Jak zmienić pracę, będąc największym tchórzem na świecie?

Świat się kończy. Nieśmigielska – ta sama, która ciśnie bekę ze strony Zdelegalizować coaching i rozwój osobisty – pisze posta motywacyjnego: jak zmienić pracę. Case study. Robaczki, w następnym poście 10 jesiennych DIY na ścianę… NOT.

Piszę, bo muszę. Piszę, bo mam nadzieję, że Ci z Was, którzy zaczynają mnie czytać, siedząc właśnie w swojej nielubianej (ale stabilnej…) pracy, pod koniec posta będą spakowani, a po przeczytaniu do końca – rzucą papierami. Nie ma za co.

Niedawno zapytałam na fejsie: jaką osobą uważacie, że jestem?
Przede wszystkim ktoś, kto pyta o takie rzeczy, musi być próżny (to się zgadza), ale nie o łechtanie ego chodziło w tym przypadku.
Zgodnie z moimi oczekiwaniami część z Was pisała: że odważna, że przebojowa, (moje ulubione: trochę bezczelna, trochę nieśmiała) i w ogóle, to do przodu dziewczyna, hej!
Elżbieta Nieśmigielska może tak, ale już Elżbieta Adamska jest największym tchórzem na świecie.
A imię mojego największego koszmaru: zmiana.

A jednak, jeśli taki tchórz umiał powiedzieć sobie dość i oderwać się od państwowego cyca (który, swoją drogą, daje bardzo mało mleka), to znaczy, że dla każdego jest ratunek na tym świecie.
Przeprowadzę Was po moim procesie zmiany pracy. Bolało i trwało, ale było warto.

LEKCJA 1: SZUKAJ PRACY ZANIM BĘDZIESZ MIAŁ NÓŻ NA GARDLE.

Albo porzyg w przełyku.

Byłam jak Batman. Za dnia urzędnik w urzędzie miasta, nocą – blogerka.

Gdybyście mnie zapytali półtora roku temu, odpowiedziałabym, że lubię swoją pracę. Kończę o 15:30, weekendy zawsze wolne, nie zabieram roboty do domu, kątem piszę bloga. Praca stała, niechby i do emerytury. Czego chcieć więcej?

Gdybyście mnie zapytali rok temu, odpowiedziałabym że średnio lubię swoją pracę – mam górki i dołki, ale dołki zawsze mijają, a podczas górek nie mam na co narzekać. Kończę o 15:30, weekendy zawsze wolne, praca stała, niechby i do emerytury. Czego chcieć więcej?

Gdybyście mnie zapytali pół roku temu, odpowiedziałabym że nie lubię swojej pracy i żyję od weekendu do weekendu, ale nie mam odwagi, żeby ją zmienić. Kończę o 15:30, weekendy zawsze wolne.

Stop. To już był ten moment.
Ale zanim wysłałam pierwsze CV, musiały minąć jeszcze 3 miesiące.

Przygotowałam listę oznak, świadczących o tym, że na Ciebie już pora.
Jeśli znajdujesz u siebie przynajmniej jedną z poniższych, zacznij przeglądać oferty. To nic nie boli, ani nie kosztuje.
Jeśli boisz się samego wejścia na strony z ofertami pracy (true story, jak ja) – poproś, żeby ktoś znajomy wyszukał Ci kilka i podesłał bezpośredniego linka – albo przeczytał je na głos, jeśli boisz się sam otworzyć. Zobaczyć nie zaszkodzi, a ziarnko zostanie zasiane.

  • kiedy czytasz, jak Riennahera pisze o atakach paniki w swojej pracy i cieszysz się, że co jak co, ale aż tak źle ze mną nie jest.

    To, że nie jest, to nie znaczy, że zaraz nie będzie.

    Chwilę później sama zaczęłam się wymykać do kibla, żeby sobie bezgłośnie popłakać, a na widok kolejnego wchodzącego klienta, dostawałam szczękościsku.
    Skończyła się najmilsza pani z okienka na mieście.
    Zaczęły się: niemiły ton głosu, przerywanie w pół zdania (i tak wiem z czym przyszliście i co powiecie), wbijanie sobie pod biurkiem paznokci w nogę ze złości. Been there, done that.
    Nie wiem, jak się czuje osoba z rozdwojeniem jaźni, ale pewnie podobnie jak Nieśmigielska w ciele urzędniczki. Przecież słyszę się z zewnątrz, wiem, że źle robię. Ale nic na to nie poradzę, bo czuję, że jeśli przyjmę jeszcze jeden taki sam wniosek, to mnie stamtąd wyniosą. Średnio w roku przyjmuję ich ok. 1500. Średnio wizyta u mnie trwa: 10 – 15 minut.

  • Kiedy mówisz znajomym, ile zarabiasz, a oni mają Ci tylko jedno do powiedzenia: spierdalaj stamtąd.
    Hajs się nigdy nie zgadzał, ale przecież hajs nie jest w życiu najważniejszy, jak się ma męża programistę – problem w tym, że dzisiaj Tomasz jest, a jutro może go przejechać tir. Spróbuj wtedy miłą atmosferą w pracy zapłacić za prąd, powodzenia.
    Zrozumiałam, że dla samej siebie muszę zacząć więcej zarabiać.
  • Jeśli nie hajs, to może chociaż możliwości rozwoju? Nope, nie u mnie w pracy. Chyba, że szkolenie z obsługi programu, który już w momencie uruchomienia jest przestarzały, się liczy?
    PS: ja chciałam kogoś rozbawić (przez łzy), to zawsze opowiadałam, że do mojego komputera w pracy mogę włożyć dyskietkę. Na szczęście tę małą, nie dużą. To by była przesada.
  • Kiedy jedyny temat, o którym umiesz rozmawiać, to narzekanie na swoją pracę.
    Biedny Tomek, który odbierał moje telefony z kibla, a nie był w stanie mi pomóc. Biedna właściwie każda osoba, z którą wymieniłam przynajmniej dwa zdania przez ostatnich kilka miesięcy.
  • Kiedy Tomek, który widział, jak się męczę przyznał, że nie wyobraża sobie codziennie chodzić do pracy w takim stanie. Jego wsparcie znaczyło dla mnie najwięcej i ułatwiło podjęcie ostatecznej decyzji.
  • Odejście z pracy koleżanki, z którą nadawałam na podobnych falach. Mam nadzieję, że moje odejście będzie pierwszą kostką domina i albo zacznie się o pracowników w urzędzie dbać, albo za chwilę nie będzie komu tam pracować.

    Żeby nie było: mój oddział bardzo lubię. I generalnie pod względem osobowym i atmosfery miałam się bardzo dobrze i każdemu życzę takich kolegów w pracy.

  • Rozmowa z Ewą i Pauliną (z Koszalina). One wiedzą.
  • Napady płaczu zdarzały się coraz częściej, aż przyszedł dzień, w którym zaczęłam płakać o 7:40. Minęło 10 minut mojego dnia pracy, przede mną 7 godzin 50 minut.

    Moment, który długo sobie wyobrażałam, nadszedł sam.
    Po prostu zapłakana poszłam do swojego szefa i powiedziałam, że już dłużej tak nie mogę.

    Nie miałam jeszcze oferty na ręku. Jedyne co miałam, to zapisane na pulpicie pismo o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron.

    I co? I od tej pory przydarzyły mi się same cudowne rzeczy.

    LEKCJA 2: SZUKANIE PRACY TRWA.

    3 miesiące.
    80 wysłanych CV
    17 rozmów o pracę.
    5 ofert pracy.

    A najdłużej i tak zajęło zbieranie się, żeby zrobić ten 1 duży krok poza strefę komfortu.

    Gdybym poprzestała na pierwszej ofercie, jaką otrzymałam, prawdopodobnie byłabym dziś tak samo nieszczęśliwa, jak wcześniej.
    Lekcja 2.1. Ufaj intuicji.

    Wierzę, że są osoby, które wysłały jedno CV, poszły na jedną rozmowę i po jednym tygodniu szukania miały pracę.
    Ale cieszę się, że mi samej zajęło to tak długo, bo mogłam zorientować się, jak wycenione są moje umiejętności na rynku pracy, jakie umiejętności są poszukiwane na rynku pracy (= czego powinnam się jeszcze nauczyć).
    Ha, były też takie dni, kiedy rzeczy których nauczyłam się w rozmowie A, wykorzystywałam w rozmowie B, dwie godziny później.
    Do pierwszej rozmowy kwalifikacyjnej musiałam ekspresowo ogarnąć podstawy excela i do dzisiaj umiem zrobić rzeczy bardziej zaawansowane niż =SUMA.
    Zupełnie zwalczyłam stres – był taki okres, że chodziłam na nie 5 razy w tygodniu. Bardziej niż zestresowana, byłam po prostu zmęczona. Ale dzięki temu jestem tak zaprawiona, że możecie mnie obudzić w środku nocy, a ja Wam swobodnie wyrecytuję dlaczego zmieniam pracę tak, żeby wyszło na to, że się chcę rozwijać, ale bez oczerniania pracodawcy, a także opiszę jeden z przedmiotów znajdujących się w pokoju.
    PS: na jednej z rozmów na dzień dobry wylałam wodę i stłukłam szklankę – pracę bym dostała, gdyby nie moja dostępność (za dwa miesiące od wtedy; bierzcie pod uwagę, że całkiem sporo firm poszukuje pracowników na już.)
    Wniosek: od tej pory zawsze już siedziałam o suchym pysku, ale wiem też, że nawet największe głupstwo niekoniecznie Cię musi przekreślić.

    Z przyjemnością zauważyłam, że na rynku pracy AD 2017, w wielu miejscach stanowisko dopasowuje się pod konkretne umiejętności konkretnego człowieka – jeśli znasz się na email marketingu, ale robisz też dla przyjemności zdjęcia, to prawdopodobnie pracodawca chętnie to wykorzysta. Nawet nie wiedziałam, że to możliwe.

    LEKCJA 3: WIEDZ, CO CHCESZ ROBIĆ

    Co, nie wspominałam?

    Pracę znalazłabym szybciej, gdybym najpierw nie bujała się w nieokreślonej przestrzeni pomiędzy social media, emarketingiem, pozycjonowaniem stron. Ze wszystkich tych obszarów coś umiem, a czego nie umiem, to zakładałam, że się nauczę.
    Aż wreszcie dostałam do zrobienia zadania na copywritera i po raz pierwszy pisałam je z wypiekami na twarzy. Wiedziałam, że umiem pisać i wymyślać rzeczy i wiedziałam, że jest to ważny skill na rynku pracy, ale nie wiedziałam, że faktycznie mogłoby mi to sprawiać przyjemność – albo przynajmniej nie sprawiać bólu, bo wiadomo, że pisze się różne rzeczy. Te fajne i te o kopaniu studni głębinowych też.

    Gdybym wiedziała, czego szukam, pracę znalazłabym w miesiąc.

    Jak?

    LEKCJA 4: PIERDOLNIĘCIE ALBO ŚMIERĆ.

    Po pierwsze: nie wysyłając jednego CV do wszystkich pracodawców.
    Każde ogłoszenie dokładnie czytałam, wyciągałam na wierzch umiejętności, których szuka rekruter i używałam jego słów w opisie dotychczasowego doświadczenia.
    1 ogłoszenie = 1 osobne CV.
    Żeby nie odpaść w przedbiegach, tylko trochę dalej.

    Po drugie: nie tylko pracuj.pl i OLX.
    Rozpuść wici na fejsie.
    Zrób listę miejsc, w których chciałbyś pracować.
    U mnie: agencji marketingowych i interaktywnych w Poznaniu z podziałem na te spoko, które rekrutują, spoko, które nie rekrutują. I pozostałe. Lista ma 100 pozycji.
    Zacznij wysyłać maile – nie tylko tam, gdzie szukają ludzi – może jeszcze nie wiedzą, że szukają Ciebie?
    Ale nie maile takie, że zainteresowała mnie oferta, szanowni państwo, w załączeniu przesyłam CV. Wysyłaj maile z pierdolnięciem (czytaj niżej).

    Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że już znalazłam pracę. Bo pokłosiem tych maili były 2 z 3 miejsc pracy, z którymi potem rozmawiałam o konkretach.


    Po trzecie
    : linkedin, głupcze!

    No tak, co za niespodzianka, że portal, w którym wszystko kręci się wokół pracy i zawodowych znajomości, może zaowocować znalezieniem roboty.
    Jeśli dobrze wyślesz sygnał ze swojej tablicy, to popłynie on bardzo daleko. W pewnym momencie przestałam nadążać za odbieraniem zaproszeń do znajomych od rekruterów i chyba nadal nie odpisałam na wszystkie wiadomości.
    Miej na tę okoliczność uzupełnione wszystkie dane w profilu, ok?

    Po czwarte: wszystko powyższe rób z pierdolnięciem.

    Wiecie, co mówią: wyróżnij się, albo zgiń.

    Najgorszy był pewien wtorek: wysyłasz te cefałki i wysyłasz, a oni dalej nie rozumieją co tracą. Idziesz na rozmowę, na której dobrze Ci poszło, a ogłoszenie ciągle wisi. Oh wait – właściwie to zostało dodane po raz kolejny.
    Do tego momentu czułam się oszukana. Rynek pracownika? Bujać to my, ale nie nas. Może to w Warszawie.

    A potem ruszyłam trochę głową i zrobiłam to, co wychodzi mi najlepiej – podeszłam do sprawy z jajem.

    Tak zostałam królową linkedina.
    Moje ogłoszenie o tym, że szukam pracy zostało polecone 555 razy i zebrało 70 tysięcy wyświetleń. Wystarczyło napisać nie z dupy, a z serca i dodać grafikę, co już samo w sobie biło szczyty kreatywności.

    Rezultat?

    1 grudnia zaczynam pracę jako copywriter w jednej z agencji w Poznaniu.
    Mam w sumie 7 tygodni wolnego, z czego 1 na Bałkanach i 4 w Nowej Zelandii.

    Pewność siebie +1000%. Fryzjer i nowe buty nie mają startu.

    Mogę śmiało powiedzieć, że zrobiłam to, czego się bałam najbardziej w życiu i wyszłam z tego z tarczą.

    A gdyby mi się nie podobało w nowej pracy (w co wątpię, bo przecież sama ją wybrałam), to po prostu zacznę szukać innej.

    PS: kilka zdjęć pochodzi z projektu dokumentalnego, który powstaje w ramach warsztatów Mój Fyrtel. Całość będzie można obejrzeć na grudniowej wystawie w galerii fotografii PIX.HOUSE. Dam znać.