Średni wiek podróżowania. Co się zmieniło w naszym podejściu do podróży na przykładzie Nowej Zelandii.

Kiedy tanie bilety na Islandię Cię nie jarają, bo poleciałeś tam, zanim to było modne (i tanie…).
Kiedy odpuszczasz kolejny punkt widokowy, bo “lepszy widziałeś w Indonezji”.
Kiedy na bookingu nawet nie spojrzysz na pokój bez łazienki.
Wreszcie, kiedy zastanawiasz się na kupnem walizki – wiedz, że wkroczyłeś w wiek średni podróżowania. Ścieżka, z której prawdopodobnie nie ma odwrotu. Za zakrętem czeka już tylko rejs na Antarktydę z innymi niemieckimi emerytami, pięciogwiazdkowy kamper i śmierć.

Dzisiaj o tym, co się zmieniło w naszym podejściu do podróżowania odkąd po raz pierwszy wylądowaliśmy na lotnisku Londyn-Stansted, dokładnie 8 lat, 39 krajów i 133 loty temu.
Patrzcie, młodzi, co Was czeka.

Jako pretekst występuje powrót do Nowej Zelandii. Powrót – czyli coś, co 5 lat temu nie zmieściłoby mi się w głowie, bo po co lecieć gdzieś po raz drugi, skoro można polecieć gdzieś po raz pierwszy?
Jeśli jesteście z teamu tl;dr, to przynajmniej przescrollujcie całość dla nowozelandzkich obrazków (spoiler: w 5. minucie lecimy helikopterem).

Dzisiejszy wpis jest wynikiem kolaboracji czytelnik-autor.

Ja szukałam tematu z pogranicza podróży i lifestyle’u.
Weronika zasugerowała, że mogłabym opisać, co się w nas zmieniło po latach regularnego wyjeżdżania.
Ja akurat wróciłam z wyjazdu, który przyniósł mi dobry materiał do porównań.

Wniosek? 1 + 1 + 1 = 1 tekst o średnim wieku podróżowania.

PS: Jeśli macie jeszcze jakieś pomysły na teksty, podrzucajcie śmiało. Nie obiecam, że zagram każdą piosenkę z koncertu życzeń, ale każdą propozycję na pewno rozważę.





S jak starość, N jak Nie radość

Pytanie, na ile nasze obecne podejście ma związek z podróżowaniem per se, a na ile z ogólnoludzkim doświadczeniem życiowym osoby, która właśnie skończyła 30 lat i od jakiegoś czasu czuje, że przecież nic nie musi – a już najmniej wykazywać się w internecie.

Nieśmigielska AD 2016 odbyła więcej podróży niż jest miesięcy w roku i napisała 40 postów w 52 tygodnie, a Nieśmigielskiej AD 2019 jeśli uleje się częściej niż raz na miesiąc, to i tak jest klęska urodzaju.

Przypadek? Przeciwnie.





MNIEJ PLANOWANIA

Kiedyś nie wysiadłabym z samolotu nie wiedząc na 100% jak i za ile dojechać z lotniska do hostelu – ostatnio wsiadłam do samolotu nie sprawdzając, czy do Nowej Zelandii potrzebne nam wizy.
Odprawa online z Ważnej Rzeczy do Zrobienia na 24 Godziny Wcześniej stała się Rzeczą do Zrobienia na Ostatnią Chwilę, Najczęściej w Autobusie na Lotnisko.
Niedawno próbowałam odprawić się przy okienku na nie swój paszport, bo co prawda sprawdziłam, czy mam go w ogóle, ale już zapomniałam sprawdzić, czyj ci on jest.
Wprawdzie daleko mi do ziomków, którzy dopiero po wyjściu z samolotu zaczynają się zastanawiać, co w danym kraju jest do ogarnięcia i nadal przypinam pinezki na mapie, ale obecnie przeszłam od szczegółu do ogółu. Czyli raczej “ładne miasteczko po drodze” niż “drewniany kościół z XIV w., warto zobaczyć też cmentarz. UWAGA: w poniedziałek nieczynne”.

Rutyna nas kiedyś zgubi.

Wyjątek: duże miasta. Tu porządek zwiedzania (jeszcze) musi być. Dodatkowo, jeśli kraj wydaje mi się szczególnie ciekawy, wyjeżdżają książki o i książki z.
Wszystko inne planuję po łebkach, tj. sięgając ze skrępowaniem do bryków z serii 10 rzeczy do zrobienia w. Ja sprzed 3 lat splunęłabym sobie w twarz.




MNIEJ PRESJI

Jeszcze 3 lata temu wszystkie wyjazdy przeliczałam na posty na bloga. Często nie chciało mi się iść tu czy wdrapać tam, ale zew blogera wzywał. Zdjęcia same się nie zrobią!
Gdybym tylko wiedziała, że 3 lata później nadal niektóre z nich nie doczekają się publikacji…

Obecnie towarzyszy mi zerowa presja na bloga, na zdjęcia, na przeżycia.
Częściowo dlatego, że nauczyłam się, kiedy nie warto podnosić aparatu do oka i potrafię z kilkudniowego wyjazdu nie przywieźć ani jednego zdjęcia.
Częściowo dlatego, że miejscem na głupie głupoty jest telefon i insta stories, a nie twardy dysk i Lightroom.
Oraz dlatego, że zgromadziliśmy już pokaźny kapitał wspomnień, od których rosną odsetki i nie zbiedniejemy, jeśli odpuścimy kolejny szlak.

Łatwiej jest nam teraz rezygnować, może trochę za łatwo. Kiedy ostatni raz wstałam na wschód słońca? Kiedy spałam w namiocie w górach i gotowałam owsiankę, której nie chciały tknąć nawet okoliczne psy? Kiedy jadłam zupkę chińską?
Nie pamiętam, ale umiem dokładnie powiedzieć, kiedy zrezygnowałam z jakiegoś punktu widokowego, bo musiałabym poświęcić na dojście do niego więcej niż 3 godziny. ZA KAŻDYM RAZEM OD JAKIEGOŚ ROKU.

Nieśmigielska AD 2016 upada po raz drugi. Za to Nieśmigielska AD 2019 nie rwie włosów z głowy, kiedy jakiś punkt wypada z programu, tylko wzrusza ramionami i mówi “no ok”.





MNIEJ ZACHWYTÓW

Coś, co – mam wrażenie – jest mi brane za złe. Bo na Tasmanii nie skaczę do góry z radości. Bo Australia nie zachwyca na każdym kroku, tylko dlatego że jest Australią.
Nie wiem jak Wy, ale ja miałam w liceum przedmiot “podstawy przedsiębiorczości” i w podręczniku było jasno napisane, że im większa podaż, tym niższa cena (jednocześnie dalej nie mogę pojąć, dlaczego rząd nie może po kryjomu dodrukować trochę pieniędzy, żeby żyło się lepiej). Ergo, jeśli ktoś wszedł na którykolwiek szczyt Dolomitów, jadł kanapki z piaskiem w Peru i oglądał z bliska lodowiec Perito Moreno w Patagonii to spaceru po australijskim buszu, gdzie drzewa wszystko zasłaniają, nie oceni na 10 gwiazdek.

Brutalne, ale prawdziwe. Wiem, że brzmię jak człowiek z listy 100 najbogatszych i najbardziej zblazowanych ludzi na świecie (ech, jazda Porsche 911 już tak nie smakuje, odkąd w garażu stoi Bugatti Chiron), ale wiem też, że coraz więcej z Was obecnie podróżuje naprawdę często i naprawdę daleko (i podziela moje zdanie, ale głośno o tym nie mówi).

Oczywiście nie jest tak, że już nic nigdy nam się nie spodoba. Nowa Zelandia mi się podoba. Widok na Górę Cooka mi się podoba. Widok na jezioro Tekapo mi się podoba. To nic złego znać swoje upodobania i wiedzieć, kiedy ze sceny zejść nie tyle niepokonanym, co niewzruszonym – za to napojonym kawą i najedzonym ciastkiem z lokalnej kawiarni.

PS: Zastrzelcie mnie, kiedy przestanę się zachwycać Dolomitami. Po co mam się męczyć.




WIĘCEJ ROZSĄDKU

Jeśli czegoś teraz mam więcej, to rozsądku.

Jeszcze nie tak dawno na szlakach zdarzały nam się chwile grozy, o których woleliśmy nie mówić rodzicom. 70-cio kilometrowy słabo oznaczony i rzadko uszczęszczany szlak w Andach? Potrzymaj mi piwo. Picie wody ze strumienia bez jej zagotowania, chociaż obok pasą się lamy? Najwyżej będę mieć sraczkę.
Uliczne jedzenie wybierane wg kryterium obskurności? Come on, przecież wiadomo, że im mniej czysto, tym bardziej autentycznie, restauracje są dla białasów.

Czy jeśli w tym roku wykorzystałam liberum veto na banalnym szlaku w górach, tylko*/aż** dlatego, że mgła + śnieg = kłopoty, to znaczy, że w wyborach za 10 lat będę głosować na prawicę? Nie wiem, ale wzrosły moje szanse, że w ogóle ich dożyję.

* Zdaniem Tomasza
** Moim zdaniem

WIĘCEJ POPUSZCZANIA PASA

Pamiętam jak w 2012 roku w Bergamo tak bardzo, bardzo chciałam kupić sobie cokolwiek z którejkolwiek piekarni, ale tak bardzo, bardzo nie umiałam sobie wyobrazić, że płacę za to 4-krotność tego, co w Polsce.

Dzisiaj już wiem, że wydanych pieniędzy się nie żałuje, w przeciwieństwie do nie zrobionych rzeczy, na które mieliśmy ochotę. Jeśli lecimy do Neapolu, to nie po to, żeby kupować pizzę w supermarkecie i odgrzewać ją w mikrofali.
Są oczywiście nieprzekraczalne granice i lot helikopterem nad Manhattanem za 10 000$ do nich należy, ale o ile w 2017 roku nie zdecydowaliśmy się na przelot nad górą Cooka w Nowej Zelandii, o tyle w 2019 powiedzieliśmy sobie: olać to. I mieliśmy rację. Trzeba było to olać już dwa lata temu.

Nadal bywa, że gotujemy żarcie z puszki, śpimy w aucie na zjeździe z autostrady i wybieramy dormitoria w hostelach, bo nasze silne postanowienie, tym razem wybierzemy premium airbnb słabnie, kiedy zaczynam sprawdzać ceny. Ale bywa też, że po 3 nocach w nowozelandzkich hostelach (i dwóch chrapiących na zmianę Chińczykach w naszym pokoju) mamy ochotę na obiad z deserem na mieście i nocleg w pensjonacie z widokiem na Górę Cooka (inna sprawa, że nie zawsze wyższa cena = wysoki standard, co z powrotem podważa zasadność płacenia za droższy nocleg – i tak w kółko).

Prawdopodobnie jeśli powiem: “sprawdzam” i podobny tekst napiszę za 10 lat, okaże się, że poniżej Hiltona nie zejdę.

Disclaimer: oczywiście fakt, że obecnie oboje zarabiamy w dolarach australijskich pomaga na kompleks ubogiego krewnego, ale jestem przekonana, że zmiana zaczyna się w najpierw w głowie, a dopiero potem w portfelu. W 2012 r. finansowo było nas stać na ciastko w Bergamo, ale mentalnie – niekoniecznie.






WIĘCEJ POKORY

Od dłuższego czasu, kiedy mówię “moje podróże”, zawsze myślę o nich przez małe „p”.
Nie mam złudzeń, że w sporze turysta vs podróżnik, kiedykolwiek zajmę miejsce tego drugiego. Miliony ludzi przede mną i miliardy ludzi po mnie deptały i deptać będą dokładnie po tych samych uliczkach, choćby były najbardziej alternatywne i off the beaten path na świecie.
Trudno w 2019 roku czuć się wyjątkowo tylko i wyłącznie z racji listy odwiedzonych krajów – zawsze ktoś będzie miał większego. W mojej bańce większość znajomych podróżuje, część robi dobre zdjęcia, część pisze blogi, które zazwyczaj są do siebie dosyć podobne. Gdzie tu wyjątkowość?

Coraz częściej zastanawiam się też nad moim prawem (bezprawiem?) do robienia zdjęć innym ludziom. Nad tym, co piszę i jak piszę w internecie – dzisiaj np. wyjazd na Sri Lankę opisałabym inaczej (i zorganizowałabym go inaczej). Nad tym, żeby spakować do plecaka zapasowe sztućce i pamiętać o butelce, bo chcę ograniczyć ilość zużywanego plastiku. Pewnie za chwilę zacznę się wstydzić latania, chociaż czuję, że chęć zobaczenia, jak to jest przepłynąć się liniowcem jeszcze wygrywa z poczuciem winy, że szkodzę środowisku.






Werdykt: jest lżej, ale czy jest lepiej?

Obiektywnie – zupełnie nie.
Cieszę się, że zdążyliśmy wejść na sześciotysięcznik (teraz pewnie bym się bała), uzbierać na koncie czterocyfrową sumę kilometrów w górach (teraz by mi się nie chciało) i robić zdjęcia, kiedy jeszcze nie umiałam ich robić, żebym teraz była lepsza w fotografię.

Ale subiektywnie, tu i teraz – zupełnie mi to nie przeszkadza.