Sydney – super czy ssie? Wystawiamy ocenę po okresie próbnym.

Wczoraj minął miesiąc, odkąd przeprowadziliśmy się do Sydney.

Jeszcze nie wiem, kim tutaj jestem. Już nie turystą (o ile mi wiadomo turyści nie miewają karty bibliotecznej i nie chodzą na rozmowy kwalifikacyjne), ale chociaż z przyzwyczajenia wybieram lewą stronę chodnika i zamawiam flat white na jednym wdechu, to do lokalsa mi jeszcze daleko. O całe życie za daleko.

W skali życia miesiąc mieszkania w obcym kraju to nic. W skali dotychczasowych doświadczeń to najwięcej, ile udało nam się zebrać = wystarczająco dużo, żeby wystąpić w roli dwuosobowego trybunału blogerskiego. W sprawie Sydney versus Nieśmigielska i #tutomasz: HIT CZY KIT, stosunkiem głosów 2:0 orzekamy:

HIT.

Sydney jest jak Nowy Jork 2.0. Z lepszą pogodą, w lepszej lokalizacji, na ekosterydach i z surferami na wolnym wybiegu.

Ale pierwsze wrażenie, do czego przyznałam się Tomaszowi dopiero niedawno, było gorzej niż złe. Teraz wiem, że po prostu idąc na spacer skręciliśmy w złą uliczkę, ale pierwszego wieczoru zasypiałam z myślą: o nie, tu jest gorzej niż w Vancouver. Jak żyć? Jak przeżyć rok?

Na szczęście pierwsze wrażenie minęło drugiego dnia, a miesiąc miodowy trwa do dziś.

Koniec okresu próbnego to dobry czas na podsumowania. Zapraszam więc na podsumowanie życia jak w Australii. Co nas zaskoczyło, co nas zachwyciło, co się w nas zmieniło. Z czego będziemy się śmiać za 3 miesiące, a czego będzie nam brakowało po powrocie.

O tym, skąd my się w ogóle tu wzięliśmy (odpowiedź brzmi: z przypadku), przeczytaj w poprzednim wpisie: U nas w Sydneyu. Jak to się stało, że wyprowadziliśmy się do Australii, chociaż nie mieliśmy tego w planach?

opera w syndey

Disclaimer: są pytania, będą odpowiedzi

Cała ja: mówię jedno, robię drugie. Obiecałam, że na każde Wasze pytanie znajdzie się odpowiedź na łamach boga, ale plany są od tego, żeby ewoluowały – z korzyścią dla blogera i z radością dla czytelnika.

Najczęściej chciecie wiedzieć:
która jest u nas godzina (jest 10 godzin później niż u Was, znam numery dzisiejszego losowania w totolotka)
czy widzieliśmy już jakieś pająki (TAK)
nie mamy problemu, żeby się dogadać? (NIE)
jak się pracuje Tomaszowi? (OK)
– i najczęściej powtarzane: co Ty, Ela, będziesz tam robić?

No właśnie.

Pomyślałam, że wstrzymam konie do momentu, w którym będę wiedziała, na czym stoję zawodowo. Jeśli na ledwo 11 wysłanych CV otrzymałam 4 odpowiedzi i miałam dwie rozmowy kwalifikacyjne, to albo na rynku pracy w Sydney bieda aż piszczy, albo robię szukanie pracy dobrze i mój wachlarz możliwości nie rozciąga się od: na zmywaku, do: za kasą w McDonaldzie.
Nie chcę zapeszać, ale prawdopodobnie nie skończę jako trailing spouse kombinująca, jak najszybciej zajść w ciążę, żeby pozbyć się wyrzutów sumienia, że nic nie robię, ale jeść i pić to bym chciała. Trzymajcie kciuki, bo sytuacja jest rozwojowa.

Przypominam, że promka na pójście w nasze ślady trwa! Tomasz serio może polecać ziomków z Polski do pracy w Atlssianie, a Wy serio możecie się tu przeprowadzić z rodziną jako i my się przeprowadziliśmy.



bronte beach
centrum sydney

Co się w nas zmieniło: podejście do jedzenia

W mieście 1000 i jednej galerii handlowej ciężko jest traktować jedzenie jak nabożeństwo, a zaczyna się je traktować jak… jedzenie.
Może to skrzywienie wynikające z mieszkania w Central Business Disctrict, ale o ile w Polsce taki ramen jest otoczony nimbem świętości, a do najlepszych miejscówek podających najbardziej aromatyczny bulion w najbardziej bambusowych miseczkach trzeba czekać na wolne miejsce razem z psami na chodniku, o tyle tutaj ramen/laksa/sushi/burgery/poke bowl to tylko jedna z milion opcji na lunch. Dzisiaj idziesz tu, jutro idziesz tam.

Nieograniczone możliwości wyboru przytłoczyły mnie na tyle, że przestałam zwracać uwagę na to, co i gdzie jem, bo wszystko mi smakuje. Jak chcę oszczędzić, to wpraszam się do Tomka do pracy na darmowy lunch, ewentualnie półka z przecenionymi produktami w supermarkecie jest moja. Jak chcemy zjeść pad thaia, to szukamy najbliższej tajskiej knajpy w okolicy. Jak chcę dobrą kawę, to idę do jakiejkolwiek kawiarni bo wiem, że w nawet najmniej budzącym zaufanie miejscu dostanę coś 7/10 i wyżej.

Ja po prostu nie wierzę, że w takim miejscu jak Sydney, da się wskazać najlepszy (wstaw nazwę dania) na mieście. Słowem: nasze podejście do jedzenia można określić jako Joy of Missing Out. I dobrze, jeden problem pierwszego świata z głowy mniej.

Ale i tak najlepszą piekarnię na mieście naprawdę mam niedaleko domu.

PS: Powyższe napisałam, zanim trafiłam do Newtown, więc możliwe, że jeszcze odszczekam swoje słowa. Z przyczyn oczywistych nie mam także żadnych zdjęć jedzenia, chyba że kogoś naprawdę interesują przecenione rolki sushi z tutejszego odowiednika Żabki? Wyglądają tak samo jak przecenione rolki sushi z prawdziwej Żabki.

Po miesiącu mam 0 zdjęć jedzenia i milion zdjęć z plaży. Krakowskim targiem wezmę te drugie, podzielę je na pół i zamieszczę tutaj. Wspólny mianownik: smażona karkówka.








Co nas zachwyciło: wszystkie ptaki Sydney

Przed wyjazdem przeczytałam na czyimś blogu takie zdanie: odkąd mieszkam w Australii, nie wyobrażam sobie papugi w klatce.

Amen, siostro. Albo bracie.
Miejsce papug jest na drzewach. Przy stolikach kawiarnianych. Na gałęzi drzewa w parku.

Generalnie spacer po Sydney jest jak spacer po ptaszarni w ZOO.

Jak zobaczyć tęczową papugę albo przedstawiciela rodziny kakaduowatych w 3 prostych krokach?
1. Zatrzymaj się.
2. Skup wzrok na najbliższym drzewie.
3. Poczekaj chwilę.

Kolorowe papużki to jedno, istnieje też ciemna strona ptasiego towarzystwa. Smutny los spotkał Ibisa białego: w Polsce podziwialibyście go w ZOO (jaki majestatyczny!, krzyczałyby Wasze dzieci), na ulicach Sydney ibis wiedzie smutny – za to syty – żywot pariasa. Ibisy tworzą najniższą kastę ptasiego społeczeństwa, niższą nawet niż u nas gołębie (w Australii też są gołębie, jakby co…).
Z wyglądu i zachowania, mimo całego swojego serca na dłoni, przyznaję: ibisy są żulerią wśród miejskich ptaków. Wyglądają na dawno niekąpane i najczęściej przebywają w okolicy koszy na śmieci. Albo inaczej: gdzie śmieci, tam i one. Tutaj nikt nie mówi o nich per szanowny Threskiornis molucca. Tutaj wszyscy mówią o nich bin chickens.

Ale i tak największy (dosłownie) hit, to nietoperze. Są wielkie jak małpy i dopóki nie sprawdzisz w wikipedii, że żywią się głównie owocami, nie chciałbyś ich spotkać w ciemnej uliczce. Te piski, które słychać po zmroku na ulicach Sydney? To nie są napastowane kobiety, wołające o pomoc. To gigantyczne nietoperze. Co za ulga.











Co mnie zaskoczyło: miejska dżungla

Już wiem, skąd się wzięło określenie miejska dżungla – stąd!

W Sydney pyszne okazy monstery deliciosy plenią się w pierwszym lepszym parku, palmy rosną w ogródkach zamiast ogórków i jeszcze nigdy w życiu wizyta w żadnym miejskim ogrodzie botanicznym mnie tak nie zachwyciła. Wizyta w żadnym ogrodzie botanicznym mnie nie zachwyciła. Wizyty w ogrodach botanicznych to coś, co robimy jak skończą nam się inne pinezki na mapie. W Sydney to przyjemność i obowiązek: szklane wieżowce z widokiem na palmy? Raczej palmy z widokiem na szklane wieżowce.

Powyższe może (ale nie musi) mieć coś wspólnego z faktem, że ostatnio wydaję wszystkie pieniądze na kwiatki, ziemię i doniczki.

PS: czysto teoretycznie pytam, w imieniu koleżanki oczywiście, czy jeśli wzięłaby sobie jednego listka monstery z miejsca publicznego, to byłaby złodziejem? Tutaj rośnie tego tyle, że gdyby każdy Sydneysider wziął po liściu… to i tak nie byłoby widać ubytku.











wendy's secret garden sydney

Co mnie zahipnotyzowało: Sydney Opera House

Opera to była pierwsza rzecz, którą zobaczyliśmy w Sydney. Miłość od pierwszego wejrzenia (a było to wejrzenie od razu z wysokiego C, bo o złotej godzinie).

Wiedziałam, że nasze słodkie rendezvous miało wyznaczoną datę ważności i że gdziekolwiek będziemy mieszkać po wyprowadzeniu się z hotelu, na pewno nie będzie to 10 minut spacerkiem od opery – dlatego w samym tylko styczniu byłam tam ponad 25 razy. Ostatnio przedwczoraj.
Byłam o wschodzie słońca i o zachodzie słońca. Przed południem, w południe, po południu. Przed obiadem, po obiedzie. Z lewej, z prawej. Z tej i z drugiej strony zatoki. Mogłabym napisać posta o punktach widokowych na Operę. Książka o budowaniu Opery w Sydney jest jedną z pierwszych, jakie wypożyczyłam z miejskiej biblioteki. Nie znam jeszcze wszystkich twarzy Opery w Sydney, ale chyba mogę bezpiecznie założyć, że jeśli chodzi o zewnętrze – poznałam większość.

A poniewa tak się szczęśliwie składa, że Opera służy nie tylko jako obrazek do uwieczniania na pocztówkach, ale jako prawdziwa opera, teatr i sala koncertowa w jednym, tylko czekam aż znajdzie się wydarzenie niedrogie, nienudne, lecz w sam raz – by kupić bilet i obczaić ją od środka!


sydney opera








Co mnie zasmuciło: cena wydarzeń kulturalnych

Gdyby traktować dolara australijskiego jak złotówkę, piłabym tutaj dużą kawę na mieście za 4 zł, jadłabym lunch za 12 (in your face, Warszawo!) i tylko za dwie rzeczy bym przepłacała: mieszkanie i kulturę.

Staram się czerpać pełnym garściami z tego co darmowe, ale wydaje mi się, że tutaj więcej wydarzeń jest biletowanych (niż chociażby w Poznaniu), a wstęp do dowolnej instytucji kulturalnej na wystawę czasową (jedną, drugą, trzecią) = często przynajmniej 24 dolary. Darmowe kino letnie to rzadkość, a jeśli już, to specjalnie odbywa się gdzieś na drugim końcu świata. Muzea są w większości płatne, przeważnie pierdnaście dolarów za wejście.
Wiadomo, że trzeba mieć priorytety i kawa nigdy nie powinna być ważniejsza niż kultura, ale jeśli mogę mieć ciastko (kawę) i zjeść ciastko (kulturę), to raczej wybiorę darmowe wydarzenie – i pójdę na nie z kawą w ręku.

Ale biletu na koncert Arctic Monkeys za miesiąc sobie nie odmówiłam.














Co mi opaliło nogi po raz pierwszy od 18-stu lat: słońce na wszystkich plażach Sydney

Na plaży jednak fajnie jest. Pod warunkiem, że to któraś z plaż w Sydney. Jeśli nawet taka przeciwniczka smażonej karkówki nosi w plecaku kostium kąpielowy marki Billabong (duh) (w razie gdyby nagle okazał się potrzebny), to znaczy, że plaże w Sydney naprawdę zasługują na swoją instarenomę.

Spacerowy klasyk z Bondi do Coogee zrobiłam już dwa razy i zrobię jeszcze nie raz. Na Maroubrę pedałowałam 10 km w jedną stronę, bo czemu nie, na udar się nie umiera.
Na Manly przymierzamy się do snorkellingu (postanowione: luty miesiącem snorklowania!).
Plaż Ci w Sydney dostatek, ale pójścia na kolejną nigdy nie odmówię.

Gdybym miała wskazać tę jedną jedyną, powiedziałabym, że warto iść z mainstreamem, żeby trafić na Bondi, gdzie piasek jest biały aż miło, a woda – turkusowa jak z próbnika kolorów. Jak hodować czerniaka, to tylko tam.

Dla takich maminsynków, którzy wodę lubią, ale do momentu, w którym tracą grunt pod nogami, wymyślono tzw. rock pools, baseny na plażach. Jedyny problem polega na tym, że woda w takim basenie nie jest ogrzewana (duh). A woda nieogrzewana = woda zbyt zimna, żebym mogła się wykąpać. Ale nogi dla ochłody moczę chętnie, a że przy okazji mam wolne ręcę do robienia zdjęć… plaża to najlepsze miejsce na street photo. Lepsze nawet niż ulica.



















W co nie możemy uwierzyć: że w XXI wieku internet może być tak wolny

Tak jest, przez pierwszy miesiąc wycierałam krzesła w publicznych bibliotekach nie tylko, żeby nie siedzieć w hotelu i udawać, że mam życie, muszę być w miejscach i spotykać ludzi.

Australio, masz tyle światła i wody, a nie możesz dodać 2 do 2.

Co nas zszokowało: kultura antyrowerowa

Ok, więc Sydney to nie Amsterdam – rozumiem, wiedziałam na co się piszę. Ale Sydney to nie jest nawet Radom ścieżek rowerowych.

Bardzo serio zapowiadaliśmy, że pierwszy sklep, jaki odwiedzimy w Sydney, to będzie sklep rowerowy. Po latach rowerowania w Poznaniu nie było opcji, żeby grzecznie co rano wsiadać tak po prostu, jak tysiące ludzi, do transportu publicznego i dać się wozić z punktu dom do punktu praca. Wozić się to my, ale nie nas. Kupno auta też mija się póki co z celem, skoro utrzymanie samochodu jest drogie, a auta na godziny tanie.

Więc rower.
Przylecieliśmy do Australii w piątek wieczorem, w niedzielę w południe do domu wracaliśmy każdy na swoich dwóch kółkach.

Bardzo szybko wyszło rowerowe szydło z worka: ktokolwiek projektował ścieżki rowerowe w centum Sydney, albo został odwołany ze stanowiska w połowie pracy, albo tak zwyczajnie, po ludzku, nienawidził rowerzystów.

Jeśli już jesteś na dobrej drodze rowerowej, może mieć pewność że:
– za chwilę się skończy i znajdzie kilka ulic dalej (ale tylko prawoskręt)
– jeśli jednak nie, to znaczy, że czeka Cię czerwona fala na 10-ciu najbliższych skrzyżowaniach
– kierowcy będą na Ciebie trąbić, jakby dostawali za to punkty na kartę Biedronki
– radość ze zjazdu z nawet najwyższej górki (na którą, uwaga, trzeba wjechać) popsuje Ci nawierzchnia pełna dziur i wybojów.

Dodajmy debilny obowiązek noszenia kasku* i fakt, że Sydney jest miejscami strome jak podejście na Śnieżkę przez Słoneczniki. Nie ma lekko, a mimo to – jeździ się. Rower, honor, obczyzna. Wozić się to my, ale nie nas. No chyba że promem w niedzielę (wtedy za transport płaci się 2,70 AUD dziennie i ani centa więcej).

*dlaczego debilny?

Badania wykazują, że kask chroni tylko w przypadku lżejszych urazów, a i to w sprzyjających okolicznościach, a czynnikiem _naprawdę_ zwiększającym bezpieczeństwo rowerzystow jest…

Duża ilość rowerzystów na drogach!

Których odstrasza m.in. debilny obowiązek noszenia kasku.

W czym się zakochaliśmy: w uprzejmości na co dzień

Kiedyś miałam ból dupy o sztuczne how are you, teraz już wiem, że tak najlepiej zacząć rozmowę z drugim człowiekiem. Na 100% największy ból dupy po powrocie do kraju będziemy mieć właśnie o chamstwo nasze narodowe.

Jeśli taka jestem mądra, to może zacznę od siebie?
Problem w tym, że zaczęłam od siebie. Zawsze w Polsce mówiłam dzień dobry, dziękuję, przepraszam, do widzenia. Zawsze się uśmiechałam, wchodząc do sklepu. Życzyłam miłego dnia kasjerkom w dyskontach i puszczałam oczka do dzieci, żeby je rozbawić. I zawsze czułam się jak wyjątek od bardzo ponurej reguły.

Życie w Australii jest po prostu prostsze. Słońce świeci, kawa pyszna, ludzie pracujący na stanowiskach, na których mają za zadanie Ci pomóc – po prostu to robią. Można? Można.



Z czym mamy problem natury etycznej: z historią Australii

Gdyby opisać relację między ludnością rdzenną a napływowymi Australijczykami na fejsuniu, trzeba by kliknąć: to skomplikowane.

Z jednej strony faktem jest, że przybycie Brytyjczyków = wejście białasów jak do siebie, zagarnięcie ziemi jak swojej i początek końca dużej części miejscowej ludności.
Z drugiej strony mamy rok 2019, a dzieci nie odpowiadają za grzechy swoich rodziców.
Z trzeciej strony dyskryminacja Aborygenów na ich własnej ziemi jest faktem. Co z tego, że na stronie internetowej każdej insytucji kulturalnej jest oświadczenie (przyjmujemy do wiadomości, że ziemia taka-a-taka należy do klanu takiego-a-takiego), skoro – jeśli już przy symbolach jesteśmy – flaga Aborygenów na Harbour Bridge pojawia się tylko na 1 dzień w roku? Tam jest miejsce na dwie flagi.
Z czwartej strony my też przyjechaliśmy tu korzystać z dorobku kraju, który zbudowali potomkowie Brytyjczyków z punktu pierwszego.

I tak dalej.

Mówiłam, że to skomplikowane. Jedni tutaj obchodzą Australia Day, inni Invasion Day. My zamykamy buzie na kłódki i cieszymy z długiego weekendu.
Jeszcze się nie znam, więc się nie wypowiem. Może kiedyś.









Co nam najbardziej przeszkadza?

Że wiecznie jestem spocona i lepię się od kremu z filtrem. W tej chwili moim największym marzeniem jest wyjść na ulicę bez stanika pod bluzką tak żeby nikt nie gapił mi się na cycki.

Z drugiej strony na pytanie: czego się najbardziej boimy? odpowiedź brzmi: zimy. Nie chce mi się wierzyć, że przy 16-stu stopniach można nieźle przemarznąć, skoro zdarzało nam się budzić w aucie przy minusowych temperaturach, ale jeśli mówią nam to wszyscy (oprócz agentki, która ogarniała nam mieszkanie, przypadek?), to wiemy, że coś tu w lipcu się dzieje.
Pożyjemy, zobaczymy. Ale czy przeżyjemy?






Co jest w Sydney najlepsze?

Że lista miejsc do odwiedzenia się nie kończy – ona rośnie przez pączkowanie. Calutki styczeń wydeptywałam i wyciskałam na rowerze w pocie czoła kilometry, a mimo to mam wrażenie, że poznałam może 1/512 miasta. W samym tylko Sydney i okolicach znajduje się 50 parków narodowych. Dla porównania: w Polsce parki narodowe są 23. Tyle co dwadzieścia dodać trzy.

Wreszcie poznaliśmy tę słodką różnicę między zwiedzaniem, a zamieszkaniem. Teraz już wiem, jak bardzo niesprawiedliwie potraktowałam niektóre miasta, tylko dlatego, że nie oczarowały mnie w 48 godzin. Przepraszam, Vancouver. Naprawdę bardzo mi przykro, Portland. Co nie zmienia faktu, że nawet gdyby było mi dane 365 dni w Nowym Jorku, nadal Sydney będę uważać za jego ulepszoną wersję.