Żenada bez żenady czyli 30 faktów na 30. urodziny

Ludzie dzielą się na dwie grupy: tych, którzy czytają takie posty i tych, którzy nimi gardzą.

Jako osoba, która raz dorwawszy wątek “napisz 5 faktów o sobie” na forum gazety.pl nie spoczęła, dopóki nie zarwała nocy i nie przeczytała wszystkich kilku tysięcy wpisów – uważam, że mam pełne prawo zrobić sobie prezent na 30. urodziny i napisać na własnym blogu coś innego niż podróże, podróże, blabla, podróże.

Tak jest, moje guilty pleasure własnie pcha się na światło dzienne: oto 30 rzeczy, których o mnie nie wiecie. Albo wiecie, ale mieliście na tyle dużo przyzwoitości, żeby trzymać je w tajemnicy. Już nie musicie.

Wpis zawiera ekskluzywne, nie publikowane wcześniej zdjęcia, a także sporo żenady bez żenady. Każda blogerka ma takiego Pudelka na jakiego zasługuje.

1. Przez 3 lata występowałam w teatrzyku kościelnym.

Tak jest, w pewnym momencie moje życie kręciło się wokół przykościelnej świetlicy, prób 2x w tygodniu i występów 1x w miesiącu (występowaliśmy w ramach kazania na mszach dla dzieci), a na pytanie: co robiłaś, kiedy dowiedziałaś się o zamachach 11 września 2001? mogę odpowiedzieć: akurat wróciłam z wtorkowej próby z kościoła.
Co więcej, jeździliśmy na przeglądy teatralne, warsztaty i do 12. roku życia byłam pewna, że z tego wszystkiego na pewno zostanę aktorką.

Wiarę w Boga odrzuciłam w okolicach matury, tak po prostu. Zaczęłam myśleć, przestałam wierzyć i postanowiłam zaczekać i zobaczyć, co się stanie.
I wiecie co? Nic się nie stało (nawet po dokonaniu apostazji)!

2. Od końca liceum farbuję włosy na blond


I ani razu nie zrobiłam tego u fryzjera.

I fajnie. Problem w tym, że domowymi sposobami nie da się osiągnąć blondu bez efektu ubocznego. A imię jego: miedziany blask jajecznicy. Brzmi tak samo niesmacznie jak wygląda.


3. Przez kilka lat codziennie jadłam na śniadanie drożdżówkę z kruszonką – zawsze taką samą.

Wiosna, lato, jesień, zima – wstaję o 5:37, o 6:00 wchodzę do piekarni, punkt 6:15 przy stole zaczynam misterium obgryzania kruszonki.
W niedzielę pieką tylko chleb? Jutro Sylwester, więc będą tylko pączki? Dzień wcześniej Nieśmigielska kupuje drugą drożdżówkę na zapas.

Moja drożdzówka była dla mnie tak ważną częścią poranka, że dostałam histerii, kiedy w dniu obrony pracy magisterskiej sprzedawczyni pomyliła się i spakowała mi drożdżówkę Z SEREM, a ja pomyłkę odkryłam dopiero w domu.

Z serem! Przecież to zupełnie inny wymiar smaku i metodologia jedzenia!
Magisterkę może i obroniłam, ale trauma została do dziś.

4. Nie umiem porównać wagi dwóch przedmiotów trzymając je w rękach.

To znaczy, jak dostanę do potrzymania roczne dziecko i kubek kawy to sobie poradzę, ale już dajcie mi do ręki dwa różne smartfony, dwie puste szklanki, dwie podobnej wielkości książki… i sięgajcie po popcorn.

5. Mam dwoje rodzeństwa, ale jestem trochę jak jedynaczka.

Różnica wieku między nami to 15 i 13 lat. Różnica między mną a dziećmi mojego rodzeństwa to: 10, 12, 15 i 16 lat.
Kochacie swoje dzieci? Nie fundujcie ich sobie po kilkunastu latach przerwy – przez brak rówieśników zawsze odczuwałam samotność w rodzinie.

Na pierwszym zdjęciu idziemy z siostrą na Sarnią Skałę, na drugim zdjęciu siedzimy z bratem na Sarniej Skale. Sierpień 1998.


6. Pierwsze wyróżnienie w konkursie fotograficznym zdobyłam w 3 klasie liceum.

Nie żeby momentów chwały w moim życiu było nie wiadomo jak wiele, ale po raz pierwszy udało mi się zawisnąć na wystawie pokonkursowej w Kinotece w Pałacu Kultury. Dostałam też zaproszenie na premierę filmu “Motyl i Skafander”. Się żyło!


7. Kiedyś byłam pewna, że operacja plastyczna nosa to tylko kwestia czasu (i hajsu).

Duży nos (wielka kichawa) to był mój kompleks od dzieciństwa, utrwalany regularnie rodzinnymi żartami. Kiedy w połowie lat dwudziestych doszło u mnie do klasycznego wylaszczenia (patrz punkt 8.), zaczęłam czuć się ze sobą na tyle dobrze, że zapomniałam o kompleksach. Tak, można mnie fotografować z profilu i nawet nie każę Wam usunąć zdjęcia.

Teraz zamiast dużego nosa mam duże uda, ale na to już operacji nie robią…

8. Na studiach udało mi się schudnąć 13 kilo (i potem nigdy już tej sztuczki nie powtórzyłam).

Jak zeszłam z rozmiaru 38/40 do 34/36? Całkiem prosto: ruch i zmiana nawyków żywieniowych. Dzisiaj, kiedy robię to samo i nie działa, myślę że w grę wchodziła także dobra przemiana materii.
Najmniej ważyłam 50 kg – wyglądałam wtedy jak osoba na skraju anoreksji, zdarzyło mi się prawie zasłabnąć na uczelni, liczyłam każde ziarnko ryżu na obiad, a bilans dzienny zamykałam niekiedy w 900 kcal.
7 lat później może i ważę kilka kilogramów więcej, ale za to jem pizzę, kiedy chcę zjeść pizzę. I, co ciekawe, może nóżki i rączki mam jakby mniej chude, ale rozmiar ubrań noszę ten sam.

Aha – w fazę drożdżówkową wpadłam już po schudnięciu!






9. Jestem magistrem historii ze specjalnością archiwistyka i zarządzanie dokumentacją

i mimo że przez większość studiów otrzymywałam stypendium naukowe – uważam ten czas za zmarnowany (a już na pewno w żadnym razie nie wspominam studiów jako “najfajniejszych lat w życiu, co już nigdy nie wrócą [*])”.
Wieszać psy mogę przede wszystkim na sobie, bo nie miałam odwagi studiów rzucić/zmienić, ale trzeba przyznać, że spełniły swoją podstawową rolę: dały mi pracę w zawodzie. Inna sprawa, że to nie była praca marzeń, o czym zorientowałam się po 7-miu latach przepracowanych w urzędzie.

Studiowanie historii doceniam jednak za naukę krytycznego myślenia i za to, że na krótki czas (okres półtrwania wiedzy ze studiów wynosił jeden semestr) dawały mi poczucie, że rozumiem dlaczego dzisiaj świat jest taki, jaki jest.

9b. Przez 1 dzień studiowałam też filologię nowogrecką.
Po co? Bo mogłam. Dlatego uważam, że pomysł opłaty za drugi kierunek studiów nie był tak zupełnie od czapy.

10. Chciałam studiować fotografię, ale stchórzyłam.

Pół mojego życia to historia o tym, jak z czegoś zrezygnowałam ze strachu.
Na wiosnę 2008 już witałam się z gąską, już pakowałam zdjęcia do teczki na ASP, po czym zdałam sobie sprawę, że moi rodzice w życiu nie zapłacą tyle pieniędzy za studia zaoczne na fotografii (o dziennych nie marzyłam, na ASP w Poznaniu przyjmowali mniej niż 10 osób), nie mówiąc o materiałach i utrzymaniu się w innym mieście, a panicznie bałam się iść do pracy, bo uważałam, że do niczego się w życiu nie nadaję.

Dzisiaj nie żałuję, bo wiem, że fotografia kreacyjna to nie byłaby moja bajka, a to, co mnie interesuje, mogę doskonalić na własną rękę (jeszcze, żeby mi się tak chciało, jak mi się nie chce).





11. Kiedyś nie lubiłam jeść bardzo wielu bardzo konkretnych rzeczy.

Jedzenie jako czynność uwielbiałam, ale pod warunkiem, że składowe posiłku dobrano z bardzo wąskiego repertuaru smaków.

Nie jadłam ryżu, ananasów, żółtego sera, pleśniowego sera, białego sera, kalafiora, bobu, cukinii, groszku, marchewki z groszkiem, pasztetu. Z mięs – tylko pierś z kurczaka, z warzyw – tylko ziemniaki i pomidorowa. Musztarda to trucizna, a już nie daj boże majonez, ten był najgorszy!
Największy koszmar to śniadanie wielkanocne i zimne jajko ze święconki w gęstym sosie z łez i smarków.

Pierwszy raz z własnej woli jajko na twardo zjadłam na Sri Lance w 2013 roku. Miałam 24 lata.

12. Z serii Kronika wypadków domowych: raz utknęła mi noga w zjeżdżalni.

Konkretnie pomiędza blachą do zjeżdżania, a poręczą do trzymania.
Ratowała mnie straż pożarna w asyście 20 000 gapiów, czyli całego miasteczka, w którym mieszkała moja babcia.

Nic dziwnego, że obecnie wszystkie zjeżdżalnie wyglądają tak. Możecie mi podziękować.

13. Jestem przykładem dziecka, któremu nie powinno się kupować zwierzaka – nawet jeśli bardzo, bardzo o niego prosi.

Po prawdzie nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek “bardzo chciała pieska”, ale faktem jest, że pieska dostałam na 8. urodziny i naprawdę lubiłam z nim wychodzić – ale tylko dopóki nie przestał być szczeniaczkiem. Przez pozostałe 13 lat wyprowadzał go mój tata.

14. Jestem bardzo słaba w gry komputerowe…

Nie wiem, co robiłam przed komputerem zanim miałam internet (rysowałam w paincie?), ale w gry grałam bardzo rzadko, a jeśli już – to z wielkimi problemami. Jak już uporałam się z meczem quidditcha, to pokonywał mnie troll w bibliotece.
Aha, wiecie, że nigdy nie grałam w Simsy?

Gry, w których miałam jaką taką szansę to: saper, pasjans i pasjans pająk.

15. … i nigdy nie przeszłam 4. poziomu w Królu Lwie :(

Tak samo jak drugiego w Aladdynie i ósmego w Księdze Dżungli.

16. Przez całe gimnazjum pisałam pamiętniki, ale ślad po większości zaginął.

I trochę nie chciałabym, żeby się odnalazł.

Nie, że pisałam symboliczną stronę na dzień. Ze swoimi dramatami jechałam na pełnej – jeśli wieczorem napisałam mniej niż kilkanaście stron, to znaczy, że dzień był dobry i nie było o czym wspominać. Wierzcie lub nie, ale poza nastoletnią autoterapią celem było też: aby pisało się lepiej.
Ergo: piszcie pamiętniki, może zostaniecie drugą Nieśmigielską.

17. Tomasz to mój pierwszy prawdziwy chłopak.

Nie liczę trzymania kolegów z podstawówki za rękę i całowania się po pijaku kilka lat później. To nie była prawdziwa miłość.








18. Współprowadziłam bloga z ocenami.

Pamiętacie blogi, ale czy pamiętacie blogi oceniające inne blogi? W pewnym momencie stwierdziłam, że zęby zjadłam na tej całej blogosferze, a moje piętnaście lat na karku wystarczy, żebym mogła oceniać innych – zazwyczaj niepochlebnie i patrząc na nich z góry. Mam nadzieję, że nikomu, kto zgłosił się na hardkorowe-oceny.blog.pl nie złamałam życia!

19. W gimnazjum byłam brudasem – ale nieortodoksyjnym.

Raczej Smashing Pumpkins i Marilyn Manson niż Slipnkot i Cannibal Corpse. A wszystko zaczęło się od Nirvany, wiadomo.

20. Nigdy nie chciałam mieć tatuażu.

No to go sobie zrobiłam.

21. Zarabiałam 5 zł brutto na godzinę.

To nie wszystko: zarabiałam 5 zł brutto na godzinę, dzień w dzień numerując strony w piwnicy urzedu stanu cywilnego. Przez 3 miesiące, a potem przez kolejne 3.
Takie były oficjalne stawki na stażu studenckim w urzędzie miasta Poznania w latach 2010-2011. Ja pierdolę.


22. Przez rok byłam harcerką, ale nie dostałam nawet munduru :(

Nie byłam też na obozie harcerskim. Jeśli nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodziło o pieniądze.

23. Nienawidzę, kiedy ktoś miętoli mi uszy (ani nawet kiedy miętoli swoje patrząc na mnie wyzywająco).

Dla mnie to odpowiednik łaskotek 10. stopnia.

24. Unikam odpowiedzialności jak ognia.

Dlatego nigdy nie rzuciłam się na główkę w działalność fotograficzną, nie zapisałam na żadne koło naukowe na studiach (bo trzeba by było przygotowywać referaty), nie spróbowałam zawalczyć o studiowanie fotografii. Jeśli nie jestem pod ścianą, wolę jak robota przychodzi do mnie sama, zamiast aktywnie jej szukać. Dlatego (ale też z innych, światopoglądowych, powodów) nie przyjmuję współprac blogowych i nigdy nie zrobię wielkiej kariery zawodowej.

25. O mały włos nie zostałam szafiarką.

Na studiach nosiłam się bardzo strojnie: żaboty, kaszkiety, falbany, plisy, kolory. Jeśli wyszłam na uczelnię w dżinsach i płaskich butach, to znaczy, że IOIO, ambulans, miałam przynajmniej 38 stopni gorączki. Na wydziale historii nie było za bardzo sponad kogo się wybijać wyglądem, więc nie miałam konkurencji i czułam się trochę jak rajski ptak – chociaż całkiem możliwe, że byłam po prostu odjebana jak stróż w boże ciało.




26. Prawo jazdy robiłam dwa razy.

Najpierw po osiemnastce – pomysł o tyle poroniony, że na jeździe samochodem znałam się tak samo, jak na dojeniu krów. Nic dziwnego, że dwa razy nie zdałam, a opowieści o tym jak uderzyłam w autobus (nieprawda!) do dzisiaj krążą w pewnych kręgach. Drugie podejście zrobiłam jako dorosły człowiek i spełniony rowerzysta miejski i zdałam za pierwszym razem. In your face, wszyscy!

27. Zdjęcia robię od liceum.

A jeśli kogoś naprawdę interesuje, jak wyglądały moje najpierwsze kroki, może zajrzeć na fotobloga, którego prowadziliśmy we trójkę: kolega, Tomasz (Made in China) i ja (netweight; nick pożyczony z papierka po batoniku).

28. Jestem beznadziejna w dbaniu o siebie.

Wklepywanie balsamów, maseczki, kremy na noc, olejowanie, kosmetyczka, wcierki i paznokcie? Lol, odżywka na włosy i mycie zębów to moje maksimum – i dlatego wyglądam, jak wyglądam.

29. Uwielbiam czytać swojego bloga.

Czasami odpalam go sobie przed snem i czytam randomowe wpisy przez godzinę lub dłużej, zawsze chichrając się z własnych sucharów.

30. Nigdy nie mówcie do mnie “Elka”.

Ela, Elżbieta, Eluszka wystarczą.