U nas w Sydneyu. Jak to się stało, że wyprowadziliśmy się do Australii, chociaż nie mieliśmy tego w planach?

Chyba już mogę powiedzieć hop, skoro piszę te słowa z kawiarni na drugim końcu świata.
W roli roślin obsadzono tutaj palmy, jako ptaki występują kolorowe papugi, zamiast na starówkę chodzimy nad zatokę. Opierdalam się z widokiem na operę. Tę operę.

Hop, mieszkamy w Sydney.

Jak to się stało, że mieszkamy w Sydney chociaż nigdy, nawet żartem, nie myśleliśmy o czymś takim jak wiza do Australii? Okazało się, że wiza do Australii myślała o nas i któregoś dnia, mniej więcej pół roku temu, upomniała się jak po swoje.

Prześledźmy bieg wydarzeń, bo nawet dla nas taki, a nie inny obrót spraw jest zaskoczeniem. Żeby zagęścić intrygę dodam, że rok temu statystycznie mieliśmy na ręku po pół (to znaczy ja nie miałam wcale, a Tomasz miał jedną) wizy work&travel.

To nie była wiza do Australii. To była wiza do Kanady.

bondi beach sydney
macallum swimming pool sydney
opera w sydney

Za 3 lata o tej porze nas tu nie będzie, ok?

Powiedziała żona do męża w dniu ślubu.
Ok, powiedział mąż.

Był rok 2012 i zdążyliśmy się już zorientować, że nie można odpowiedzieć na pytanie o sens życia bez wspominania o podróżach. Jeśli kto podróżuje, ten żyje dwa razy, to my chcieliśmy żyć 3 razy tyle i odbić sobie wszystkie lata, kiedy był czas, ale nie było odwagi i hajsu. Kojarzycie tych ludzi, którzy pierwszą połowę studiów spędzili na jeżdżeniu autostopem przez Europę, a drugą na chodzeniu na imprezy na Erasmusie?

To nie my.

My pierwszy raz na nasze wielkie wspólne zagraniczne wakacje (tydzień w Londynie) polecieliśmy po 3. roku studiów. Kto nie zachłysnął się brytyjskim akcentem i nie obiecał sobie, że nerkę sprzeda, matkę sprzeda, tylko po to żeby zamieszkać we współdzielonej piwnicy w siódmej strefie Londynu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Wielki świat obudził w nas wielkie marzenia.

downing street londyn

3 lata minęły szybko, a my dalej staliśmy w punkcie wyjścia, tj. Marcelin Forest Junction w WC1E Grunwald.

Dobrze nam się żyło w Polsce, byle nie za długo na raz. Się pracowało, się jadało na mieście, czasem (często) się gdzieś wyskoczyło zagranicę. Czego chcieć więcej? Chyba tylko dni urlopowych, bo tych ustawowych 26 nijak nie chciało wpasować się w nasze plany.

I tak skończyliśmy śnić brytyjski sen, a zaczęliśmy obmyślać kilkumiesięczną podróż.
Rok później zniknęliśmy z radaru rodziny, przyjaciół i pracodawców na 3 miesiące, przełamując lody w Patagonii, balując w Boliwii i odkrywając Amerykę Północną.

Od tej pory różnica między 3-dniowym a 3-miesięcznym wyjazdem bolała tak bardzo, że nie dało się jej ignorować. Nalepialiśmy plaster na tę ranę (miesiąc w Nowej Zelandii, 3 tygodnie w USA), ale życie w Polsce, nawet przecinane gęstą siatką urlopów, przestało nam wystarczać.

Tylko gdzie zamieszkać na dłużej? Może gdzieś, gdzie są góry, parki narodowe, ludzie mówią po angielsku – ale żeby to nie było w USA. I żeby nie było za daleko, na pewno nie na drugim końcu świata. Czy znajdzie się w ogóle kraj, który spełni tak wyśrubowane kryteria?

Oh, wait…

lodowiec patagonia


góra
boliwia
road trip usa

Za półtora roku w lutym wylatujemy na stałe do Kanady, ale już tak na serio, ok?

Powiedziała żona zimą 2017 roku.
Ok, powiedział mąż.

Jedna rozmowa i dwa wina w dobrym towarzystwie wystarczyły, żeby namówić nas na wizę work&travel do Kanady.

Teoretycznie, żeby móc złożyć dokumenty o pracę w kraju kwitnącego klonu, trzeba zostać wybranym przez maszynę losującą. 100% randomowo, sprawiedliwość społeczna über alles.
W praktyce Tomasz (programista) został wylosowany na drugi dzień od zgłoszenia, a ja (nie-programista) nie zostałam wylosowana do dziś. Przypadek?

Co postanowione, to się nie odpostanowi. Całe szczęście był plan B, a w nim Tomasz i jego szybkie palce.
Plan B zakładał, że Tomasz (programista) oczaruje swoim skillem pracodawców zza oceanu, na tyle skutecznie, że będą błagać, żebyśmy oboje raczyli przeprowadzić się do Vancouver (i jeszcze nam za to zapłacą).
Pierwsze cefałki za płoty wykazały, że odzew jest, ale żeby wyjechać w lutym, najlepiej zacząć szukać w sierpniu (był maj).

Tylko, że w sierpniu to Tomasz już negocjował warunki pracy z Australią.

baseny w sydney
opera w sydney
sydney cbd
bondi beach sydney

Nie chcesz przypadkiem przeprowadzić się do Sydney? zapytał mąż.

Ok, powiedziała żona.

Był czerwiec 2018 roku.
Nawet największa podróż zaczyna się od pierwszego kroku. W naszym przypadku – od pierwszego maila.

Gdybym miała napisać poradnik: jak dostać wizę do Australii, to byłby najkrótszy i najmniej praktyczny przewodnik świata. Zaledwie jedno zdanie:

zostań dobrym programistą i pozwól się zrekrutować.

Jeśli nie interesuje Cię klepanie kodu (ja próbowałam i mnie nie interesuje) – nic straconego: wystarczy mieć męża/żonę programistę, którzy pozwolą się zrekrutować.

I tyle. Serio.

To nie Tomasz znalazł pracę w Sydney, to praca w Sydney znalazła Tomasza i spadła nam pod nogi. Też uważam, że to niesprawiedliwe: jedni marzą o Australii i nic z tego, a inni woleliby Kanadę, a zapraszają ich na czerwonym dywanie do Sydney – ale jako główny beneficjent zaistniałej sytuacji, nie będę protestować.

featherdale wildlife park
featherdale wildlife park
featherdale wildlife park

Wiecie, dlaczego zgodziłam się na wyprowadzkę na drugi koniec świata bez mrugnięcia okiem?

Bo pracodawca Tomasza umie w relokację jak nikt inny w świecie. Zanim zdążysz pomyśleć jakiekolwiek ale, Atlassian pomyślał je za Ciebie, wyprowadził kontrę i dołożył bonus.

Razem z pracą w prezencie dla Tomasza znalazły się także:
– wiza do Australii dla partnera: ściślej mówiąc, otwarte pozwolenie na pracę na 4 lata (oboje jesteśmy na Temporary Skill Shortage visa, subclass 482)
– mieszkanie w centrum Sydney na pierwszy miesiąc. Gdyby tylko chciało mi się iść biegać, w 5 minut dobiegłabym do Opery. Jeszcze mi się nie zachciało, ale nadzieja umiera ostatnia.
– bilety lotnicze dla wszystkich relokowanych osób (np. dzieci i żony, jeśli jakieś masz)
– konsultacje podatkowe i pomoc prawną na miejscu
– kontener na swoje rzeczy lub konkretny hajs na urządzenie się na miejscu (wybraliśmy to drugie, czyli skończy się na kupnie materaca z ikei i dodatnim saldzie na subkoncie na podróże)
– zwrot wszystkich kosztów poniesionych za egzamin językowy i dokumenty pobrane z urzędów
– pomoc w znalezieniu mieszkania na miejscu, tj. firma wyszukuje nam lokale, obwozi nas po Sydney, składa oferty i negocjuje cenę. My mamy tylko być. I się zgodzić.
– wiele innych, pomniejszych benefitów typu: zniżki w sklepach, serwis rowerowy za free albo darmowe lunche na 29. piętrze w centrum Sydney. Byłam, jadłam, potwierdzam, mają nawet jogurty kokosowe i tahini bez limitu na osobę.

I to wszystko za cenę jednego roku z Twojego życia (trzeba przepracować rok, żeby nie musieć oddawać kosztów relokacji – a uwierzcie mi, nie są to koszty, które chcielibyśmy ponosić). Pamiętajcie, że Australia AD 2019 to nie jest Australia AD 1788. Nikt tam nie płynie na zesłanie. Rok szybko zleci, a co będzie dalej – czy wrócimy z workami pieniędzy do Polski, czy przepierdolimy wszystko na podróż dookoła świata, tego nie wie nikt.

Serio, ktoś z Was by powiedział nie? Nie wierzę.

Sama przeprowadzka kosztowała nas okrągłe zero złotych, a najtrudniejszy moment przygotowań przeżyłam w trakcie opróżniania kuchni, kiedy na świeżo pomalowane ściany trafiła reprodukcja Pollocka (No 55: powidła śliwkowe i sok z czarnego bzu).

Wyjedź z(a) nami! Wiza do Australii czeka!

Jeśli czyta mnie jakiś dobry programista, który także chciałby przenieść się do Sydney – daj znać, wspólnie weźmiemy udział w programie refer a mate. Hajsem za rekomendację się podzielimy, będą państwo zadowoleni. Piszę serio.


To nie jest post sponsorowany, ale za moją kawę na mieście faktycznie zapłacił Atlassian. Zdrówko!



Pająki (meduzy, dzikie węże, rekiny, kangury) Was tam zjedzą

Gdzie tu haczyk?

Właśnie wygląda na to, że… nigdzie, jeśli zupełnie nie zależy Ci na bliskich.

Długo szukaliśmy dziury w całym i znaleźliśmy dwie. Obie bardzo bolesne:
jest dziura ozonowa, która parę dni temu mocno mi dała (hehe… not) popalić. I dziura w sercu, którą wydłubaliśmy sobie tępą łyżką na własne życzenie.

Wrzesień/Październik 2018: Tomasz oficjalnie podpisuje ofertę i robimy coming out. Wychodzimy z szafy przed rodzicami, pracodawcami i internetami; przyjaciele wiedzieli już wcześniej, a ja dodatkowo, żeby zrzucić z siebie ten ciężar, na prawo i lewo (choć w zaufaniu) opowiadałam o przeprowadzce każdemu, kto chciał słuchać: klientom, dla których robiłam zdjęcia, pracownikom biblioteki osiedlowej (hej, Ula!) i paniom w piekarni pod blokiem. I tu zaczyna się ta trudniejsza część wyprowadzki: akceptacja.

Memy, ciekawostki i najświeższe doniesienia o australijskich pająkach podrzucane mailowo to standard, chociaż zdarzyła mi się też rozmowa z Janiną Daily na messengerze, która próbowała nas odwieźć od tego pomysłu (true story, sprawka bardzo kochanego kolegi z pracy).

Morderczy Kac Vroniecka po bliżej nieokreślonej liczbie szotów też chętnie przeżyłabym jeszcze raz.

Impreza pożegnalna na kartonach (Sobowtór Party) – spoko, mogę wyprawiać co tydzień.

Ale łzy w oczach rodziny i przyjaciół i ta świadomość, że nie mamy bladego pojęcia, kiedy się znowu zobaczymy… nie bardzo. To ja już wolałam sprzątać ujebaną kuchnię.
Do tego dochodzą wszystkie ostatnie razy: ostatnia drożdżówka z kruszonką, ostatni raz otworzyłam szufladę bez sprawdzania, czy na rękę nie wyskoczy mi pająk, ostatni raz tańczyłam przebrana za Marilyn Monroe na wigilii pracowniczej.

Im bliżej godziny zero, tym częściej zdarzyło nam się popłakiwać. Co my najlepszego zrobiliśmy?



















Quo vadis, Nieśmigielska?

Jeśli chodzi o bloga – business as usual, może tylko odrobinę spowolniony, bo jak tu często pisać posty, skoro w tryby maszyny sypie się piasek z niebiańskiej plaży w Bondi?

Nie zamierzam pozwolić, żeby australijskie tematy weszły na głowę pozostałym kwestiom, ale na pewno Australia będzie się pojawiać na blogu na równych prawach i obowiązkach, zwłaszcza że codziennie robię dużo zdjęć (takie tam australijskie: plaże, kangury, opery; czekam aż mi przejdzie) i póki co nie mam pomysłów na ich utylizację.

Jeśli masz jakieś pytania odnoście naszej przeprowadzi – pytaj. Na jak długo wyjeżdżamy? Co ja tam będę robić? Co, źle nam było w Polsce? Co zrobiliście z kotem? Czy widzieliście już jakiegoś pająka, albo czy pająki widziały Was?
Z zebranych pytań przygotuję FAQ. Ze zredagowanych odpowiedzi przygotuję wpis.

Jeśli chodzi o social media – z facebooka środek ciężkości przenosi się na instagrama i instagram stories.
Polub już dziś, a kto wie – może jutro wrzucę filmik, na którym głaszczę kangura, albo przytulam koalę? Nigdy nie wiesz, dlatego warto zaryzykować. Kliknij ten follow!

Wreszcie, jeśli interesują Cię newsy zza kulis, cenisz sobie dobre suchary i nie jesteś jeszcze zapisany do mojego newslettera – kliknij mnie w nos (poniżej) i czekaj na swój pierwszy numer NÓWKI SZTUKI NIEŚNIGIELSKIEJ. Nowy materiał co 6 tygodni (chociaż przyznaję, że czasami ukazuje się z poślizgiem).