Zima w Australii. Dokładnie taka zła, jak ją malują

To była dla mnie łamiąca wiadomość, nawet bardziej dosłownie niż w przenośni: zima w Australii istnieje i ma się dobrze. Im ona miała się lepiej, tym ja miałam się gorzej.

Dociekliwsi z Was już zdążyli wpisać w google “winter weather sydney”, cmoknąć z niedowierzaniem (“średnio 16°C w dzień, a ona narzeka?”) i ułożyć palce w blokach startowych do komentarza “w dupach się poprzewracało”.

Przyznaję: najsroższy zimowy dzień w Sydney jest porównywalny z wcale przeciętnym dniem październikowym w Polscem. Łatwizna. My, Polacy, jesteśmy zaprawieni w bojach z zimnem i szarzyzną.
Jednak zima to coś więcej niż temperatura odczuwalna – zima to stan umysłu. Dopadnie człowieka na każdej szerokości geograficznej.

Byłam pewna, że 5 miesięcy przeżytych na emigracji w jak najlepszym porządku wystarczy, żeby nabawić się odporności na kryzys. Że przejdzie bokiem.
A on przyszedł w szóstym miesiącu. I tym samym bokiem mi wyszedł.

Od połowy maja do końca czerwca wyglądałam jak na zdjęciu w prawym górnym rogu.
Od połowy maja do połowy lipca nie kupiłam nawet pół kwiatka do domu.
Od połowy lipca zaczęłam wracać do życia.

[SPOILER]
Potem było tylko lepiej, a teraz jest znowu 10/10.
[/SPOILER]





Pierwsze lato w Australii – sama rozkosz.

Pierwsza jesień w Australii – 100% samozadowolenia.

Szczerze wierzyłam w każde słowo napisane na haju w ostatnim podsumowaniu, ale już wtedy wiedziałam, że zima to inna para kaloszy i właśnie spadam z bardzo wysokiego konia.
Dodajmy do tego przegraną na loterii zdrowotnej na jakieś ~6 tygodni i wystarczy, że powiem, jak którejś czerwcowej niedzieli nad brzegiem łóżka usiadłam i płakałam.
I tak przez cały dzień. I w poniedziałek rano też. Przestałam ustawiać budzik, żeby spanie trwało jak najdłużej, a dzień jak najkrócej. Czułam, że zrobiłam już wszystkie zdjęcia, jakie miałam zrobić, namalowałam wszystkie akwarele, jakie miałam namalować i kupiłam wszystkie kwiatki, jakie miałam kupić. Jak żyć, jak nie chce się żyć?

PS: ostatnie zdjęcie (z muralem) to nawiązanie do ataku nożownika w centrum Sydney (ściślej: dokładnie pod Tomka pracą. Ściślej: 10 minut po tym, jak Tomek wyszedł po kawę). Koleś zanim zabił więcej niż jedną osobę, został obezwładniony za pomocą pary krzeseł i skrzynki na piwo. No i kilku dzielnych obywateli.

Takie tam z Sydney.




Zimą w Polsce wszyscy mamy chujowo po równo.

Zimą w Australii żyję instagramowym życiem wszystkich, którzy zostali na północnej półkuli.
Do tej pory nie miałam czasu na tęsknotę – pochłaniały mnie wyprawy rowerowe, jedzenie jedzeń, odhaczanie punktów z listy rzeczy do zrobienia w Sydney. W czerwcu na 8 stopni rano bym psa nie wygoniła, nie mówiąc o sobie – więc siedziałam w domu i tworzyłam listy rzeczy, które bym zrobiła, gdybym tylko miała siłę się za nie zabrać.

Czerwiec zawsze był dla mnie najlepszym miesiącem w roku. Truskawki, szparagi, planszówki na kocykach, złote godziny, Malta Festival.
Teraz był najgorszym: truskawki, szparagi, planszówki na kocykach, złote godziny, Malta Festival – dla wszystkich, tylko nie dla mnie. W Sydney największą atrakcją czerwca jest Vivid, festiwal świateł – super, jak ktoś lubi zamarzać na śmierć oglądając pokazy 3D mappingu. Ja nie lubię.

W lipcu zawaliłam projekt fotograficzny, jeden z dwóch, które sobie zaplanowałam na ten rok. Miało być Christmas in July, czyli makiety alpejskich miasteczek i Australijczycy w świątecznych swetrach pijący grzańce na plaży, a nie wzięłam pod uwagę, że nie będę miała siły zwlec się z łóżka.

Na deser dodajmy nie jeden, lecz dwa najgorsze wyjazdy wszechczasów. Działo się!

australia zima


zima w australii
zima w sydney
christmas in july sydney
christmas in july

STARY CZŁOWIEK I NIE MOŻE

Zrzekanie się polskiego lata i przyjeżdżanie do Sydney między majem a lipcem to jak strzelać sobie w stopę – nie róbcie tego, jeśli nie musicie. Ale jeśli jakimś cudem wylądujecie zimą w Sydney (i – warunek konieczny – nie macie choroby morskiej), to wiedzcie, że wschodnie wybrzeże Australii od czerwca do listopada służy jako wielorybostrada.

Do tej pory statystyki spotkań Nieśmigielska vs Wielka Woda wyglądały obiecująco: 2:2.
Dwa razy umierałam przewieszona przez burtę, dwa razy czułam się jak wilczyca morska – więc sądziłam, że nie mam się czego bać.

A powinnam.

Nasz czerwcowy rejs zaczął się dobrze: angielskie śniadanie (jeszcze nie wiedziałam, że zjem je dwa razy), polskie heheszki, pełny optymizm.

Problemy żołądkowe pojawiły się na wysokości pierwszego wieloryba i stworzyły w moim mózgu nierozerwalne połączenie: 1 wieloryb na horyzoncie = 1 paw za burtą.

Resztę rejsu (jakieś… 3 godziny) spędziłam na dolnym pokładzie, w tzw. umieralni, gdzie wszyscy – a za chwilę także ja – siedzieliśmy z głową wciśniętą w papierową torbę. Mniam!
I tym sposobem zapłaciłam za 4h oglądania wielorybów i nie przyjrzałam się dobrze ani jednemu.





ZIRK! JEST ŚMIESZNY NIE DLA ZWIERZĄT

Nigdy nie dajcie sobie wmówić, że na coś jest za późno: niebieskie włosy i wizyta w cyrku cieszą tak samo (a może nawet bardziej) po trzydziestce.

Tak jest, kiedy Was w podstawówce rodzice zabierali do cyrku, ja się cieszyłam jeśli cyrk Zalewski w telewizji nie kolidował z Familiadą – bo inaczej nawet tak bym go nie obejrzała.

Do dzisiaj nie wiem, kto zacz ten ZIRK!, na którym byliśmy. Niby najsłynniejsi cyrkowcy z Rosji, niby właśnie wrócili z wielkiego tournée po świecie, a jednak milisekundowe śledztwo w google wykazało, że nazwa Zirk! znana jest tylk w Australii i tylko z serii występów, na które się załapaliśmy.

Podejrzane, ale tylko do momentu, w którym zgasły światła. Reszta była dla mnie poezją od pierwszej do ostatniej minuty (kiedy to 6 motocykli zamkniętych w stalowej kuli jeździło w kółko i żaden nie wjechał żadnemu na czołówkę).

Nie mam porównania z cyrkami, które objeżdżały Polskę w II połowie lat ’90, ale coś mi mówi, że nie miały startu do tego, co zobaczyłam w lipcu. I mam nadzieję, że to, co zobaczyłam w lipcu nie będzie miało startu do Cirque du Soleil, który zobaczę w październiku.


















JEŚLI WEJDZIESZ MIĘDZY WRONY,

musisz obejrzeć mecz futbolu australijskiego jak i one.

Australian Football League, w skrócie AFL. Mężczyźni w obcisłych spodenkach biegający za jajowatą piłką na okrągłym stadionie przez 120 minut.

Podobno najbardziej widowiskowy sport w Australii.
Podobno ta połowa Australijczyków, która właśnie nie surfuje z rekinami, siedzi na stadionie i ogląda mecz AFL. To logiczne, że chcąc doświadczyć australijskiego stylu życia bardziej, przed wyruszeniem w drogę na stadion zebraliśmy drużynę i którejś czerwcowej soboty pojechaliśmy zobaczyć, z czym to się je (poza tym, że z hot dogami w przerwie, oczywiście).

Szczerze, bardziej emocjonowałam się meczem Kolejorz – Górnik Zabrze (ani kibice Giants ani Suns nie wiedzą, co to oprawa), po pierwszej kwarcie ¾ naszej drużyny siedziało z nosem w telefonach i teraz mamy szczere wątpliwości: iść na krykiet czy nie.

Nie żałuję, ale i nie polecam. Elżbieta Adamska.

mecz afl
AFL Australia
australian football league




W KATEGORII ‘NAJGORSZY WYJAZD ROKU’ 1 MIEJSCE ZDOBYŁO…

Przyzwyczailiśmy się, że Australia poza Sydney nie spełnia naszych oczekiwań estetyczno-przygodowych, ale przecież nie usiądziemy z założonymi rękami i nie będziemy czekali do 2023 roku aż skończy się nam wiza (… or will we?).

Jakoś trzeba przyspieszyć upływ czasu do wiosny. Co prawda nie mamy tyle urlopu, żeby co tydzień latać do Korei Południowej, ale mamy weekendy – a to wystarczy, żeby nie wejść na najwyższy szczyt Australii zimą (bo mgła) albo nie zrobić słynnej Great Ocean Road (bo polecieliśmy do Brisbane, a GOR zaczyna się za Melbourne…).

Śmiało road trip z Brisbane do Sydney możemy nazwać najgorszym wyjazdem tego roku. Trwał od soboty do wtorku, tak samo zresztą jak moje przeziębienie. Z Brisbane* pamiętam tylko pierwszą połowę Rocketmana w kinie samochodowym zanim umarłam na ból gardła; z Gold Coast szukanie miejsca parkingowego przez pół godziny i gorączkę; 3. dnia pamiętam ból mięśni, bo nie miałam siły wysiąść z kampera i podejść 100 m do knajpy, a ostatni dzień = osłabienie milion. Za wszystkie wspomnienia dziękuję Tomaszowi, który nie tylko zdążył wyleżeć swoje przeziębienie przed wyjazdem, ale jeszcze skutecznie mnie nim zarazić.

*Sensowny plan zwiedzania Brisbane, taki i do pojedzenia i do pooglądania znajdziecie u Julii. Zrobiłam, polecam.














gold coast plaża
gold coast australia

KOŚCIUSZKO PRZEWRACA SIĘ W GROBIE

Sam wyjazd z Sydney w piątek po południu to zazwyczaj 2 godziny. Potem jeszcze 4 do Canberry. Potem jeszcze dwie do Kościuszko National Park.
Jeśli decydujemy się na takie wyrzeczenia (policzcie, ile to odcinków seriali), to znaczy, że wejście zimą na Górę Kościuszki musi być tego warte, prawda?

.
.
.

Nie dowiemy się, bo zawróciliśmy po 2 km na szlaku i wielkiej awanturze. Latem przy pełnej widoczności i znajomości szlaku byłabym pewnie jedną z tych osób, które parłyby na Giewont mimo ostrzeżeń o burzy, ale zimą przy mgle i widoczności wahającej się od 0 do 1 (na dziesięciostopniowej skali) postawiłam liberum veto: dalej nie idziemy. I nic mnie nie obchodzi, że jechaliśmy tu 8 godzin w jedną stronę.

To był drugi najgorszy wyjazd tego roku. 1100 km po nic.
Pytałam, nie pojedziemy kolejny raz, nawet w najbardziej słoneczną pogodę na kontynencie.





szlak na gorę kościuszki zimą
góra kościuszki zimą
mgła góra kościuszki

GREAT OCEAN ROAD: DO DWÓCH RAZY SZTUKA

Jeśli przeczytaliście tekst dwa akapity wyżej to wiecie, że słynna Great Ocean Road (ta od 12 Apostołów) bynajmniej nie zaczyna się w Brisbane. Więc dwa miesiące później polecieliśmy do Melbourne.
Problem w tym, że znowu zadzwoniło mi nie w tym kościele, co trzeba.
Bo Great Ocean Road wprawdzie zaczyna się za Melbourne, ale nie kończy w Sydney, więc to nie jest tak, że polecimy do Melbourne i wrócimy wypożyczonym autem do domu.

Wniosek? Nie wszystkie drogi prowadzą do Sydney, a już najmniej Great Ocean Road.

Dwa powrotne bilety lotnicze później, jedno przebukowanie auta, trochę dolarów w plecy i byliśmy gotowi do drogi. Tej drogi.

Identycznych opisów atrakcji Great Ocean Road znajdziecie w internetach tyle, że nie czuję potrzeby dodawania swoich 3 centów, niemniej jeden nieoczywisty punkt zasługuję na wbicie pinezki w wirtualną mapę: w Great Otway National Park miało się roić od koali, a roiło się od kolorowych papug. Wbijcie w mapę “Kafe Koala”, a kiedy dojedziecie na miejsce, idźcie za tłumem – bo temu tłumowi tęczowe papugi za chwilę będą siadać na głowie.

Ale sama droga wzdłuż oceanu, klify i skały też ładne, żeby nie było. Jak na Australię – nawet bardzo ładne.
















great ocean road atrakcje
great ocean road australia
12 apostołów australia great ocean road
12 apostołów australia

SĄ PARKI I SĄ LUNAPARKI

Najpierw cyrk, potem karmienie papużek, teraz lunapark. Moje wewnętrzne dziecko wydostało się na świat krótko po trzydziestych urodzinach.

I chociaż Luna Parkowi w Sydney daleko skalą do Disneylandu (określiłabym je jako: uroczo oldskulowe), to nie skreślałabym go na starcie: o ile mi wiadomo z żadnego Disneylandu na świecie nie ma doskonałego widoku na Operę, zatokę i Harbour Bridge.

Dla hejterów adrenaliny mam dobrą wiadomość: do lunaparku w Sydney można wejść bez kupowania biletu – bileciki do kontroli obowiązują tylko na atrakcjach. Cała reszta, czyli widoki i selfie przed wejściem – gratis!

PS: w sklepiku z pamiątkami możecie kupić najbardziej ironiczne skarpetki na świecie. Must-have dla koneserów gatunku.

Sydney’s Luna Park | 1 Olympic Dr, Milsons Point NSW 2061 | w weekendy jest czynne zawsze, co do pozostałych dni lepiej upewnić się bezpośrednio na stronie

sydney luna park
lunapark sydney





sydney atrakcje lunapark

SIEKIEREZADA

Jeśli mogłam w San Francisco jeździć na wrotkach w rytmie disco w przerobionym na halę wrotkarską kościele, to Wy w Sydneyu możecie iść na rzucanie siekierami w starym magazynie.

Jedna z aktywności na piątkowy wieczór, na którą nigdy bym nie wpadła – ale cieszę się, że wpadli nasi znajomi. Uczucie to nie dla mnie… mija przy pierwszym trafieniu w środek tarczy!

MANIAX AXE THROWING, SYDNEY | 2.01 – 75 Mary St, St Peters






maniax sydney

Lipiec znaczy lepiej

Sierpień znaczy super

W lipcu wróciliśmy do Nowej Zelandii, gdzie po raz pierwszy od dawna zobaczyłam góry na horyzoncie, po raz pierwszy w życiu poleciałam helikopterem i poczułam, że może jeszcze nie warto umierać.

1/3 sierpnia spędziliśmy w Korei Południowej, gdzie po raz pierwszy od dawna zwiedzałam do upadłego i poczułam, że teraz to już na pewno będzie dobrze.

Może to nie zima była zła, może to ja dałam się jej zastać w bardzo złym miejscu?
Co mnie nie zabiło, to mnie wzmocniło, ale jedno wiem na pewno: w przyszłym roku w maju robimy z Australii strategiczny wypad.

Ale furtkę do powrotu pozostawimy otwartą.