, z której nie jestem dumna.

Ich jedyne zastosowanie to cieszyć oko lub leżeć w szufladzie. O ile kiwający łapką kotek z Japantown w LA jeszcze zdaje egzamin (widzimy się co sobota na kawie i drożdżówce), o tyle pudełko na lunch w sytuacji, w której nie noszę lunchy do pracy, oceniam jako zakup trafiony 3/10. Klakson w kształcie jednorożca plasuje się gdzieś pomiędzy – na pewno bym używała, gdybym pamiętała, żeby przykręcić go do kierownicy roweru.

Hit? Notes kupiony na wylocie z Bergamo specjalnie, żeby zrobić notatki z Dolomitów w samolocie. Szkoda, że po drodze do bramki zdążyłam zgubić długopis i notes pozostał nieskażony myślą do dziś.



10. Zdjęcia

Szewc bez butów chodzi, a fotograf nie ma galerii na ścianie.
Jestem jedyną osobą z nielimitowaną promką na własne wydruki, a w ogóle z tego nie korzystam.

Marzenia: całe ściany we własnych zdjęciach. Każdy wyjazd, każdy kraj miałby swoją reprezentację w formacie A4 i większym.
Rzeczywistość: 3 ramki na krzyż i jeszcze dwie na regale.
Przeszkoda: jeszcze się taki nie znalazł, który by wynalazł małoinwazyjny sposób na obwieszenie całej ściany ramkami do zdjęć.

– półki? Jak widać na załączonym obrazku, mało pojemne.
– wiercenie? Po pierwsze, ściana przeznaczona na ekspozycję to zbrojony beton. Po drugie: mało elastyczne. Jeśli za każdym razem jak zamiast pionu zamarzy mi się poziom, będę musiała szpachlować i malować, to ja pasuję. Mi to nie pasuje.
– taśmy dwustronne? Przetestowane. To co się nie stłukło przy spadaniu ze ściany, to zerwało farbę i trzeba było szpachlować. Wtedy wróciły półki.
– szyna pod sufitem i ramki na żyłkach jak w prawdziwej galerii? Pięknie, tylko kto mi to zrobi, bo na pewno nie #tutomasz, który na dekorację wnętrz jest tak samo obojętny, jak ja na szybkie samochody.

BTW: jeśli chcecie jeszcze zamówić jakiś wydruk, macie czas do połowy grudnia. Potem fabryka się zamyka.



12. Znalezione nie kradzione

Jak śpiewał amerykański poeta:
What goes around, goes around, goes around
Comes all the way back around
.

Cykl życia obowiązuje także przedmioty martwe. Za każdą znalezioną parą rękawiczek kryje się para zgubiona. Żeby znaleźć czapkę na Wyspie Południowej Nowej Zelandii, musiałam najpierw zgubić czapkę z Polski.
Bransoletkę z buldożkiem francuskim przygarniętą z zamojskiego rynku chętnie wymienię na bransoletkę z łańcuchem górskim, pochowaną – nota bene – w Beskidach. Podaję współrzędne: 49°40’12.4N 19°01’58.9E. Ktokolwiek widział, ktokolwiek się zamieni.
Można też powiedzieć, że okularów ze Sztokholmu Tomasz nie zgubił w Dolomitach. On je tylko podał dalej.

zwiedzanie sztokholmu

13. Tatuaż.

Na razie z tatuażu mam tylko termin i zaliczkę. Ale nie po to człowiek wymyślił social media, żeby się nie można było pochwalić dziarą, zanim jeszcze ciało ostygnie.

Pamiątka, której nigdy nie zgubię, nie stłukę, nie skurczę w praniu i nie zmechacę.
To będzie pamiątka z Polski. Bo od stycznia wyprowadzamy się do Sydney.